sobota, 30 grudnia 2017

Nowa era Jedi #5

[to nie będzie typowa recenzja]

Kilka tygodni temu... (Aż dwa) była w kinie na następnym epizodzie "Gwiezdnych Wojen". Nie należę do grupy fanów GW, którym nowa trylogia nie podoba się. Wiem, widzę tę różnicę między
główną trylogią o Luke'u Skywalkerze, a tymi filmami o Rey. Jednak... No te filmy nie są, takie złe. Chociaż... dość przewidywalne. Aczkolwiek horrory też ludziom się podobają, a króluje tam przewidywalność. Przynajmniej w większości z nich.

Postać Kylo w poprzedniej części była dość znikomo przedstawiona. Jakiś tam pseudo czarny bohater, w masce, która mu wcale nie jest potrzebna. Postać wahająca się nad dobrą i złą stroną mocy. W "Ostatnim Jedi" cofnięto się trochę w przeszłość chłopaka, próbując pokazać, dlaczego postąpił, tak, a nie inaczej. Pokazać, że jeszcze jest szansa... I tak przez większość filmu można uważać, jednak... To nie jest typowa postać, która nie wie, jak ma postąpić. To nie tyle chodzi o wybór, który się już dokonał... A... pokazaniu, że jest się kimś. Że można czegoś dokonać... Ostatnia walka Kylo i Rey przypominała mi te wszystkie rewolucje, nie ważne, czy to historyczne, czy kulturowe. W końcu znajduje się osoba, która chce przewalić wszystko, to co istniało dotychczas i stworzyć coś nowego... Dodać do tego jakieś zagubienie... Uważam, że mogłoby się jeszcze bardziej rozwinąć tego bohatera. Jest lepiej niż wcześniej, ale nadal jest jakaś luka. Bardziej historia skupia się na tym, jak pewno wydarzenie z życia Kylo wpłynęło na innego bohatera. Cóż... Jakoś nigdy za tym bohaterem nie przepadałam i jakoś nie byłam szczególnie zaskoczona jego końcowymi losami. W końcu... Tu chodzi o nowe pokolenie, innych bohaterów. Nie potrzebnie skupiać się ciągle na tych starych. To znaczy na tych, którzy jakoś nie oddziałują szczególnie na fabułę. Poplątanie... Tak to jest, kiedy się nie chce spoilerować. Chodzi o to, że np. Leia ma więcej do odegrania w całej historii, niż inni starzy bohaterowie zważywszy na to, że jest duchem walki, bez niej wszystko by się rozsypało, no i jest ważną osobą dla Kylo. A może i też dla Rey...



A np. Luke... Luke może niektórych rozczarować w tej części. To już nie jest ta sama osoba, którą był kiedyś. W końcu tyle lat minęło... Poniekąd jego zachowanie irytuje, ale też jest zrozumiałe. Ale... Już po pierwszej scenie już widz może się domyślić, że Rey będzie mogła liczyć głównie na siebie.
Właśnie, Rey. Chyba bardziej ją polubiłam. To silna bohaterka, trochę zagubiona, ale nie ma, co się jej dziwić. Dużo osób chce nią pogrywać, ale nie daje się. Chociaż na początku wydaje się, jakby się poddała temu wszystkiemu. Ciekawa sytuacja jest z jej rodzicami, którzy są nie znani... Hm, są widzowie, którzy uważają, że owszem wiadomo. Bo tak, w pewnej rozmowie jest wzmianka o jej rodzicach... Ale... Wystarczy spojrzeć na to kim jest osoba, która z nią rozmawia. Na całą tą otoczkę rozmowy! Nie wierzę w to, że to prawda. Zobaczycie, w ostatniej części będzie wielkie wooow, bo wyjdzie prawda. Otwieram drzwi teoriom filmowym.

Najbardziej przewidywalny wątek prawdopodobnie ma generał Hux. (Ta "okropna" charakteryzacja...) Nie będę na ten temat się rozpisywać. Wystarczy przeanalizować jego postać podczas całego "Ostatniego Jedi".
Poe i Finn... Nadal za nimi szczególnie nie przepadam. Oczywiście, wnoszą dużo do filmu. Ale dla mnie nie wyróżniają się, czymś szczególnym.
Za to nowa bohaterka GW, czyli Rose miała to coś. Szkoda, że nie było jej od samego początku. Rose wniosła do fabuły inne spojrzenie na rebelię i Najwyższy Porządek. Był Finn, były szturmowiec, Poe, czyli pilot... Ponadprzeciętni bohaterowie. A tu Rose, która jest zwykłą rebeliantką, która na własnej skórze odczuła zło Porządku. Scena na planecie... Nigdy nie pamiętałam tych nazw... Na planecie, która była niczym ziemskie Las Vegas, była cudowna (ta scena tzn). Według mnie ta scena miała podobną moc, jak stara trylogia. Chodzi mi o nawiązania historyczne.



Może nie było wielu walk na miecze... Może rzeczywiście "czas Jedi przeminął", ale za to nowe stworzenia, chociaż trochę to wynagradzają. Te kryształowe liski... Albo coś, a la chomik latający. xD

sobota, 23 grudnia 2017

Merry CHRISTmas

Nie ma świąt
Jest Iluzja
Nie ma życzeń
Są kłamstwa
Są prezenty
Jest Oszustwo

--------------------

Czymże są święta?
Po co są święta?
Żeby inni zarabiali
Oszukiwali
Dzieci
Po co są święta?
Żeby zaznaczyć różnice między ludźmi


sobota, 16 grudnia 2017

Polscy wykonawcy

Przeważnie nie słucham polskich wykonawców, nie oglądam polskich filmów i rzadko czytam książki polskich autorów. Zabrzmiało to trochę niepatriotycznie... To nie chodzi w tym o to, że skreślam polską muzykę, filmy i literaturę. Po prostu... trudno mi w tych dziedzinach znaleźć coś, co by mnie zainteresowało. Z książek lubię serię "Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, szkoda, że ekranizacja wyszła, tak słabo oraz książki Anny Onichimowskiej ("Hera, moja miłość", "Dziesięć stron świata", "Koniec gry"). Jeśli chodzi o filmy to najbardziej zapadł mi w pamięci film pt. "Tato". A z komedii - "Last Minute", choć podobno zdobył miano najgorszego polskiego filmu któregoś tam roku. Może ma swoje nie dociągnięcia, jednak ta komedia naprawdę mnie rozbawiła. I jak to określiłam razem z koleżanką - po prostu ten film pokazuje prawdę, nie ma co ukrywać.
Jeśli chodzi o muzykę... Tu chyba trochę sprawa się bardziej komplikuje im jestem starsza. Znaczy, kiedy byłam mała słuchałam więcej polskiej muzyki (Ich Troje, Feel), ale wiadomo - byłam mała. Rzadko, kiedy osoba, która jest w podstawówce (1-3) interesuje się tym o czym dany wokalista śpiewa. W miarę dorastania, jednak szuka się czegoś bardziej ambitnego. Czasem. Nie mówię, że polska muzyka nie jest ambitna, a ja słucham piosenek tylko z wysokiej półki, bo tak nie jest. Jednak nie ukrywajmy, że teraz na listach przebojów królują niezbyt dopracowane polskie piosenki. Ekhm, może nie wgłębiajmy się w to. W każdym razie, jak ktoś chce to znajdzie przecież to czego słucha...
Też nie od dzisiaj wiadomo, że anglojęzyczne piosenki również, a czasem i gorszy mają tekst, ale na pierwszy "rzut oka" tego nie widać. Bo są angielsku lub w innym obcym języku. Jeśli komuś podoba się dana piosenka to nie musi wgłębiać w tekst i się przejmować, że jakiś wykonawca śpiewa, tak naprawdę o niczym.
No dobra, ale jakich w końcu polskich wykonawców słucham? Bardzo mało ich jest... Liczę tych, których słucham więcej, niż 3 piosenki.

Link


1. Od szkoły podstawówki do teraz słucham nadal piosenek Ewy Farny (przepraszam, jeśli odmiana nazwiska jest zła). Co prawda teraz średnio podobają mi się jej nowsze piosenki, ale słucham jej starszych utworów. Nawet mam płytę z jej koncertu osiemnastkowego. Uważam, że Ewa Farna pokazuje właśnie, że można długo przebywać w show biznesie/być sławnym, nie robiąc wokół siebie szumu, śpiewać bardzo dobre piosenki i mieć głos. Nie rozumiem tego szumu wokół jej sylwetki. Nie każdy musi być chudy, ważne, jak czuje się Ewa w swoim ciele, a nie jak "powinna" wyglądać.
Dwie moje ulubione piosenki:



2. Sylwia Grzeszczak. Są osoby, którym nie podobają się jej piosenki i sposób śpiewania Sylwii, ale mi akurat to odpowiada. Dla mnie te piosenki są melodyczne i rytmiczne przez to. Lubię, kiedy na koncercie lub ogólnie w piosence Sylwia Grzeszczak gra na fortepianie. Uwielbiam grę na fortepianie. :D
Dwie ulubione piosenki:


3. To chyba mało znany zespół... Sama bym go nie poznała, gdyby moja koleżanka nie słuchała ich piosenek. Mowa o Luxtorpedzie. Można by było powiedzieć, że te piosenki do mniej nie pasują, bo większość dotyczy poniekąd religii. Ale jakie ma to znaczenie? Nikt nie powiedział, że jeśli nie chodzi się na religię to nie można słuchać takich piosenek. Te piosenki mają coś w sobie. Nic nie narzucają. Po prostu posiadają swoistą prawdę.
Dwie piosenki:



Kto by pomyślał... Naprawdę nie spodziewałam się tego, że będą tylko trzy podpunkty... Chyba powinno mi być wstyd? No nie wiem. Mogłabym jeszcze na siłę wcisnąć Piotra Rubika, bo bardzo lubię trzy jego piosenki, ale miało być powyżej trzech, więc no... Tak to wychodzi.

piątek, 8 grudnia 2017

Sportowcy rządzą światem

Ostatnio pojawił się następny argument do tego tematu... Niestety. Nie mam żalu o tę sytuację do nikogo... Może poniekąd do siebie, że nie należę do grupy sportowców.
Co tu ukrywać, skoro wszyscy, którzy mieli wiedzieć już wiedzą - dostałam stypendium. Mówią, że nie byle jakie. Nie wiem, nie zauważyłam, żeby była jakaś różnica między tym, a zwykłym. Może więcej się o nim mówiło. Przez chwilę. Nie, to nie chodzi o to, żeby o mnie trąbiono... A raczej o pieniądzach, jakich dostałam, bo co kogo to obchodzi, ale... Skoro się docenia tym, że uczeń ma najwyższą średnią w szkole to chyba powinno się podać tę informację dalej? Na fanpage szkoły na który więcej osób zagląda na przykład. Nie ważne. Mniejsza z tym. I tak brzydko wyszłam na zdjęciach. Weszłam w zakładkę, która mówi o sukcesach... Problem w tym, że te "sukcesy" to wyłącznie sukcesy sportowe. Cóż, sukces to sukces. Nie wątpię, że nie. Ale uczniowie nie osiągają wyłącznie sukcesów sportowych. Dziwna zresztą byłaby to szkoła. Zażartowałabym sobie głupio, ale chyba nie wypada. :p Hm, czy to nie umniejsza tym niewysportowanym uczniom. Tak jakby reszta osiągnięć była gorsza. Tak, może ja na to, tak patrzę, wyolbrzymiam. Ale nie chodzi tylko o szkołę. Spójrzcie na świat. O czym się mówi? Co przykuwa uwagę ludzi? Sport. Siła. I wszystko z tym związane. Spójrzmy na te stereotypowe seriale i filmy amerykańskie dla młodzieży - najlepsza grupa w szkole to sportowcy, jedna z najgorszych to ci kujoni. Hm, wcale to nie, takie głupie. W głowie od małego mamy coś takiego... Że jeśli ktoś lepiej się uczy, siedzi długo nad książkami to jest obiektem drwin. Może później się to poprawia na dalszych etapach nauki, ale jednak... Taaak, nie ukrywajmy, w tym świecie lepiej mieć osiągnięcia w sporcie i być głupim, niż na odwrót. Popadam w skrajności, żeby jak najbardziej pokazać ten problem. Nie, nie uważam, że sportowcy są głupi i w ogóle, przecież to nie jest ich wina, że ktoś kiedyś, tak wymyślił, że oni będą lepsi i teraz spora grupa ludzi się tym kieruje. Niby rodzice niektórzy mówią, żeby nie patrzeć na innych i tak dalej. I że przecież nauka jest ważna i w ogóle. Jednak... Jakby nie patrzeć to osiągnięcia sportowe bardziej by im się podobały. Bo jak to wygląda, żeby się chwalić przed rodzinom, czy kumplami, że dziecko dostało szóstkę z czegoś lub wzięło udział w olimpiadzie przedmiotowej, kiedy można powiedzieć o tym, że inne dziecko wzięło udział w zawodach lub nauczyło się czegoś nowego. Lepiej to brzmi. Nauka... Wydaje się, czymś absurdalnym i łatwym. Bo niby nie trzeba się natrudzić. Fizycznie to już w ogóle nie wymaga wysiłku. W końcu sport rozwija i psychikę i siłę fizyczną. Więc lepiej, nie? Aczkolwiek jeszcze nie każdy sport. Bo tu też mamy rozgraniczenie. Oczywiście. Szachy. Podobno trudne mają zasady. Znaczy się dla mnie łatwe. Ja rozumiem, że to wcale nie jest pasjonujące patrzeć się, jak dwoje ludzi gra. I ich jedyny ruch to zmienianie układu szachów. No może też naciskanie dzwonka/budzika (nie wiem, jak to się nazywa). Naprawdę rozumiem to. Sama bym nie chciała oglądać takich zawodów. Ale zdaje mi się, że to przez samo to, że bardziej wysila się głowę do tej gry to ten sport jest traktowany jako coś hm, gorszego. Z takim uśmieszkiem się mówi o nim. Który rodzic (głównie ojcowie) nie woleliby, żeby zamiast dziecko grać w szachy, żeby grało w piłkę nożną. Piłka nożna to sport kultowy. Wychodzi się na dwór. Poznaje się ludzi. Nie wiem, który sport jest trudniejszy. Nie gram w piłkę, w szachy gram raz na kiedyś. Ostatni raz był w czerwcu. Co prawda przegrałam, ale gra nie trwała pięć sekund.
Wylewam żale w tym poście... To chyba głupie. Zależy dla kogo. Mi - osobie, której daleko do sportu z pewnych względów, zależy na tym, żeby nauka oraz osiągnięcia poza sportowe były bardziej doceniane. Nie da się przekroczyć niektórych rzeczy, nie zmienię tego, że coś jest ciekawsze od jednego. Ale mogę wyrażać opinię na ten temat. Dla mnie ten temat jest ważny. Na pewno nie jestem osamotniona w tym. 

Link

niedziela, 3 grudnia 2017

Matematyczny humanista

Grudzień. Oficjalnie można słuchać świątecznych piosenek, zawieszać zimowe ozdoby i szukać śniegu. :p

Nie jestem jakimś specjalistą od matematyki. Moja wiedza nie jest też na nie wiadomo, jakim poziomie. Może niżej minimalnie niż przeciętna - nie wiem, zależy od punktu patrzenia. W każdym razie nie można też zaprzeczyć temu, że nie jestem też słaba z matmy. A jak to jeden ze stereotypów mówi - humaniści nie umieją matematyki. Ich matematyka jest, tak opłakana, że poszli na humana. Z tym stereotypem łączy się wiele wymówek osób, które poszły na profil humanistyczny lub z natury są humanistami: bo ja jestem humanistą, dlatego matma mi nie idzie. Heh, te wymówki... Gdyby każdy zaczął szukać, takich wymówek...

Link

Racja, na początku mojej edukacji jakoś nie przepadałam za matematyką i liczeniem. Zawsze jakoś lepiej mi szło pisanie, niż liczenie. W gimnazjum jakoś... trochę się to wyrównało. To znaczy nie było, tak, że lubiłam język polski, a matematyki nie. Cóż polubiłam ten przedmiot, co nie znaczyło od razu, że byłam o niebo lepsza w matematyce. Nie, wcale. No może trochę. W każdym razie te 62% udało mi się zdobyć. Po dwóch latach i prawie czterech miesiącach w liceum zaczęłam zauważać, że mój stosunek do matematyki diametralnie się zmienił. Szczerze pisząc to nie umiałabym wybrać teraz, który przedmiot wolę bardziej. Nie, nie popisuje się. Matematyka nadal pozostaje trudnym przedmiotem, gdzie niektóre działy zwyczajnie mnie dobijają, ponieważ według mnie nie są żadnemu licealiście potrzebne do szczęścia. Mowa tutaj o prawdopodobieństwu, które jest jakąś abstrakcją, która nie pasuje mi do logicznej matematyki. Nie twierdzę, że zaraz zdam matmę na maturze - to kwestia kilku czynników, nie przesadzajmy. Nawet przy polskim może mi się podwinąć noga, a co dopiero przy innych przedmiotach. Realizm.
Nie wiem, jak to nazwać. Może to jest śmieszne, że nagle mi się trochę odwidziało z matematyką, aczkolwiek... Jeśli zaczyna się coś bardziej rozumieć to to sprawia, że jednak masz tę myśl, że jednak to nie jest, takie odległe. Kiedyś miałam wymówki, jak wyżej napisane: bo ja jestem humanistą. I co z tego? To nie wyklucza bycia dobrym w matematyce, rozwijać swoje umiejętności w liczeniu i nie odwalaniu tego byle jak. Nie, nigdy nie podchodziłam, aż tak do matmy, ale były momenty, że mówiłam, że po co mam to umieć, skoro nie będę wiązać z tym życia. Może jeszcze parę lat temu nie brałabym udziału w konkursie matematycznym dla chętnych w szkole (co miesiąc nowe zadanie), bo po co? A jeśli bym robiła... To jeśli by mi coś nie wychodziło to zostawiłabym to, tak jak jest i tyle. Miałabym to gdzieś. Bo przecież się starałam. A teraz po prostu szukam rozwiązania, nie umiem często odpuścić zadaniu, jeśli go nie rozwiąże lub nie pojawi się, taki wynik, jaki ma wyjść. Nie zawsze się to udaje. Po prostu chcę rozwiązać te zadania. Może to dziwne, ale poniekąd lubię rozwiązywać zadania matematyczne. Ta logiczność jest czasami potrzebna. Nie można cały czas odlatywać, marzyć i na tym się zatrzymywać. Jeszcze raz podkreślam nie stałam się geniuszem matematycznym. Nadal wolę czytać książki i pisać opowiadania.
Humanistom nie skreśla nikt matematyki, tak jak matematykom język polskiego i humanistycznych rozrywek.

                                                                      <3

PS. Angielski podstawa 90%, rozszerzenie 50%/język polski podstawa 61%, rozszerzenie 67%