Z jakieś ponad dwa tygodnie temu zaczął się uroczy maraton maturalny. Ten cel do którego zmierzało moje szkolne życie przez dwanaście lat. Ta prosta, współczesna matura. Ta matematyka z kalkulatorem i wzorami.
Przez większość czasu byłam obojętna na matury - na to czy zdam, czy nie. Bo po co się przejmować? Zawsze można poprawić, pójść do szkoły policealnej. Bliżej maja już całkowicie miałam to gdzieś. Bo i tak nie będę studiować tego, co chcę, więc, jakie ma znaczenie wynik z matury? Pierwszego dnia nadal, tak było. W końcu to piątek. Byle do tej piątej (pisałam rozszerzenie z j. polskiego i j. angielskiego), a potem już piątek. W sobotę można pojechać na miasto... W porządku! Mhm, ale weekend szybko minął i był poniedziałek. Dla niezorientowanych - matematyczny poniedziałek. Szczerze to nie wiem, jak mi poszło. Teoretycznie powinnam uzbierać (jak żebrak) 30% . Jedno pewne, że... Że tak w skrócie, ogólnie napiszę, że nie byłam zachwycona tym arkuszem w przeciwieństwie do większej części Polski (na szczęście później się dowiedziałam, że pewna osoba uważa podobnie jak ja; pozdrawiam Jess). Nie chciało mi się pisać, tak do popołudnia żadnej innej matury. Ale angielski... Według mnie podstawa nie była zła. Chyba najłatwiejsza w zastawieniu pl-mat-ang. A rozszerzenie... Na początku sprawdzałam nieoficjalne odpowiedzi i się załamałam, więc przestałam na nie spoglądać. Napiszę tyle, że takiego tematu na rozprawkę to jeszcze nie widziałam. Okropny.
A! No taaaak, rozprawka! Pewnie słyszeliście, że na podstawowym polskim była "Lalka"? Znowu. Po raz etny. Poniekąd się cieszę. Temat należał do łatwych. Przydało się przynajmniej przeczytanie tego tomiszcza.
Miałam to szczęście, że w mojej szkole egzaminy ustne odbywały się w środę i w czwartek, więc nie musiałam się długo stresować i czekać. Naprawdę się obawiałam tych egzaminów. Chyba najbardziej. Nawet o matematyce, tak nie myślałam. Wypowiedzi średnio mi wychodzą.
Pierwszy język polski. Temat łatwy i niełatwy. Zależy. Trzeba było trochę pomyśleć, zastanowić się. A przede wszystkim się uspokoić. Ku mojemu zdziwieniu udało mi się zdać, aż 82,5% z czego bardzo się cieszę. :D
Drobny wniosek - rozmowa z egzaminatorem, (o dziwo) naprawdę wygląda jak rozmowa, a nie odpytywanie.
Angielski... Jestem zadowolona, że wylosowałam dość łatwy temat na dialog z egzaminatorem. Obrazki mogłyby być trochę lepsze, ale też nie były złe. W gruncie rzeczy... Chyba, na lekcji trafiały się o wiele gorsze. 90%
A teraz... Podobno najdłuższe wakacje w życiu. Brzmi to jak śmierć. Prawdopodobnie spędzę je niezbyt ciekawie. Minął szybko i niepożytecznie.
Kilka dni temu byłam na Warszawskich Targach Książki. Relacja znajduje się na drugim blogu. :)
W podsumowaniu Oscarów pisałam, że zamierzam pójść do kina na film, który zdobył nagrodę w głównej kategorii. Tzn. na "Kształt wody". O mało, co nie zobaczyłabym tego filmu, ale dobrze mieć małe kina koło siebie w których niektóre filmy lecą grubo po premierze. I gdzie bilety są tańsze.
Jak zwykle to nie będzie, taka typowa filmowa recenzja. Zwłaszcza, że od seansu minął ponad miesiąc, a film (tak, już piszę z wyprzedzeniem) nie zachwycił mnie.
Właściwie o czym jest ten film? Akcja dzieje się (chyba) podczas zimnej wojny, w Ameryce. Elisa pracuje, takiej jakby bazie, laboratorium, które (jak to laboratorium) robi różne dziwne eksperymenty. Zwłaszcza, jeśli chodzi o ten jeden, który odmieni życie głównej bohaterki.
Pewnego do laboratorium zostaje przywieziony tajemniczy obiekt. Sekretne stworzenie, które zwiąże swój los z życiem Elisy...
Brzmi to trochę jak bajka? Poniekąd to jest bajka. Mroczna bajka dla dorosłych. Która albo serio jest dziwna, albo po prostu ja jej nie zrozumiałam i to, że uważam, że niektóre sceny były niepotrzebne to głupie gadanie. Okej, nie twierdzę, że rozumiem każdy film... Chociaż chyba ten jest mniej dziwny niż np. "Dziecko w czasie". Tamtego filmu w ogóle nie da się dobrze opisać.
Historia sama w sobie nie jest szczególnie przejmująca. Były wampiry, wilkołaki, jest coś odmiennego: morskie stworzenie. To wszystko już gdzieś się widziało. Nawet można przewidzieć, jak niektóre wątki się zakończą. Dla mnie nie było zaskoczeń w fabule. Oczekiwałam nawet jakiegoś rozwinięcia, jeśli chodzi o wątek Elisy, która nie potrafiła mówić przez wypadek, który zdarzył się jej w dzieciństwie. Bo naprawdę ten wątek jest trochę zagadkowy... Nie mogę się za bardzo rozwinąć na ten temat. A... Albo o nim zapomniano, albo go umniejszony. Lub to ja go zgubiłam.
Co właściwie trzyma fabułę według mnie? Postacie. Właściwie to relacje, które są między nimi. Ilość bohaterów nie poraża, więc teoretycznie nie jest sztuką ukazać to, co się dzieje pomiędzy czterema postaciami, ale to błąd. Wymaga to zdolności. Nawet jeśli jakiś bohater pojawia się epizodycznie to od razu widzimy tę relację: kto z kim i jaki ma stosunek do niego. Uważam, że należy się temu wyróżnienie, duży plus. Zwłaszcza początkowa więź Elisy z morskim stworzeniem. Ale początkowa.
Pod całą fabułą występują inne różne wątki, które są ważne lub nie. Potrzebne lub dodane ot, tak. Nie mnie to oceniać właściwie. Jeśli ktoś chcę obejrzeć ten film to niech to zrobi i sam oceni. Sam spróbuje znaleźć drugie dno, coś więcej. Myślę, że, tak został skonstruowany "Kształt wody".
Film posiada coś jeszcze lepszego, niż relacje międzyludzkie. Czym właściwie "Kształt wody" stoi. Większą część zawdzięcza efektom, wystrojowi i atmosferze. A nawet muzyce. To znaczy całej tej otoczce, która ma dopełnić fabułę, a tu po prostu ją tworzy. Gdyby nie było tych poszczególnych elementów, które nadają pewnego rodzaju mroku to nie byłoby to samo. To byłby inny film.
Nie będę rozważać na temat tego, czy to dobrze, czy nie, że "Kształt wody" dostał Oscara za najlepszy film, ponieważ.... Było, minęło. Myślę, że da się wyciągnąć moją opinię na ten temat z tekstu.
Nic nie pojawiło się przez luty... It doesn't matter. :D
Oscary śledzę, tak już z trzeci rok. Wcześniej to nie miało dla mnie jakiegoś dużego znaczenia. Okej, fajnie było obejrzeć jakiś film, który zdobył Oscara, ale poza tym... Jednak w pierwszej klasie liceum coś się zmieniło, zaczęłam bardziej śledzić nominacje i rozdanie nagród. Ale... Najczęściej nie wiedziałam o jakich filmach jest mowa podczas, że tak napiszę gali.
Bo z tymi filmami jest problem w Polsce. To znaczy... Chodzi mi o to... Na pewno to zauważyliście: rzadko, który film, który dostaje nominacje (te główne między innymi) jest w w polskich kinach. Lub ma premierę po rozdaniu. Lub dopiero, jeśli dostanie Oscara. I to najczęściej seans trwa przez jeden, góra - kilka dni. Ale najczęściej przeciętny widz nie zobaczy tych filmów w kinach szeroko znanych. No bo po co ściągnąć film. Przecież i tak ludzie wolą rozrywkę... Tak było np. z "Patersonem" - był może jeden dzień? Rozumiem, że na premierę nikt nie ma wpływu, tzn. góra decyduje. Ale no... Jednak mogłoby się coś poprawić...
W każdym razie w tym roku po raz pierwszy udało mi się obejrzeć większość filmów nominowanych w głównej kategorii (najlepszy film). Konkretnie 4 na 9. xD Mam swoją definicję większości. xD Ale resztę chcę obejrzeć. "Czwartą władzę" prawie bym obejrzała... Ale kino pozmieniało godziny seansów na te, które mi nie pasowały... Ale ogólnie słyszałam o reszcie filmów. Może na jeden jeszcze uda mi się pójść w marcu. A resztę jakoś znaleźć w Internecie... Jakoś. Bo tak właśnie obejrzałam poprzednie cztery (oprócz jednego)... No cóż, nie zawsze ma się okazję pójść do kina. I z kim. A w ogóle to bilety są drogie. Niestety.
Krótka wypowiedź na temat niektórych kategorii:
1. Najlepszy film - nie oglądałam jeszcze "Kształtu wody", ale trzymałam kciuki za "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Ten film... Był, taki inny, odmienny. I nawet nie przeszkadzały przekleństwa. Czasem dla mnie był trochę dziwny, ale... Ta dziwność miała w sobie to coś. Nie odpychała.
2. Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Cóż... Mało filmów widziałam z Garym Oldmanem. Szczerze mówiąc, głównie go kojarzę z roli Syriusza Blacka. Ale myślałam, że może będzie nominowany za inny film w którym ma może i przeciętną rolę, ale dla mnie wyszedł tam fantastycznie ("Kosmos pomiędzy nami")... Wtedy jeszcze nie znałam "Czasu mroku", znaczy się tylko zwiastun. Po obejrzeniu filmu pomyślałam, że jednak ta rola jest lepsza. I rzeczywiście zasługuje na tę nominację. A nawet i na Oscara. W zastawieniu nie wiem, co robi Timothee Chalamet. Nic nie mam do chłopaka, jednak serio nominacja za rolę w "Call me by your name"? Mam specyficzne zdanie o tym filmie. Oraz o zachowaniu/grze tego aktora. Zatrzymam, jednak opinię dla siebie. Krótko mówiąc, to nie ten film.
3. Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - jak najbardziej Oscar zasłużony dla Frances McDormand! Była świetna w "Trzech billboardach..."! Co do Saorise Ronan... Znów się nie udało, niestety. Ale dziewczyna ma jeszcze czas, aby nadal grała w bardzo dobrych produkcjach, a na pewno dostanie, kiedyś Oscara. (Chociaż "Byzantium" było słabe...)
4. Najlepszy aktor drugoplanowy - również uważam, że Oscar zasłużony dla Sama Rockwella. Chociaż (jak w przypadku Frances McDormand) nie oglądałam nic więcej z jego udziałem. W każdym razie jego rola w "Trzech billboardach..." była bardzo dobra. Innych panów w swoich rolach nie widziałam. Oprócz Woody'ego Harrelsona.
5. Najlepsza piosenka - okej, rozumiem, że piosenki z bajek są fajne. Wpadają w ucho, ale to takie oczywiste... Prawie zawsze, jak jest nominowana piosenka z bajki to wiadomo, że ona wygra. Nie słyszałam tej piosenki ("Remember Me" z "Coco") i może nie mam prawa się wypowiadać, ale... To nie jest np. ten szum, co np. przy "Let it Go", gdzie rzeczywiście ta piosenka była czymś, wszędzie ona była. Praktycznie każdy ją zna. Okej, przesłucham teraz "Remember Me"... Nie mój styl. Trzymałam za nastrojową i ładną w moim mniemaniu piosenkę z "Call me by your name" - "Mystery of Love" Sufjana Stevensa.
6. Najlepszy długometrażowy film animowany - naprawdę się zawiodłam. "Twój Vincent" to coś innego! To nie zwykła kreskóweczka, jakich wiele. Czy wcześniej był, taki film jak "Twój Vincent"? A takich bajek jak "Coco" było wiele i tyle na ten temat. Okej, jeśli nie "Twój Vincent" to chociaż "The Breadwinner"... Nic.
I to byłby koniec. Myślałam, że bardziej nagrodzą "Dunkierkę"... Chociaż, szczerze pisząc nie podobała mi się. Może napiszę post na temat tego sławnego "Kształtu wody", jeśli pójdę do kina na ten film.
Powinnam może zapisywać wszystko, co się dzieje podczas roku w zeszycie, bo... Gdy już dochodzi do podsumowań to zapominam o kilku rzeczach, sprawach. Niby nic takiego.
Więc poprzedni post zedytowałam - dodałam kilka filmów godnych zobaczenia np. "Moonlight".
W całym podsumowaniu zapomniałam o serialach, a rok 2017 był powiedzmy, że przełomowy, jeśli o nie chodzi. Wcześniej oglądałam tylko "Shadowhunters". Wynikało to głównie z tego, że wolałam się w nie nie wciągać. Było to dla mnie stratą czasu. Wolałam obejrzeć film, który trwał najdłużej trzy godziny, ale kończył się. Seriale, które najczęściej mnie ciekawiły miały albo po kilka sezonów lub około dziesięciu odcinków trwających po około godzinę. Więc mówiłam sobie, że może w wakacje. Może.
Ale okazało się, że będzie następna adaptacja fantastycznej serii - "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Adaptacja serialowa. No i co? Oczywiście chciałam ją obejrzeć. Po co czekać na lipiec... Zwłaszcza, że to serial Netfliksa, czyli wychodziły od razu wszystkie odcinki. Co prawda jeden odcinek trwał około godziny... Ale w pierwszym sezonie jest osiem odcinków. Czyli jeśli oglądać tylko w weekend (sobota-niedziela), jeden dzień - jeden odcinek; wychodził jakiś miesiąc oglądania. Nie tak źle. W praktyce wyszło mniej lub więcej. W tym roku drugi sezon pojawia się pod koniec marca, ale będzie posiadać o dwa więcej odcinki. Trzeba będzie zrobić podobnie.
SNZ to było nic z następnym serialem w którym się zakochałam. Mowa oczywiście o "Sherlocku" z Benedictem Cumberbatchem. Rozmach ten serial miał, nie powiem. Co z tego, że cztery sezony po trzy odcinki, kiedy jeden odcinek trwał... 90 minut. No, to był problem. Dość długo trwało zanim udało mi się skończyć wszystkie sezony. Zwłaszcza, że był problem z ostatnim odcinkiem online. Po raz chyba drugi w swoim życiu oglądałam całkowicie coś po angielsku za pierwszym razem. Nawet nie było, tak źle, ale raczej nie polecam. Chyba, że z kimś, tak jak ja to zrobiłam. Ma się potem odniesienie, czy na pewno dobrze się coś zrozumiało. A serio, tam tyle się dzieje, że... Serio, to jest wyzwanie. #tepowtórzenia Ale opłacało się. Serial jest świetny! Szkoda, że się skończył. Poniekąd... Lepiej, żeby nie było piątego sezonu. Czwarty skończył się, tak, że to wystarczy.
Potem nastąpił czas wakacji. Jak zamierzałam, tak zrobiłam. I tak wyszło, aż z trzy seriale. W tym dwa Netfliksa. Na pierwszy ogień poszła adaptacja "Trzynastu powodów". Rozpisywałam się już na temat. Mówią, że ma być drugi sezon... Zobaczymy, co to będzie. Na razie nie ma zwiastuna.
Na "Skam" natrafiłam przypadkowo. Coś tam słyszałam na temat tego norweskiego serialu, a po filmiku Cat z kanału CatVloguje jeszcze bardziej się do niego przekonałam. Co prawda... Pierwszy sezon jest wg. mnie najsłabszy, co powoduje, że niektórzy zniechęcają się po kilku odcinkach do reszty. Jednym z największych plusów "Skam" jest czas trwania odcinków - są one krótkie, dzięki czemu jeden sezon można nawet w jeden dzień skończyć, jeśli bardzo się chce. Niestety są tylko cztery sezony. Niestety, bo ostatnie dwa bardzo mi się spodobały, a postać Sany - super! :D
Sierpień był poświęcony "Atypowemu". Który jest serialem bardzo nietypowym. Opowiada w końcu o kimś innym, nieprzeciętnym. Ponadprzeciętnym nie w złym stopniu. Jasne, serial ma kilka minusów, ale są one do wybaczenia. Jestem ciekawa, czy będzie następny sezon.
I na "Atypowym" moja przygoda z serialami się skończyła. W między czasie jeszcze oglądałam "Shadowhunters", ale ten serial pomijam, ponieważ to kontynuacja. Dopiero w tym tygodniu obejrzałam pierwszy serial od ok. czterech miesięcy. To "The End of the F***ing World". Cóż... Chyba nie będę tworzyć nowego postu na jego temat.
W wielkim skrócie: chłopak o zadatkach na "psychopatę" wyrusza w świat z dziewczyną, która sporo przeklina. On chce zabić tą dziewczynę. <--- to naprawdę wielki skrót. Ponieważ to dużo bardziej skomplikowane.
Zwiastun nie ukazuje tego skomplikowania. Można napisać, że przedstawia rozrywkową historię, która będzie posiadać swoisty humor.
Okej, pośmiałam się kilka razy. Nawet. Ale fabułę serialu do rozrywkowego bym nie zaliczyła. To poważny serial, który na siłę próbuje nie być poważny. Porusza ważne problemy, ale podejście do postaci Jamesa... Mnie się ona po prostu nie spodobała. Postać Alyssy... Nie wiem nadal, co o niej sądzić. To nie rozkapryszona dziewczynka, która robi, co chce i mówi, co chce. To jest również bardziej skomplikowane zwłaszcza, jeśli prześledzić jej życie i rodzinę. A na tym trochę bardziej skupia się serial. Nie za ciekawie miała dziewczyna. Cieszę się, że mogłam aktorkę, która ją grała, zobaczyć w innej roli, niż dotychczas widziałam. Znaczy widziałam ją tylko w "Hannie". I tam grała irytującą dziewczynkę.
Głównym minusem tego serialu (pominę absurdalne sceny, bo bym musiała zaspoilerować coś), który może dla niektórych nie jest minusem i może to ja się nie znam - są przekleństwa. Nie wychowałam się w innych czasach, rozumiem, że przekleństwa to część języka młodzieżowego. Ale no kurde, bez przesady. Naprawdę. To czasem było, takie na siłę... A dajmy od czapy, jakieś przekleństwo, a co. Boże, to nawet w "Trzech na gigancie" główny bohater, aż tak nie przeklina, a ma chorobę, która polega na ciągłym przeklinaniu (w skrócie). Nie chce mi się wierzyć, że Alyssa ma to samo. Może miało być przez to fajnie...
Podsumowując - przez cały serial miałam wrażenie, że gdzieś to widziałam. Dużo schematów się tu przewija.
Nastała okrągła rocznica bloga. Jak to niektórzy mówią - urodziny. Akurat pokrywa się to z podsumowaniem roku 2017. Może to i lepiej, że jest to w tym samym czasie. Mniej więcej. Prawdopodobnie nie stworzyłabym osobnego postu, żeby oznajmić, że blog ma pięć lat. Bo po co. Post wyglądałby, tak samo jak podsumowanie roku. Może trochę dłuższe. Patrząc na cudowny licznik mało osób by o tym przeczytało. Chociaż jakoś chyba nigdy nie dbałam o promocję bloga... Patrząc na to, co było z poprzednim blogiem. Patrząc na niektóre okoliczności.
Tak, to nie jest mój pierwszy blog. Wcześniej... Chyba przez rok lub półtora posiadałam blog na interii. Niby było spoko, ale jednak czegoś w nim brakowało... Głównie tego, że nie mogłam śledzić komentarzy, gdzie jaki się pojawił. To było dużym utrapieniem zwłaszcza, kiedy młodsza ja postanowiła pisać od czapy na temat o których miała słabe pojęcie. A nawet, jeśli nie to pisałam to w, tak opłakany sposób... W każdym razie przeniosłam się na bloggera. W czasie, w którym posiadałam tego bloga, założyłam jeszcze kilka, które nie miały racji bytu. Jakiegoś ze zdjęciami i chyba opowiadaniem, ale nie jestem pewna, co do tego drugiego. Był nawet tumblr. Chyba, gdzieś nadal jest w Internecie z tego, co pamiętam. To było bardzo bezsensu. Jeśli chodzi już o zakładanie kont... Mniej więcej w czasie w którym założyłam bloga, założyłam konto na DeviantArcie. To taka strona do upubliczniania swojej twórczości, gdyby ktoś nie wiedział. Ostatnimi czasy zaniedbałam to konto. Założyłam też konto na LubimyCzytać, żeby zobaczyć, ile tak naprawdę czytam książek. Ponieważ sporo osób, kiedyś mówiło mi, że dużo czytam... Czasy się zmieniają. Ale przynajmniej mogę na koncie zapisywać książki, które mi się podobają i które w przyszłości chciałabym przeczytać. Inaczej chyba nie dałabym rady tego z pamiętać. Na ten moment jest tych książek ponad 120. Nie ukrywam, że czasem się załamuję, kiedy widzę licznik z przeczytanymi książkami.
Tematyka bloga w miarę upływu czasu powoli się zmieniała. Najpierw nie chciałam zbytnio pisać o swoim życiu, ale jakoś łatwo to mi minęło. Czas gimnazjum. Nie jestem z tego zadowolona. Może pewnego dnia usunę te posty. Dodawałam oprócz tego wiele recenzji książek, które później zdominowały bloga w taki sposób, że powiedziałam "stop" i na książki założyłam osobnego bloga. Ten... Miał być czymś innym, o czymś innym. Sama nie wiem o czym. W pewnym momencie zaczęłam dodawać swoje opowiadanie, które... Jest niedopracowane i ma tyle błędów, że nie wiem, jak mogłam to gdziekolwiek pokazywać i się tym chwalić. Ale za to koniec jest bardzo dobry... Usunęłam opowiadanie stąd. W pewnym czasie pojawił się zalew tagów... Tagi były wszędzie, każdy do każdego nominował. Na początku to było fajne, ale potem mi się to znudziło. Więc póki co ich nie ma. Raz na kiedyś dodaję też recenzję filmów. Nie zawsze najwybitniejszych. Tych najlepszych filmów nie ma recenzji. Po prostu nie umiem się wypowiedzieć na ich temat. Język się plącze. Nie wyszłoby to, tak jakbym chciała.
Na uwagę też zasługuje cykl postów o "Gwiezdnych Wojnach", który zawiera na razie pięć postów. W tym te najważniejsze, czyli jak to się stało, że się nimi zainteresowałam.
Co wydarzyło się szczególnego w 2017?
Zaczęłam ostatnią klasę liceum i powoli zbliżam się do studniówki. Czyt. poloneza. Może też matury. Ale to na razie nie ważny temat.
Odbył się V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. I może będzie następny. Mam nadzieję. Wiem, jestem dziwna.
Przeczytałam prawie wszystkie lektury. Zostały mi dwie.
Zapisałam się do samorządu... Nieciekawe zajęcie.
Zdobyłam jedno z ważniejszych stypendiów w Polsce. Chyba. Nie znam się.
Byłam w Warszawie i jadłam indyjskie jedzenie.
Pisałam po angielsku z kilkoma osobami.
Zaczęłam się bardziej ogarnięcie uczyć tureckiego.
Piszę nowe opowiadanie.
Pojawiło się więcej postów niż w ostatnich dwóch latach.
---
Nie mam zbyt wielu sukcesów i zdarzeń. Ten rok nie był za ciekawy. Nie liczę na to, że ten będzie lepszy. Już się nie zapowiada, tak powiem. It doesn't matter.
Czy jest sens podsumowywać książki? Jest ich osiem. Na szczęście nie ma wśród nich najgorszej książki. Są tylko dobre. No i dwie najlepsze: "Zbrodnia i kara" oraz "Zapiski z Rakki". Wszystkie recenzje na drugim blogu.
Za to rok 2017 był rokiem filmów. Obejrzałam ich ok. 55. Długo by je wymieniać, więc wymienię te od oceny 8 wzwyż. Piękny umysł Ghost in the shell Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie Przyrzeczenie Dziewczyna z pociągu Jutro będziemy szczęśliwi Slumdog. Milioner z ulicy Niesamowity Spider-Man Król Artur. Legenda Miecza Mroczna wieża Captain Fantastic Ojcowie i córki Człowiek, który poznał nieskończoność Split Django Szkoła dla łobuzów Thor. Ragnarok X + Y Lot nad kukułczym gniazdem Między nami kosmos Ukryte działania Moonlight Tajemnice Brokeback Mountain
To od razu filmy na które czekam w 2018: Ocean's 8 Mamma Mia! Here we go again Aquaman Dziadek do orzechów i cztery królestwa Hotel Transylwania 3 Piotruś Królik Iniemamocni 2 Anihilacja Twój Simon Pasażer Venom X men: Dark Phoenix Nowi mutanci Avengers: Wojna bez granic Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda Czarna Pantera
Sporo tych filmów. Oczywiście, patrzyłam na daty premier światowych, ponieważ niektóre filmy miały premierę już w 2017, ale w Polsce dopiero teraz będą, więc ich nie pisałam.
Jeżeli chodzi o muzykę... Zaczęłam słuchać piosenek Troye'go Sivana i zespołu Welshly Arms. Kupiłam sobie najnowszą płytę zespołu The Script... I to chyba jest to wszystko... Bo nie pamiętam od kiedy słucham tureckiego piosenkarza/rapera Norm Endera. Czy od 2017, czy od 2016. Więc to by było wszystko.
I krótkie podsumowanie by Blogger:
Wyświetlenia: 13 391
Najbardziej czytany post był podsumowaniem sierpnia. Przez 5 lat podkreślam.
Oprócz Polski, głównie ludzie trafiali na bloga z USA i Rosji. Nie wiem na ile to prawda. Bo te statystki są bardzo dziwne.
Statystka statystyką, ale jednak jeśli porównać pierwszy rok bloga z tym, co jest teraz... Zdecydowanie bardziej jest on pusty. To znaczy, nikt go praktycznie nie czyta i nie zostawia komentarzy. Ale żyje się dalej!