sobota, 10 stycznia 2015

Próbne egzaminy gimnazjalne

Tratatadam! Oto jeden z ważniejszych postów w tym roku (pozostałe: bal gimnazjalny, prawdziwe egzaminy, zakończenie gimnazjum, nowa szkoła; może coś jeszcze będzie). Zaznaczam tylko, że akurat moja szkoła obrała sobie za próbne egzaminy te stworzone przez OKE (Okręgowa Komisja Egzaminacyjna), bo wiem, że np. niektóre szkoły miały z OPERON-u. 
Dzień pierwszy - środa
Pierwsza część humanistyczna, czyli historia z WOS-em zaczęła się mniej więcej o 9. Masakra... Znaczy, niektóre pytania były z końca podręcznika, a przynajmniej z pod końca, a mianowicie chodzi o pytania dotyczące I wojny światowej i losy świata po niej. No, było też zadanie dotyczące wojny secesyjnej... też tego nie mieliśmy. Ogólnie to spodziewałam się, że będzie coś związanego z pierwszą wojną światową, ponieważ, gdy rozwiązywałam sobie parę testów z tej części zawsze ona była. Nawet na próbnym. Ale jakoś strasznie nie było... W końcu w zadaniach zamkniętych, nawet, jeśli się nie zna odpowiedzi to można strzelać. ;) Po... piętnastominutowej (nie chcieliśmy mieć dłuższej) przerwie zaczęliśmy język polski. Cóż... średnio to wyszło... Końcowa praca pisemna zawierała charakterystykę... literackiego bohatera, który podróżował i poznał różnych ludzi itp. Przez poprzedni tekst do zadań od razu nasunął mi się Mały Książę, no to napisałam o nim... Tak się wrobiłam, że zapomniałam jak się piszę nazwisko autora "Małego Księcia". Jasne, wiedziałam jak się wymawia, ale francuski nie jest językiem polskim, więc człowieku myśl jak to się piszę! Oczywiście napisałam źle. Pewnie wyjdzie, że to błąd rzeczowy. -_- Ja głupia, nie wiedziałam, że nie trzeba brać bohaterów lektur, że przecież można było wziąć jakiegoś innego... Na przykład Bilbo albo Frodo. A nawet bohaterów z "Ulyssesa Moore'a". Na przyszłość trzeba zapamiętać. I tak chyba większość klasy myślała, że będzie rozprawka, bo ogólnie to tą formę pracy najczęściej trenujemy. Ech. 
Drugi dzień - czwartek
Dzień zaczął się... Od nagan, że nie mamy legitymacji szkolnych. To nic, że nikt nam nie powiedział, że mamy mieć. To nic, że dnia poprzedniego inna pani powiedziała, że tak naprawdę to najważniejsze jest żebyśmy je mieli w kwietniu, a teraz wszyscy nas znają i nie trzeba. Super. I idź człowieku na test, kiedy przed chwilą cię ktoś zdenerwował. Część przyrodnicza. Zdaję mi się, że poszła mi najgorzej. Zapomniałam co to chityna, jak oblicza się newtony. Świetnie. Moim zdaniem najtrudniejsza część ze wszystkich. Tym razem przerwa trwała pół godziny. Matematyka... sama nie wiem, wydaje mi się, że mega trudna nie była... Nad niektórymi zadaniami zastanawiałam się dłużej, ale... Trzy otwarte udało mi się jakoś rozwiązać, nie wiem, czy dobrze (na stronie CKE nie ma jeszcze próbnego gimnazjalnego...), czy źle, ale coś wymyśliłam. Najgorzej zostawić wolne miejsce. 
Ostatni dzień - piątek
Ja i większość klasy pisała egzamin z języka angielskiego, tylko dwie osoby z niemieckiego. Część podstawowa... Hahahha, zostało dziesięć minut do końca czasu i mogli już nas wypuszczać - większość zaczęła oddawać. Ogólnie to pani od angielskiego czytała nam to, co powinno być na płytach. Muszę przyznać, że ładnie anglistka czyta, znaczy się da się wszystko zrozumieć (w porównaniu z inną panią, która czytała nam na rozszerzonym). Oprócz dwóch ostatnich zadań egzamin był w miarę... Nie odważę się powiedzieć łatwy, bo nie wiem jaki wynik. xD Jeśli chodzi o rozszerzoną część (tak samo godzinę się piszę! cała klasa myślała, że 90 minut, ja też... :/), co tu ukrywać - było oczywiście trudniej. 
Kurcze, boję się trochę wyników. Jeszcze wyjdzie, że głupia jestem i nic nie umiem. :p Bo cóż... Egzaminy nie są zbyt wiarygodne. Co roku tak naprawdę inny poziom, w przyrodzie i historii, nawet co rok inna trochę punktacja. W zamkniętych zadaniach można strzelać i co? Może jakimś cudem wyjść, że ktoś kto nie lubi lub nie umie jakiegoś przedmiotu zda go na... maksa. Tak było przy którymś roczniku w moim gimnazjum. Osoba miała zagrożenie z któregoś przedmiotu przyrodniczego (może z dwóch? nie pamiętam; w każdym razie nie była najlepszym uczniem), a egzamin z tych przedmiotów/przedmiotu napisała bezbłędnie. Hm, ciekawe, co? 

PS. Recenzję "Miasta Niebiańskiego Ognia" raczej dodam jeszcze w tym miesiącu na bloga z książkowymi recenzjami (link w menu). :D

sobota, 3 stycznia 2015

Bilbo ratuje Panem, a Katniss walczy z orkami



Tytuł filmu: Hobbit: Bitwa pięciu armii
Tytuł oryginału: The Hobbit: The Battle of the Five Armies
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Fran Walsh, Philipsa Boyens, Peter Jackson, Guillermo del Toro (na podstawie powieści „Hobbit, czyli tam i z powrotem” J.R.R. Tolkiena)
Czas trwania: 144 min.
Wybrani aktorzy:
Martin Freeman – Bilbo Baggins
Ian McKellen – Gandalf Szary
Richard Armitage – Thorin Dębowa Tarcza
Orlando Bloom – Legolas
Evangeline Lilly – Tauriel
Luke Evans – Bard
Lee Pace – Thranduil
Aidan Turner – Kili
Światowa premiera: 17 grudnia 2014 r.
Polska premiera: 25 grudnia 2014 r.

Ostatnia część ekranizacji jednej krótkiej książki. Cóż… Nie ukrywam tego, że się z tego bardzo cieszę, ponieważ niektóre momenty bardzo mi się dłużyły… I nie piszę tu tylko o tej jednej części. Ogólnie uważam to za bezsens jedną książkę, która nawet nie ma pięciuset stron dzielić na trzy trzygodzinne filmy.
Poprzednia część zakończyła się na tym, że Smaug (smok) poleciał zniszczyć Miasto nad Jeziorem i ten moment właśnie był początkiem trzeciej części. Walka ludzi ze Smaugiem, a raczej jednego człowieka – Barda. Po walce… Nie mija za wiele czasu, a następuje następna – straszniejsza. To właśnie tytułowa bitwa pięciu armii, czyli orków, krasnoludów, ludzi, elfów i zwierząt.
Nie wiem, czego się spodziewałam… Hm, film podobał mi się, ale nie aż tak, że… Jakoś tak średnio. Film opierał się głównie na tych dwóch walkach. Bijatyka, śmierć, zielony ekran (czyt. technologia komputerowa), gdzie między tym wszystkim wpleciony wątek bogactwa, żądzy władzy. Po prostu fajny film i tyle. Trzeba by chyba było po kolei obejrzeć te trzy części, żeby to w jakąś kompletną całość to się połączyło. Hm, cóż widziałam lepsze filmy. Może nie miały tylu efektów komputerowych i nie były w 3D, ale stanowiły całość i jakoś… No, coś wnosiły.
Już nawet pominę śmieszny dubbing np. Legolasa, bo o tym pisałam rok temu przy recenzji „Hobbit: Pustkowie Smauga”.


Tytuł filmu: Igrzyska Śmierci: Kosogłos część 1
Tytuł oryginału: The Hunger Games: Mockingjay Part 1
Reżyseria: Francis Lawrence
Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig (na podstawie książki Suzanne Collins o tym samym tytule)
Czas trwania: 123 min
Wybrani aktorzy:
Jennifer Lawrence – Katniss Everdeen
Josh Hutcherson – Peeta Mellark
Liam Hemsworth – Gale Hawthorne
Woody Harrelson – Haymitch Abernathy
Elizabeth Banks – Effie Trinket
Philip Seymour Hoffman – Plutarch Heavensbee
Julianne Moore – prezydent Coin
Donald Sutherland – prezydent Snow
Sam Claflin – Finnick Odair
Premiera: 21 listopada 2014 r.

Rewolucja! Bunty! Mieszkańcy Panem się buntują! A na ich czele stoi Katniss Everdeen, która zostaje twarzą propagand.
Teraz mieszkańcy dwunastki muszą mieszkać w… legendarnej trzynastce. Cóż, trzynasty dystrykt istnieje i ma się całkiem dobrze. Prezydent Coin (Julianne Moore prawie nie do poznania w siwych włosach) wraz z Plutarchem postanawiają, że Katniss będzie podgrzewała buntownicze serca mieszkańców dystryktów. Trzeba w końcu stanąć do walki! Dziewczyna zgadza się pod paroma warunkami i dzięki temu, albo raczej przez to poznaje jeszcze bardziej dotkliwie zło prezydenta Snowa.
Ostatnia (a raczej przed ostatnia) część IŚ jest baaardzo emocjonująca. Gdy ludzie szli niszczyć tamę… Kurcze, oni ginęli, wiedzieli, że zginą, a i tak szli, o mało co się nie wzruszyłam. Jeszcze ta piosenka wykonaniu Jennifer Lawrence… Książkowe „Drzewo Wisielców”.  Piękne! Już może przerażać dawka emocji w następnej części, skoro tutaj tak to udało się twórcom filmu. J
Are you, are you
Coming to the tree?