Powinnam może zapisywać wszystko, co się dzieje podczas roku w zeszycie, bo... Gdy już dochodzi do podsumowań to zapominam o kilku rzeczach, sprawach. Niby nic takiego.
Więc poprzedni post zedytowałam - dodałam kilka filmów godnych zobaczenia np. "Moonlight".
W całym podsumowaniu zapomniałam o serialach, a rok 2017 był powiedzmy, że przełomowy, jeśli o nie chodzi. Wcześniej oglądałam tylko "Shadowhunters". Wynikało to głównie z tego, że wolałam się w nie nie wciągać. Było to dla mnie stratą czasu. Wolałam obejrzeć film, który trwał najdłużej trzy godziny, ale kończył się. Seriale, które najczęściej mnie ciekawiły miały albo po kilka sezonów lub około dziesięciu odcinków trwających po około godzinę. Więc mówiłam sobie, że może w wakacje. Może.
Ale okazało się, że będzie następna adaptacja fantastycznej serii - "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Adaptacja serialowa. No i co? Oczywiście chciałam ją obejrzeć. Po co czekać na lipiec... Zwłaszcza, że to serial Netfliksa, czyli wychodziły od razu wszystkie odcinki. Co prawda jeden odcinek trwał około godziny... Ale w pierwszym sezonie jest osiem odcinków. Czyli jeśli oglądać tylko w weekend (sobota-niedziela), jeden dzień - jeden odcinek; wychodził jakiś miesiąc oglądania. Nie tak źle. W praktyce wyszło mniej lub więcej. W tym roku drugi sezon pojawia się pod koniec marca, ale będzie posiadać o dwa więcej odcinki. Trzeba będzie zrobić podobnie.
SNZ to było nic z następnym serialem w którym się zakochałam. Mowa oczywiście o "Sherlocku" z Benedictem Cumberbatchem. Rozmach ten serial miał, nie powiem. Co z tego, że cztery sezony po trzy odcinki, kiedy jeden odcinek trwał... 90 minut. No, to był problem. Dość długo trwało zanim udało mi się skończyć wszystkie sezony. Zwłaszcza, że był problem z ostatnim odcinkiem online. Po raz chyba drugi w swoim życiu oglądałam całkowicie coś po angielsku za pierwszym razem. Nawet nie było, tak źle, ale raczej nie polecam. Chyba, że z kimś, tak jak ja to zrobiłam. Ma się potem odniesienie, czy na pewno dobrze się coś zrozumiało. A serio, tam tyle się dzieje, że... Serio, to jest wyzwanie. #tepowtórzenia Ale opłacało się. Serial jest świetny! Szkoda, że się skończył. Poniekąd... Lepiej, żeby nie było piątego sezonu. Czwarty skończył się, tak, że to wystarczy.
Potem nastąpił czas wakacji. Jak zamierzałam, tak zrobiłam. I tak wyszło, aż z trzy seriale. W tym dwa Netfliksa. Na pierwszy ogień poszła adaptacja "Trzynastu powodów". Rozpisywałam się już na temat. Mówią, że ma być drugi sezon... Zobaczymy, co to będzie. Na razie nie ma zwiastuna.
Na "Skam" natrafiłam przypadkowo. Coś tam słyszałam na temat tego norweskiego serialu, a po filmiku Cat z kanału CatVloguje jeszcze bardziej się do niego przekonałam. Co prawda... Pierwszy sezon jest wg. mnie najsłabszy, co powoduje, że niektórzy zniechęcają się po kilku odcinkach do reszty. Jednym z największych plusów "Skam" jest czas trwania odcinków - są one krótkie, dzięki czemu jeden sezon można nawet w jeden dzień skończyć, jeśli bardzo się chce. Niestety są tylko cztery sezony. Niestety, bo ostatnie dwa bardzo mi się spodobały, a postać Sany - super! :D
Sierpień był poświęcony "Atypowemu". Który jest serialem bardzo nietypowym. Opowiada w końcu o kimś innym, nieprzeciętnym. Ponadprzeciętnym nie w złym stopniu. Jasne, serial ma kilka minusów, ale są one do wybaczenia. Jestem ciekawa, czy będzie następny sezon.
I na "Atypowym" moja przygoda z serialami się skończyła. W między czasie jeszcze oglądałam "Shadowhunters", ale ten serial pomijam, ponieważ to kontynuacja. Dopiero w tym tygodniu obejrzałam pierwszy serial od ok. czterech miesięcy. To "The End of the F***ing World". Cóż... Chyba nie będę tworzyć nowego postu na jego temat.
W wielkim skrócie: chłopak o zadatkach na "psychopatę" wyrusza w świat z dziewczyną, która sporo przeklina. On chce zabić tą dziewczynę. <--- to naprawdę wielki skrót. Ponieważ to dużo bardziej skomplikowane.
Zwiastun nie ukazuje tego skomplikowania. Można napisać, że przedstawia rozrywkową historię, która będzie posiadać swoisty humor.
Okej, pośmiałam się kilka razy. Nawet. Ale fabułę serialu do rozrywkowego bym nie zaliczyła. To poważny serial, który na siłę próbuje nie być poważny. Porusza ważne problemy, ale podejście do postaci Jamesa... Mnie się ona po prostu nie spodobała. Postać Alyssy... Nie wiem nadal, co o niej sądzić. To nie rozkapryszona dziewczynka, która robi, co chce i mówi, co chce. To jest również bardziej skomplikowane zwłaszcza, jeśli prześledzić jej życie i rodzinę. A na tym trochę bardziej skupia się serial. Nie za ciekawie miała dziewczyna. Cieszę się, że mogłam aktorkę, która ją grała, zobaczyć w innej roli, niż dotychczas widziałam. Znaczy widziałam ją tylko w "Hannie". I tam grała irytującą dziewczynkę.
Głównym minusem tego serialu (pominę absurdalne sceny, bo bym musiała zaspoilerować coś), który może dla niektórych nie jest minusem i może to ja się nie znam - są przekleństwa. Nie wychowałam się w innych czasach, rozumiem, że przekleństwa to część języka młodzieżowego. Ale no kurde, bez przesady. Naprawdę. To czasem było, takie na siłę... A dajmy od czapy, jakieś przekleństwo, a co. Boże, to nawet w "Trzech na gigancie" główny bohater, aż tak nie przeklina, a ma chorobę, która polega na ciągłym przeklinaniu (w skrócie). Nie chce mi się wierzyć, że Alyssa ma to samo. Może miało być przez to fajnie...
Podsumowując - przez cały serial miałam wrażenie, że gdzieś to widziałam. Dużo schematów się tu przewija.
Nastała okrągła rocznica bloga. Jak to niektórzy mówią - urodziny. Akurat pokrywa się to z podsumowaniem roku 2017. Może to i lepiej, że jest to w tym samym czasie. Mniej więcej. Prawdopodobnie nie stworzyłabym osobnego postu, żeby oznajmić, że blog ma pięć lat. Bo po co. Post wyglądałby, tak samo jak podsumowanie roku. Może trochę dłuższe. Patrząc na cudowny licznik mało osób by o tym przeczytało. Chociaż jakoś chyba nigdy nie dbałam o promocję bloga... Patrząc na to, co było z poprzednim blogiem. Patrząc na niektóre okoliczności.
Tak, to nie jest mój pierwszy blog. Wcześniej... Chyba przez rok lub półtora posiadałam blog na interii. Niby było spoko, ale jednak czegoś w nim brakowało... Głównie tego, że nie mogłam śledzić komentarzy, gdzie jaki się pojawił. To było dużym utrapieniem zwłaszcza, kiedy młodsza ja postanowiła pisać od czapy na temat o których miała słabe pojęcie. A nawet, jeśli nie to pisałam to w, tak opłakany sposób... W każdym razie przeniosłam się na bloggera. W czasie, w którym posiadałam tego bloga, założyłam jeszcze kilka, które nie miały racji bytu. Jakiegoś ze zdjęciami i chyba opowiadaniem, ale nie jestem pewna, co do tego drugiego. Był nawet tumblr. Chyba, gdzieś nadal jest w Internecie z tego, co pamiętam. To było bardzo bezsensu. Jeśli chodzi już o zakładanie kont... Mniej więcej w czasie w którym założyłam bloga, założyłam konto na DeviantArcie. To taka strona do upubliczniania swojej twórczości, gdyby ktoś nie wiedział. Ostatnimi czasy zaniedbałam to konto. Założyłam też konto na LubimyCzytać, żeby zobaczyć, ile tak naprawdę czytam książek. Ponieważ sporo osób, kiedyś mówiło mi, że dużo czytam... Czasy się zmieniają. Ale przynajmniej mogę na koncie zapisywać książki, które mi się podobają i które w przyszłości chciałabym przeczytać. Inaczej chyba nie dałabym rady tego z pamiętać. Na ten moment jest tych książek ponad 120. Nie ukrywam, że czasem się załamuję, kiedy widzę licznik z przeczytanymi książkami.
Tematyka bloga w miarę upływu czasu powoli się zmieniała. Najpierw nie chciałam zbytnio pisać o swoim życiu, ale jakoś łatwo to mi minęło. Czas gimnazjum. Nie jestem z tego zadowolona. Może pewnego dnia usunę te posty. Dodawałam oprócz tego wiele recenzji książek, które później zdominowały bloga w taki sposób, że powiedziałam "stop" i na książki założyłam osobnego bloga. Ten... Miał być czymś innym, o czymś innym. Sama nie wiem o czym. W pewnym momencie zaczęłam dodawać swoje opowiadanie, które... Jest niedopracowane i ma tyle błędów, że nie wiem, jak mogłam to gdziekolwiek pokazywać i się tym chwalić. Ale za to koniec jest bardzo dobry... Usunęłam opowiadanie stąd. W pewnym czasie pojawił się zalew tagów... Tagi były wszędzie, każdy do każdego nominował. Na początku to było fajne, ale potem mi się to znudziło. Więc póki co ich nie ma. Raz na kiedyś dodaję też recenzję filmów. Nie zawsze najwybitniejszych. Tych najlepszych filmów nie ma recenzji. Po prostu nie umiem się wypowiedzieć na ich temat. Język się plącze. Nie wyszłoby to, tak jakbym chciała.
Na uwagę też zasługuje cykl postów o "Gwiezdnych Wojnach", który zawiera na razie pięć postów. W tym te najważniejsze, czyli jak to się stało, że się nimi zainteresowałam.
Co wydarzyło się szczególnego w 2017?
Zaczęłam ostatnią klasę liceum i powoli zbliżam się do studniówki. Czyt. poloneza. Może też matury. Ale to na razie nie ważny temat.
Odbył się V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. I może będzie następny. Mam nadzieję. Wiem, jestem dziwna.
Przeczytałam prawie wszystkie lektury. Zostały mi dwie.
Zapisałam się do samorządu... Nieciekawe zajęcie.
Zdobyłam jedno z ważniejszych stypendiów w Polsce. Chyba. Nie znam się.
Byłam w Warszawie i jadłam indyjskie jedzenie.
Pisałam po angielsku z kilkoma osobami.
Zaczęłam się bardziej ogarnięcie uczyć tureckiego.
Piszę nowe opowiadanie.
Pojawiło się więcej postów niż w ostatnich dwóch latach.
---
Nie mam zbyt wielu sukcesów i zdarzeń. Ten rok nie był za ciekawy. Nie liczę na to, że ten będzie lepszy. Już się nie zapowiada, tak powiem. It doesn't matter.
Czy jest sens podsumowywać książki? Jest ich osiem. Na szczęście nie ma wśród nich najgorszej książki. Są tylko dobre. No i dwie najlepsze: "Zbrodnia i kara" oraz "Zapiski z Rakki". Wszystkie recenzje na drugim blogu.
Za to rok 2017 był rokiem filmów. Obejrzałam ich ok. 55. Długo by je wymieniać, więc wymienię te od oceny 8 wzwyż. Piękny umysł Ghost in the shell Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie Przyrzeczenie Dziewczyna z pociągu Jutro będziemy szczęśliwi Slumdog. Milioner z ulicy Niesamowity Spider-Man Król Artur. Legenda Miecza Mroczna wieża Captain Fantastic Ojcowie i córki Człowiek, który poznał nieskończoność Split Django Szkoła dla łobuzów Thor. Ragnarok X + Y Lot nad kukułczym gniazdem Między nami kosmos Ukryte działania Moonlight Tajemnice Brokeback Mountain
To od razu filmy na które czekam w 2018: Ocean's 8 Mamma Mia! Here we go again Aquaman Dziadek do orzechów i cztery królestwa Hotel Transylwania 3 Piotruś Królik Iniemamocni 2 Anihilacja Twój Simon Pasażer Venom X men: Dark Phoenix Nowi mutanci Avengers: Wojna bez granic Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda Czarna Pantera
Sporo tych filmów. Oczywiście, patrzyłam na daty premier światowych, ponieważ niektóre filmy miały premierę już w 2017, ale w Polsce dopiero teraz będą, więc ich nie pisałam.
Jeżeli chodzi o muzykę... Zaczęłam słuchać piosenek Troye'go Sivana i zespołu Welshly Arms. Kupiłam sobie najnowszą płytę zespołu The Script... I to chyba jest to wszystko... Bo nie pamiętam od kiedy słucham tureckiego piosenkarza/rapera Norm Endera. Czy od 2017, czy od 2016. Więc to by było wszystko.
I krótkie podsumowanie by Blogger:
Wyświetlenia: 13 391
Najbardziej czytany post był podsumowaniem sierpnia. Przez 5 lat podkreślam.
Oprócz Polski, głównie ludzie trafiali na bloga z USA i Rosji. Nie wiem na ile to prawda. Bo te statystki są bardzo dziwne.
Statystka statystyką, ale jednak jeśli porównać pierwszy rok bloga z tym, co jest teraz... Zdecydowanie bardziej jest on pusty. To znaczy, nikt go praktycznie nie czyta i nie zostawia komentarzy. Ale żyje się dalej!
Przeważnie nie słucham polskich wykonawców, nie oglądam polskich filmów i rzadko czytam książki polskich autorów. Zabrzmiało to trochę niepatriotycznie... To nie chodzi w tym o to, że skreślam polską muzykę, filmy i literaturę. Po prostu... trudno mi w tych dziedzinach znaleźć coś, co by mnie zainteresowało. Z książek lubię serię "Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, szkoda, że ekranizacja wyszła, tak słabo oraz książki Anny Onichimowskiej ("Hera, moja miłość", "Dziesięć stron świata", "Koniec gry"). Jeśli chodzi o filmy to najbardziej zapadł mi w pamięci film pt. "Tato". A z komedii - "Last Minute", choć podobno zdobył miano najgorszego polskiego filmu któregoś tam roku. Może ma swoje nie dociągnięcia, jednak ta komedia naprawdę mnie rozbawiła. I jak to określiłam razem z koleżanką - po prostu ten film pokazuje prawdę, nie ma co ukrywać.
Jeśli chodzi o muzykę... Tu chyba trochę sprawa się bardziej komplikuje im jestem starsza. Znaczy, kiedy byłam mała słuchałam więcej polskiej muzyki (Ich Troje, Feel), ale wiadomo - byłam mała. Rzadko, kiedy osoba, która jest w podstawówce (1-3) interesuje się tym o czym dany wokalista śpiewa. W miarę dorastania, jednak szuka się czegoś bardziej ambitnego. Czasem. Nie mówię, że polska muzyka nie jest ambitna, a ja słucham piosenek tylko z wysokiej półki, bo tak nie jest. Jednak nie ukrywajmy, że teraz na listach przebojów królują niezbyt dopracowane polskie piosenki. Ekhm, może nie wgłębiajmy się w to. W każdym razie, jak ktoś chce to znajdzie przecież to czego słucha...
Też nie od dzisiaj wiadomo, że anglojęzyczne piosenki również, a czasem i gorszy mają tekst, ale na pierwszy "rzut oka" tego nie widać. Bo są angielsku lub w innym obcym języku. Jeśli komuś podoba się dana piosenka to nie musi wgłębiać w tekst i się przejmować, że jakiś wykonawca śpiewa, tak naprawdę o niczym.
No dobra, ale jakich w końcu polskich wykonawców słucham? Bardzo mało ich jest... Liczę tych, których słucham więcej, niż 3 piosenki.
1. Od szkoły podstawówki do teraz słucham nadal piosenek Ewy Farny (przepraszam, jeśli odmiana nazwiska jest zła). Co prawda teraz średnio podobają mi się jej nowsze piosenki, ale słucham jej starszych utworów. Nawet mam płytę z jej koncertu osiemnastkowego. Uważam, że Ewa Farna pokazuje właśnie, że można długo przebywać w show biznesie/być sławnym, nie robiąc wokół siebie szumu, śpiewać bardzo dobre piosenki i mieć głos. Nie rozumiem tego szumu wokół jej sylwetki. Nie każdy musi być chudy, ważne, jak czuje się Ewa w swoim ciele, a nie jak "powinna" wyglądać.
Dwie moje ulubione piosenki:
2. Sylwia Grzeszczak. Są osoby, którym nie podobają się jej piosenki i sposób śpiewania Sylwii, ale mi akurat to odpowiada. Dla mnie te piosenki są melodyczne i rytmiczne przez to. Lubię, kiedy na koncercie lub ogólnie w piosence Sylwia Grzeszczak gra na fortepianie. Uwielbiam grę na fortepianie. :D
Dwie ulubione piosenki:
3. To chyba mało znany zespół... Sama bym go nie poznała, gdyby moja koleżanka nie słuchała ich piosenek. Mowa o Luxtorpedzie. Można by było powiedzieć, że te piosenki do mniej nie pasują, bo większość dotyczy poniekąd religii. Ale jakie ma to znaczenie? Nikt nie powiedział, że jeśli nie chodzi się na religię to nie można słuchać takich piosenek. Te piosenki mają coś w sobie. Nic nie narzucają. Po prostu posiadają swoistą prawdę.
Dwie piosenki:
Kto by pomyślał... Naprawdę nie spodziewałam się tego, że będą tylko trzy podpunkty... Chyba powinno mi być wstyd? No nie wiem. Mogłabym jeszcze na siłę wcisnąć Piotra Rubika, bo bardzo lubię trzy jego piosenki, ale miało być powyżej trzech, więc no... Tak to wychodzi.
Grudzień. Oficjalnie można słuchać świątecznych piosenek, zawieszać zimowe ozdoby i szukać śniegu. :p
Nie jestem jakimś specjalistą od matematyki. Moja wiedza nie jest też na nie wiadomo, jakim poziomie. Może niżej minimalnie niż przeciętna - nie wiem, zależy od punktu patrzenia. W każdym razie nie można też zaprzeczyć temu, że nie jestem też słaba z matmy. A jak to jeden ze stereotypów mówi - humaniści nie umieją matematyki. Ich matematyka jest, tak opłakana, że poszli na humana. Z tym stereotypem łączy się wiele wymówek osób, które poszły na profil humanistyczny lub z natury są humanistami: bo ja jestem humanistą, dlatego matma mi nie idzie. Heh, te wymówki... Gdyby każdy zaczął szukać, takich wymówek...
Racja, na początku mojej edukacji jakoś nie przepadałam za matematyką i liczeniem. Zawsze jakoś lepiej mi szło pisanie, niż liczenie. W gimnazjum jakoś... trochę się to wyrównało. To znaczy nie było, tak, że lubiłam język polski, a matematyki nie. Cóż polubiłam ten przedmiot, co nie znaczyło od razu, że byłam o niebo lepsza w matematyce. Nie, wcale. No może trochę. W każdym razie te 62% udało mi się zdobyć. Po dwóch latach i prawie czterech miesiącach w liceum zaczęłam zauważać, że mój stosunek do matematyki diametralnie się zmienił. Szczerze pisząc to nie umiałabym wybrać teraz, który przedmiot wolę bardziej. Nie, nie popisuje się. Matematyka nadal pozostaje trudnym przedmiotem, gdzie niektóre działy zwyczajnie mnie dobijają, ponieważ według mnie nie są żadnemu licealiście potrzebne do szczęścia. Mowa tutaj o prawdopodobieństwu, które jest jakąś abstrakcją, która nie pasuje mi do logicznej matematyki. Nie twierdzę, że zaraz zdam matmę na maturze - to kwestia kilku czynników, nie przesadzajmy. Nawet przy polskim może mi się podwinąć noga, a co dopiero przy innych przedmiotach. Realizm.
Nie wiem, jak to nazwać. Może to jest śmieszne, że nagle mi się trochę odwidziało z matematyką, aczkolwiek... Jeśli zaczyna się coś bardziej rozumieć to to sprawia, że jednak masz tę myśl, że jednak to nie jest, takie odległe. Kiedyś miałam wymówki, jak wyżej napisane: bo ja jestem humanistą. I co z tego? To nie wyklucza bycia dobrym w matematyce, rozwijać swoje umiejętności w liczeniu i nie odwalaniu tego byle jak. Nie, nigdy nie podchodziłam, aż tak do matmy, ale były momenty, że mówiłam, że po co mam to umieć, skoro nie będę wiązać z tym życia. Może jeszcze parę lat temu nie brałabym udziału w konkursie matematycznym dla chętnych w szkole (co miesiąc nowe zadanie), bo po co? A jeśli bym robiła... To jeśli by mi coś nie wychodziło to zostawiłabym to, tak jak jest i tyle. Miałabym to gdzieś. Bo przecież się starałam. A teraz po prostu szukam rozwiązania, nie umiem często odpuścić zadaniu, jeśli go nie rozwiąże lub nie pojawi się, taki wynik, jaki ma wyjść. Nie zawsze się to udaje. Po prostu chcę rozwiązać te zadania. Może to dziwne, ale poniekąd lubię rozwiązywać zadania matematyczne. Ta logiczność jest czasami potrzebna. Nie można cały czas odlatywać, marzyć i na tym się zatrzymywać. Jeszcze raz podkreślam nie stałam się geniuszem matematycznym. Nadal wolę czytać książki i pisać opowiadania.
Humanistom nie skreśla nikt matematyki, tak jak matematykom język polskiego i humanistycznych rozrywek.
<3
PS. Angielski podstawa 90%, rozszerzenie 50%/język polski podstawa 61%, rozszerzenie 67%
Kiedyś... Nawet nie tak dawno, myślałam, że matura jest czymś mega ważnym. Czymś w rodzaju końca świata - chciałbyś przeżyć. Lub nie, bo kto by chciał przeżyć koniec świata. Wszyscy w końcu tyle mówią o maturze... Ledwo pójdziesz na wyższy etap edukacji szkoły podstawowej i już dolatuje, gdzieś dalekie echo matury. Bo przecież... Bo przecież, co?
Taki nacisk kładzie się na zdanie matury, że często przy okazji zapomina się o człowieku. Bo matura jest, taaaka ważna. Trza do niej podejść. Trza ją zdać. Kto by tam się zastanawiał nad inną opcją?
A kiedy pójdziesz do liceum to już prosto się zaczyna. Z górki. Zewsząd mowa o maturze. Trzeba już myśleć o przyszłości! Ucz się, ucz, bo nie zdasz. Świat eksploduje i zgaśnie światło. Najlepiej, żebyś przychodząc do pierwszej klasy wiedział na, jaki kierunek chcesz zdawać i miał pełne ambicji plany na następne trzy lata.
Ambicja ambicją, ale bez przesady. Jak można straszyć od samego początku ludzi jakimś egzaminem? Chciałam napisać, który nie ma znaczenia, ale... Jednak jakieś ma. Zależy od planów. Jakichkolwiek. Rozumiem, że to ma być jakaś motywacja, ale chyba mało osób, takie coś motywuje. Wręcz odwrotnie. W końcu, Oh my God! To Ten Egzamin Maturalny! Na pewno będzie bardzo trudny, skoro, tak wszyscy mówią o nim. Co ja zrobię, jak go nie zdam? Hm, jest wiele opcji. Tak samo jak dla ludzi, którzy po prostu nie chcieli pisać matury i poszli np. do zawodówki. Czy, takie osoby są gorsze, bo nie mają matury? Nie. Nawet może wręcz przeciwnie. Przynajmniej mają konkretne zajęcie, fach. Mają większe szanse pracowania w zawodzie, niż nie jeden magister. Nie, nigdy nie myślałam nad zawodówką. Nie ma tam zawodów, które by mnie interesowały. Ale przynajmniej nie słuchałabym tyle o maturach.
Jestem po dwóch... Trzech próbnych maturach: polski, angielski, matematyka. Hm, spodziewam się, że najlepiej poszedł mi angielski. Z pierwszej części (czytanie ze zrozumieniem) z polskiego miałam 15/20 pkt. Chyba nie jest, aż tak źle.
Jasne, matura nie jest prosta. Przeraziły mnie te arkusze, zwłaszcza matematyczny (jestem na etapie: nie zdam matmy), ale... Czy ja wiem? Żeby robić z tego nie wiem, co? Niektórzy serio robią z tych kilku arkuszy coś boskiego. Po prostu trzeba podejść do tego jak do sprawdzianu. Troszkę trudniejszego, bo ze wszystkich lat nauki. Hehehe, zawsze można strzelać. Chociaż w polskim to raczej słabo ze strzelaniem.
Można powiedzieć, że jest dopiero październik. A ja nie pisałam matury, więc nie mam, co o tym pisać. Hm, ale czy po części nie mam racji? Nie piszę, że matura jest bezużyteczna i głupia, ale podkreślam, że to nie jest coś najważniejszego. Pewnie będę się stresować w maju - nie wątpię, ale pewnie zawsze u każdego jest jakiś stres. Zresztą... Jeśli chodzi o ustne to będę się bardziej stresować tym, że będę musiała z kimś obcym rozmawiać i to jeszcze jednego dnia po angielsku... Niż samą myślą, że to matury. Nie lubię gadać z obcymi.
Spróbuję przyjąć postawę - zdam to zdam, jeśli nie to nie.
Okej, chciałoby się dostać na ten wymarzony kierunek (chociaż osoba z tego kraju odradziła mi studiowanie akurat tego języka), jednak... Mam zarys planu, co chcę robić, jeśli nie zdam. Złożę papiery do szkoły policealnej na florystykę. Trochę dziwny pomysł... Nigdy bym nie pomyślała, że mając 17-18 lat będę chciała iść na taki kierunek i zajmować się kwiatami. Ale zawsze to jakiś plan.
Wracając do straszenia maturą... Można dostać jakieś paranoi. W niektórych liceach drugoklasiści mają szansę podejść do próbnych matur. Ja wiem, że to ma im pokazać, co będzie ich czekać w 3 klasie. Jakieś tam zapoznanie. U mnie też, tak było. Poniekąd fajnie, ale z grubsza... Większości materiału nie było + trudność... Wiec poszło słabo, co przełożyło się na to, że sporo osób z mojej klasy to zniechęciło. I po co? Mieliśmy prawo nie umieć czegoś. Ale przecież były zadania... No były i co? Tak można analizować wszystko. Zdarza się. Stres i tyle. Trzeba mieć szczęście - nie oszukujmy się.
Znam kilka osób, które nie zdały matury i nie są przez to gorsze i głupsze. Nikt by nawet nie pomyślał, że one nie zdały matury, więc no.... Chyba jednak trzeba zacząć odpuszczać temu naciskowi na matury i dać żyć licealistom. Nikt nie zamieszka pod mostem nagle, tylko dlatego, że nie zdał matury.
Niedawno kupiłam sobie grę z serii "Assasin's Creed". Trochę o tych grach słyszałam... Znaczy się niewiele, jednak podejrzewałam na podstawie kilku informacji, że gry powinny mi się spodobać. I co? Jasne, spodobała mi się ta gra. Akurat część, którą posiadam dzieje się we Francji podczas rewolucji francuskiej. Jest akcja, są misje, fabuła. Właśnie, takiej gry szukałam. Bądźmy szczerzy, ile można było grać w Simsy. Co prawda przez ponad pół roku w nie, nie grałam, ale... Tak, moja historia z grami komputerowymi zawierała głównie Simsy. Lubiłam tworzyć domy, Simów itd. Zastanawiałam się nawet, czy nie kupić sobie podstawowej części "dwójki" - to było jeszcze przed Assasinem. Jednak potem, tak pomyślałam, że lepiej spróbować czegoś innego. I jest Assasin. Cóż, nawet zdaję mi się, że ta gra ma o wiele lepszą grafikę, niż te Simsy (swego czasu, tak bardzo zachwalane). W każdym razie... Assasin bardzo mi się podoba, gdy zacznę grać mogę grać nawet z dwie godziny, bo ciągle coś nowego się dzieję... Właśnie, "gdy zacznę grać" - to mnie trochę zdziwiło: nie gram non stop w tę grę, nie jest, tak, że o Boże, muszę dziś zagrać, nie. Ostatnio prawie cały tydzień nie grałam, prawie zapomniałam o tej grze. I teraz... Cieszę się, że jednak nie wydałam pieniędzy na "The Sims". Niby fajnie, czasem sobie w to pograć. Właśnie: czasem. Gdybym nie musiała kupować jednej części to byłoby inaczej. Po prostu byłyby zainstalowane na laptopie, raz na kiedyś bym sobie zagrała, ale... Jaki jest sens kupowania gry tylko do zainstalowania? Gdzie nie będę za często w tę serię grała? A nawet, jeśli to może z jakąś godzinę tylko. Tak, 60 minut to by była góra, bo poniękad w Simsach ciągle dzieje się to samo. W ogóle, jakby spojrzeć na tę serię... To po prostu głupie - żeby zagrać w jakiś dodatek, musisz zainstalować przedtem płytę podstawową, która potem nie będzie ci potrzebna. Nie to, że wydasz na jedno, to musisz zaraz znowu wydać. Chyba, że ktoś znajomy ma, ale... Nie każdy pożycza, a zresztą czas świetności Simsów dawno minął.
Według mnie te nowe części nie są już, tak dobre, jak "dwójka". Może tam grafika była słaba w porównaniu z "czwórką", ale sterowanie itd. było lepsze i łatwiejsze. Teraz... Zdaję mi się, że twórcy gry przywiązują wagę do tworzenia "ludzi" i domów, niż do samego sterowania... Taka jest po prostu moja subiektywna opinia. W ogóle prawie wszystko teraz, co na siłę jest zmieniane na " lepsze", staje się poniekąd gorsze. Choćby stare bajki (z animacji do technologii komputerowej).
A może to ja po prostu nie umiem się odzwyczaić od tego, co stare...?
Siedem dni temu odbył się finał Eurowizji. Ludzie mają różną opinię na temat tego konkursu. Głównie, że to wszystko jest ustawione i że na tym konkursie są same dziwaki. Cóż... Zależy kogo nazwać dziwakiem... Każdy wygląda jak wygląda. Niektórzy zrobią wszystko byle, by stać się sławnym... Przypomniał mi się przedostatni odcinek "Sherlocka" czwartego sezonu... Ale przede wszystkim powinno się mieć talent... Cóż, Conchita przynajmniej umiała śpiewać. Piosenka, którą śpiewała nie była w gruncie rzeczy, taka zła. W porównaniu z reprezentantem Czarnogóry w tym roku. Jeśli ktoś oglądał pierwszy półfinał to powinien go kojarzyć - mężczyzna z długim warkoczem, który szczerze pisząc nie wiem, co wyczyniał na scenie. Według mnie to było po prostu komiczne. Żeby to jeszcze jakoś świetnie śpiewać umiał, albo piosenka w miarę okej była... A tu tylko show. Nie ukrywam, że się cieszyłam, że nie przeszedł do finału.
Słyszałam też o nieprzychylnych opiniach dotyczących piosenki Rumunii. Cóż... Nie była to szałowa piosenka, ale mnie się ona nawet podobała. Według mnie nie była zła. Bo jodłowanie było, to od razu źle. Nietypowo to wyszło, a kobieta, która jodłowała, już w śpiewie nie była, tak dobra, ale całość mi się spodobała.
Hmmm, tak. Jeżeli chodzi o wygraną piosenkę... Zawiodłam się. Nie widzę nic nadzwyczajnego w piosence Portugalczyka. Może się nie znam. W dodatku jego sposób bycia na scenie... No, dla mnie dziwny, ale okej. Myślę, że ta jego wygrana trochę jest naciągana. Nagle większości krajom, tak się spodobała ta piosenka, że przyznawali jej po 12 punktów... Magia. Zresztą nie pierwszy raz. Chociaż kilka lat temu (chyba dwa) była przynajmniej mała rywalizacja w punktach pomiędzy Szwecją, a Rosją - do końca nic nie było wiadome. A tu... Drugie i trzecie miejsce było świetne. Ale to zaraz.
Polacy krytykowali wybór Kasi Moś na Eurowizję. Znaczy ją i jej piosenkę. Że to nudne i smętne. No bez przesady, ta piosenka nie jest, taka zła. Mogliśmy wysłać "My Słowianie", a tego nie? To pierwsze wg. mnie było beznadziejne. Udany występ miała Kasia Moś na Eurowizji. To, że tak nisko oceniono tę piosenkę... No, cóż - konkurs. Bez przesady, żeby to było, tak ważna impreza, że Polacy muszą za wszelką cenę ją organizować. Cieszmy się, że byliśmy w finale. A krytyka jest zbędna, bo "Color of your life" też nie był żywiołowy.
Ostatnia część postu to piosenki, które spodobały mi się najbardziej w trakcie Eurowizji. Jedne się dostały, drugie nie... Kilka z nich porównam do piosenek zeszłorocznych. W sensie z tego samego kraju i że rok temu też mi się spodobały... Zobaczycie zaraz o co mi chodzi.
Kolejność nie ma znaczenia.
Irlandia
2017: Dying To Try (grubą czcionką zaznaczam piosenki, które wygrały ten pojedynek)
2016: Sunlight
Łotwa
Line
Azerbejdżan
2017: Skeletons
2016: Mircle
Francja
2017: Requiem
2016: J'ai cherché
Bułgaria
2017: Beautiful Mess
2016: If Love Was A Crime
Węgry
2017: Origo
2016: Pioneer
Holandia
Lights and Shadows
Finlandia
2017: Blackbird
2016: Sing It Away
Cypr
2017: Gravity
2016: Alter Ego
Mołdawia
Hey Mamma
Belgia
City Lights
To naprawdę przypadek, że rok temu podobały mi się również piosenki, które z tamtych państw i nie tylko. :D
Nadeszły następne święta w tym roku... Wielkanoc. Odkąd pamiętam, nie przepadałam za tymi wiosennymi świętami. Jakoś... Nie mają, takiej atmosfery jak Boże Narodzenie. W dodatku te potrawy... Mięso. Później trzeba przez kilka dni jeść to samo. Ogólnie ostatnio, jakoś tak nie przepadam ze świętami. Wszystkimi. To poniekąd jakaś bujda, te święta. Nagle wszyscy się lubią, wszyscy są super mili i tak dalej... Jakby nagle święta wszystko zmieniały. Zresztą już dawno święta przestały być czasem religijnym, czasem do przemyśleń. Teraz to bardziej tradycja, niż uroczystość religijna. Wszędzie wielkie reklamy, dekoracje, chodzące maskotki itp. Kasa, kasa, kasa, wszystko idzie o kasę. Szczerze, co najbardziej rozdziela społeczeństwo? A no, święta. Nie? Jasne, że tak. Na szczęście są jeszcze na świecie wiarygodni ludzie, którzy dzielą się z biedniejszymi tym, co mają i oddają chociażby część święconki pod ołtarz dla tych, którzy nie mają, co jeść. Nie trzeba być wierzącym, żeby pomagać. Wiara ma wpływ, ale nie, aż taki ogromny. Dla mnie... Jakoś święta są obojętne. Są to są. Mogłoby ich nawet nie być. Uważam, że jest kilka opcji ludzi, którzy lubią obchodzić święta: a) są wierzący (głęboko), b) żyją iluzją/kłamstwem, c) nie rozumieją jeszcze świata. Okej, nie trzeba się z tym zgadzać. Nie wątpię, że większość osób się z tym nie zgadza... Pytanie się nasuwa to, dlaczego obchodzę Wielkanoc i Boże Narodzenie - z tradycji bardziej. Nie jestem przywiązana szczególnie do wiary. A prezenty to by chciała... Prezenty nie sprawią takiej radości jak za dziecięcych czasów. Miło jest, kiedy się dostanie prezent. Jeszcze milej było, kiedy się myślało, że to zając/Mikołaj go przynosił.
Jednak uważam, że powinnam napisać jakieś życzenia. Dla tych nielicznych czytelników. Dla katolików. Nie wykluczam innych wiar, jednak nie znam ich świąt dokładnie... Jakoś tak wyszło, że ludzie składają życzenia w święta, które tyczą się wiary, która ich otacza. Nie jestem dobra w składaniu życzeń... Często składam te najprostsze, ale postaram się coś więcej napisać.
W poniedziałek był emitowany ostatni odcinek drugiego sezonu "Shadowhunters". Pierwszej połowy drugiego sezonu - dokładniej. Jednak druga część pojawi się już za kilka miesięcy (chyba czerwiec - lipiec).
W trakcie oglądania serialu zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens pisać jeszcze jeden post poświęcony drugiemu sezonowi "Shadowhunters", ale po ostatnim odcinku... Jak widać, co postanowiłam. ;) Przyzwyczaiłam się już, że serial odbiega od książek i że muszę go traktować po prostu, jako serial. W porządku. Niektóre zmiany wyszły nawet na lepsze, rozwinięcie wątków, czy wprowadzenie innych wątków, które wpływały na rozwinięcie postaci, czy fabułę. Ale nie widzę już sensu w zmianach rzeczy, które są kluczowe (albo i nie) na całą historię o Nocnych Łowcach. To tak, jakby... Nie zważali na fanów książek (a podobno dbają o szczegóły ze względu na nich). Bo... Po co zabijać jednego bohatera, skoro ten bohater ma mocny wpływ na jeden z najważniejszych wątków w trzech częściach? Już chyba pisałam, że na końcu pierwszego sezonu też nagmatwali z losami tego bohatera. Okej, zabili. To czytelnik zastanawia się to, jak rozwinie się ten wątek. A no według mnie beznadziejnie. W ostatnim odcinku zostaje on w połowie ujawniony. I co? Nie wierzę, że ta postać będzie siedzieć cicho przez 1,5 sezonów. W tak ważnej sprawie... A zapowiadało się, tak dobrze. I gra aktorska i efekty specjalne... I nawet statek był, który kilka odcinków przed finałem nagle zniknął. Bo po co... Przecież główne wydarzenia miały miejsce na łodzi. Okej, może w drugiej części będzie łódź i ta superruna. Jednym z dziwnych zdarzeń jest nagły brak krwawienia. Znaczy jedna postać bardzo krwawi i tak dalej, ale wystarczy jedna rzecz (która nie jest opatrzenie rany, ani runa) i nagle jest w porządku. Nie wykrwawia się. Nie pamiętam, żeby to "lekarstwo" miało, aż takie właściwości. Zresztą ta scena mogłaby być naprawdę poważnie rozegrana. W końcu ta postać umierała, w książce to naprawdę była mocna scena (jedna z najważniejszych dla całej serii), a w serialu? Rozpacz przez chwilę. Rach, pach i po sprawię. Wszystko na szybko. Za szybko. Można nie zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło. Ci, co czytali wiedzą, ale ci co oglądają tylko serial? Może być różnie. No przepraszam.
Miecz Anioła... Ten serial sprawia, że mam ochotę przeczytać pierwsze książki jeszcze raz i sobie porównać wszystko. Ale potem nie chciałabym pewnie już go oglądać. xd
Co mogliby zmienić w następnych sezonach? Oprócz tego, żeby trochę bardziej trzymali się książki, to runy. Czasem serialowi Nocni Łowcy rysują sobie runy, ale częściej mają one już na sobie i tylko (jakby) przejeżdżają stelą (taka, jakby różdżka xD) po ich. Dziwnie to wygląda. Zwłaszcza runa, która leczy. Po co mieliby cały czas mieć ją narysowaną?
Ale, co było dobrego? Przedstawienie Żelaznych Sióstr - super! Lepsza broń, taka prawdziwa. Wprowadzenie Mai (wilkołak) - spisali się na medal, jak na razie jedna z lepszych postaci i aktorek. Wpływ emocji i uczuć na przemianę wilkołaków, no i sama przemiana jest o wieeele lepsza. Nie ma magicznej przemiany, tylko taka prawdziwa w bólach. Sceny walk też są lepsze, takie z prawdziwego zdarzenia. To tyle, co mi przychodzi do głowy na tę chwilę.
Skończyłam również oglądać pierwszy sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Serial nie ma porównania z filmem. Może film był bardziej gotycki, a Jim Carrey nie gorszy od Patricka Neila Harrisa, jako hrabia Olaf, ale... No, przy filmie zrobili ten błąd, że w jednym filmie zamieścili trzy części razem. To pomieszanie nie wpłynęło dobrze. I Klaus nie miał okularów. W ogóle taki był nie klausowaty. ;) Serial składa się z ośmiu odcinków z czego dwa odcinki to jedna część książki.
Prawdopodobnie (z moich wyliczeń xD) będą jeszcze dwa sezony. Co najmniej. Aby. Bo serial jest bardzo dobry. Na początku nie byłam przekonana do aktorki, która gra Wioletkę (najstarszą z trójki rodzeństwa). Jakoś mi nie pasowała. Co prawda nadal mi nie pasuje, kiedy porównam ją sobie z rysunkami z książek, ale przynajmniej nie gra źle. Za to przynajmniej aktor grający Klausa jest do niego podobny. Jeśli chodzi o najmłodszą z rodzeństwa - Słoneczko. Rozwesela ten serial. Wiadomo, jak to dziecko - gaworzy sobie, ale są dodane do tego napisy, co tak naprawdę mówi. Bardzo mądre dziecko. W serialu występuje postać, której brakowało filmowi - Lemony Snicket. Czy ktoś, kto czytał książki, może sobie je wyobrazić bez wtrąceń i zniechęceń Snicketa? Bo ja nie! Ta postać może niektórych denerwować lub irytować, cóż... Większość osób to właśnie on zniechęcił do czytania dalej książek w fabule. I tak powinno być, bo pozostał ten nastrój. Twój wybór. Oprócz tego, że serial posiada ponury i pesymistyczny nastrój, posiada nutę absurdalności. W sensie... Nie umiem tego wytłumaczyć. To widać głównie po postaciach, dekoracjach. Ta absurdalność nie jest zła, pasuje do tej całej aury serialu. Właśnie, dekorację są ładne na swój sposób. Zwłaszcza dom hrabiego Olafa. Hrabia Olaf i te jego charakteryzacje! Ludzie musieli nieźle się napracować przy nich. Z jednej strony ucharakteryzować nie do poznania, ale z drugiej, żeby od razu było widać, że to jednak jest hrabia Olaf. Sam aktor też świetnie się sprawdził w tej roli. Były uwagi, że aktor, który gra pana Poe nie jest biały, ale do tego można się szybko przyzwyczaić, ponieważ bardzo pasuje do swojej roli. I na koniec piosenka, która wspaniale podkreśla nastrój historii (fragment piosenki zmienia się, co dwa odcinki). Look away, look away...
Minus? Nie jestem pewna, ale zdaję mi się, że jedno z okien domu ciotki Józefiny było w kształcie oka (mogę się mylić), a w serialu to było zwykłe, nowoczesne okno... Nie pasujące do całego wnętrza domu i w ogóle serialu.
Czekam na następny sezon. :D
A więc sprawdziła się ta gorsza opcja - nie było mnie z jakieś trzy miesiące. Dziwnie się wraca do blogsfery po tak długiej-krótkiej przerwie. Teraz okaże się, czy zapomniałam pisać posty, czy nie... Bo na książkowym blogu też niewiele się pojawiło. Jeśli się nie mylę to jeden-dwa posty. Życie... Niech ten rok szkolny się już skończy. xD Przechodząc do głównego tematu postu...
Poprzedni rok raczej niczym ciekawym się nie wyróżniał. Można napisać, że był, taki sam jak przeszłe lata. To, co się niestety bardzo zmieniło to ilość przeczytanych książek. Okropne. Z roku na rok jest ich coraz mniej... Mam wielką nadzieję, że w wakacje znajdę czas, odpędzę lenistwo i uzłupełnie, chociaż po części książki, które czekają na półkach... Jeszcze niedawno doszły do nich dwie: "Eleonora i Park" i druga część "Ulyssesa Moore". Hmmm, okazało się, że w 2016 r. odbył się przedostatni Zlot Nocnych Łowców. I... tak... w tym roku to już niestety ostatni. :( Nie będę robić sobie żadnych obietnic, bo to bezsensu. Prawie zawsze jest tak samo. Można to nazwać poddaniem się.
Miesiąc temu i 11 dni minęły cztery lata od założenia bloga - to taka krótka wzmianka. Podsumowanie zrobię za rok na okrągłą rocznicę. Szybko ten czas minął. Bardzo... Za szybko.
W 2016 r. obejrzałam mniej więcej 55 filmów, co daje znaczną przewagę nad książkami. Sama się nie spodziewałam, że wyjdzie, aż taki wynik. Jednak, gdybym miała policzyć tylko te, które naprawdę mi się spodobały to byłoby ich znacznie mniej. W tym roku czekam głównie na takie filmy, jak: "Piękna i Bestia" "Power Rangers" "Star Wars: The Last Jedi" "Wonder Woman" "Liga Sprawiedliwości" "Krąg"
Jeśli chodzi o muzykę... Od kilku miesięcy słucham twenty one pilots. Uwielbiam ich. :D Może poznałam ich dopiero po piosence "Heathens", co nie znaczy, że jestem z tych gorszych "sezonowców". Nie każdy musi przypadkiem trafiać na zespoły i piosenkarzy, jeszcze wtedy, kiedy nie są sławni. Lubię ich piosenki, lubię w tych piosenkach to, że większość z nich nie jestem o byle czym (nie mają tekstów z "powietrza", że się tak wyrażę). Oprócz twenty one pilots, nie natrafiłam na nic, co przykułoby moją uwagę. No tak... Są dwie nowe piosenki Green Day, ale to tylko poszczególne piosenki. Z nieanglo- ani niepolskojęzycznych wykonawców to polubiłam piosenki Kendjiego Giraca.
Co powiedzieć o książkach, których w pewnym sensie się nie czyta? O lekturach. Może to wstyd, ale nie zdołałam przeczytać "Lalki", może i bym jakoś dała, gdyby nie następne lektury... Po prostu odłożyłam ją sobie na wakacje. Jak na razie najciekawszą lekturą jest "Zbrodnia i kara". :D Nie wiem, czy trafiłam już wcześniej na tak zbudowaną postać i fabułę. Rodion jest, tak zwyczajny, podobny do każdego z nas (nie oszukujmy się)... Będzie recenzja - postaram się.
Planuję w tym roku utworzyć podstronę, gdzie każdy będzie mógł podrzucać swoje pomysły na posty. Posiadam listę swoich tematów, ale też chciałabym znać Wasze propozycję. Zdaję sobie sprawę, że nie ma tutaj za dużo ludzi, ale... Polubiłam prowadzenie bloga (nie wiem, czy to widać) i chciałabym go prowadzić, jak najdłużej, ale też nie na siłę.
Mija następny miesiąc z "Lalką", a ja nawet nie jestem w połowie... Powinnam zająć się czytaniem "Zbrodni i kary" Dostojowskiego... Ale pozytywizm jest, tak ciekawy, że wolę się zająć "przyszłością".
Ostatnio zaczęłam oglądać filmy, które opierają się poniekąd na historii starożytnej lub mitach greckich. Wszystkie te filmy poleciła mi jedna osoba. Wśród tych filmów znalazł się właśnie "Gladiator" z Russellem Crowe w roli głównej. Ale o akurat nie dzięki niemu chciałam napisać o tym filmie na blogu. W ogóle szczerze pisząc nie wiem za co on dostał tego Oscara. Nie chodzi mi o to, że zagrał beznadziejnie, bo nie, tylko wg. mnie przeciętnie. Rola nie na miarę Oscara. Oglądałam chyba dwa - trzy filmy z udziałem p. Crowe i... w niektórych zagrał lepiej, a Oscara nie dostał. Nie ważne, dostał to już przeszłość. Na pewno nie wątpię, że mu się należy. "Gladiator" opowiada historię generała Maximusa, który (w wielkim skrócie) został zmuszony zostać gladiatorem. Po prostu nie należał do osób, które lubił cesarz Kommodus ( Joaquin Phoenix). Ogólnie historia bardzo dobra. Ale... Mnie rzadko interesują główni bohaterowie, bo często to te postaci drugoplanowe są dużo ciekawe i tak było też w tym przypadku. Rola cesarza Kommodusa była o wiele lepsza. I naprawdę jestem zdziwiona, że Joaquin Phoenix nie dostał za nią Oscara. Była tylko nominacja. Kommodus był trochę "dziwną" postacią, nie powiedziałabym przynajmniej, że był w pełni zdrowy psychicznie (piszę ciągle o tym filmowym Kommodusie, ponieważ wikipedia nie mówi za dużo o tym prawdziwym) przez co był złożonym bohaterem i od razu ciekawszym. Ale nie tylko przez to ta rola była lepsza, po prostu bardzo dobrze zagrana i tyle. Musicie sami obejrzeć, żeby zrozumieć o co mi chodzi, to za bardzo skomplikowane, żeby to ująć w słowa. :p
Google Grafika
Przechodząc do głównego postu. DLACZEGO POLUBIŁAM "GWIEZDNE WOJNY"? Jeśli ktoś czytał post o moich początkach z GW to wie, że od razu SW nie spodobały mi się, a przynajmniej się nimi nie zachwyciłam. To wbrew wszystkiemu trudne filmy, nie wiem, co dzieci rozumieją z tych filmów, ponieważ ja musiałabym chyba obejrzeć po trzy razy każdą część, żeby w pełni wszystko zrozumieć. A nawet wtedy bym chyba nie zdołała wszystkiego "ogarnąć". Polubiłam GW dzięki jednemu bohaterowi. Już widać po "Gladiatorze" i książkach, że lubię bohaterów nie banalnych i nie jednokolorowych. (Jakkolwiek to brzmi) W "Star Wars" tym bohaterem jest Kylo Ren (tak, wiem, jest mordercą, ale coś za tym zabójstwem się kryje), znaczy wcześniej był Anakin Skywalker, ale "nowej trylogii" jeszcze nie oglądałam. Zresztą zaczęłam oglądać od 8. części, więc najpierw "zauważyłam" Kylo. Kylo jest tak, jakby następcą Lorda Vadera, aczkolwiek daleko mu do niego. Praktycznie nic o nim nie wiemy, tak jak o reszcie nowych bohaterach (zwłaszcza Rey). Fani nazwali go Benem... Nie jest to jakieś cudowne imię, ale patrząc na to, jak nazywają się jego rodzice to lepiej być nie mogło. (Piszę ogólnikowo, bo zdaję sobie sprawę, że niektórzy jeszcze nie oglądali
Google Grafika
"Przebudzenia mocy"; wystarczy, że zaspoilerowałam jednej osobie, kogo Kylo zabija). W grudniu-styczniu wymyślałam różniste teorie na temat Kylo i Rey z jedną blogerką. Według mnie Kylo i Rey to rodzeństwo (nie wierzę w to, żeby byli kuzynostwem, to by było zbyt oczywiste jak na film). W następnych częściach będzie chodziło o to, że on jest po tej złej stronie, a ona z resztą po dobrej. I pewnie pod koniec "nawróci" się, ale wtedy będzie za późno. Jednak znając GW nie będzie dużo bardziej skomplikowanie. Jestem bardzo ciekawa, czy rozwiną wątek, dlaczego facet przeszedł na ciemną stronę mocy. Okej, chciał "dokończyć to, co zaczął dziadek", ale musiał być lepszy powód. To by było za płytko. Rozumiem, że poprzednie filmy nie skupiały się tak bardzo na psychice bohaterów, w ogóle konkretnych bohaterach, ale myślę, że tak zabieg może być dobry. Każdy lubi, co innego w filmach i właśnie tego brakowało mi w starej trylogii - ukazania głębiej bohaterów. Może to nie te filmy... Mam tylko nadzieję, że w dziewiątej części Kylo nie zostanie nagle zrzucony na dalszy plan, jako ten zły, niczym Vader. Szczerze? Według mnie potrzebna była nowa trylogia o Anakinie, bo to się, aż prosiło. Taaak, wiem, że 8, 9 i 10 część ma dotyczyć Rey..., no, ale... Jeśli byliby rodzeństwem... :D Chaos kończąc, tak, ten post jest poświęcony Kylo. Na nim zakończył się cykl o GW. Mam nadzieję, że koniec nie był, aż taki zły.
Nie będzie postu poświęconego "Przebudzeniu mocy".
Obiecałam cykl postów o "Gwiezdnych Wojnach", a o to i jest pierwszy! Będą jeszcze cztery, ale prawdopodobnie trza będę trochę dłużej poczekać, bo ferie się kończą, a po nich sprawdzian z historii, podstaw przedsiębiorczości, album na WOK (wiedza o kulturze)... No i jakaś tam praca na geografię. Chyba tylko to. Aby. Może się uda w następny weekend pojechać do kina to może pojawiłaby się recenzja filmu... Taaaa, zobaczymy.
Moje miasto nie poraża wielkością, ani liczbą mieszkańców. Niczym nie zachęca. Przeciętne, małe polskie miasto w którym rzadko dzieje się coś ciekawego. Ale nie tylko w średnich miastach jest problem z muzeami. Znaczy z brakiem ludzi przychodzącymi do nich. Więc muzeum w moim mieście postanowiło wyjść do młodszych mieszkańców (i nie tylko) i zorganizować wystawę poświęconą kultowej sadze "Star Wars". Ja... Zaczęłam się interesować GW od stycznia? Jakoś tak... Jednak o tym, kiedy indziej. (Tak, Tutti szykuj się na ten post xD) W każdym razie poszłam sobie z młodszą siostrą na ową wystawę... Taaaak, to było zabawne wyjście do muzeum, ale nie będę ośmieszać ludzi, dlatego nie opiszę zachowania osoby, która nas oprowadzała. Okej, dobra. Poszłyśmy, dostałyśmy bilety z pieczątką na której był Yoda, poczekałyśmy na osobę, która nas będzie oprowadzać i weszłyśmy. Na początku byłyśmy trochę niepewne, ponieważ ta osoba... Jakoś nie wykazywała chęci przewodnika. Dobra tam. Podchodziłyśmy sobie do gablotek i oglądałyśmy, chociaż... W większości nic ciekawego nie było. Długopisy (z McDonalda; wiem, bo mam jeden), kubki (z kina), breloczki i inne takie gadżeciki. Zapomniałam nazwy tego... Pamiętacie, jak kiedyś w chipsach były takie metalowe krążki/kapsle. Ja pamiętam tylko te z Pokemonami, ale były takie ze "Star Wars" w każdym razie. Oprócz tego... klocki Lego i inne tego typu zabawki. Jednakże największą atrakcją dla mnie były świetlne miecze (tak!): czerwony i niebieski. Ja oczywiście zrobiłam sobie zdjęcie z czerwonym. :D Druga to stojące postaci. Niestety tylko szturmowca, pilota, Palpatine i jego jakiś strażników. No i przebranie Obiego Wan Kenobiego (jakkolwiek to brzmi) na jakimś manekinie. Ah, zapomniałabym w kącie leżał Yoda na pufie. Mniejszą atrakcją, ale równie ciekawą były plakaty z różnych części oraz te kolekcjonerskie typu przedstawiające Skywalkerów... Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia. Piękne były. Może uda mi się w marcu pójść jeszcze raz, bo teraz trochę nie było jak porobić zdjęć, ponieważ... Hm, no mogłyśmy trafić na lepszego przewodnika, może się uda w przyszłości... ;) I na końcu... Dwie księgi. Księga Jedi. Księga Sithów. (Czuję się, jakbym fragmenty Biblii mówiła. Księga tego... Tamtego.) Nie mogłam ich dotknąć "bo są po angielsku i mało w nich obrazków", ale zapowiadały się ciekawie, a... szkatułki w których były to cuda techniki. Klikasz, otwiera się, świeci, dźwięk leci (wow, jakie rymy), księga się wysuwa... A tam nie ma księgi. xD Tak było przy Księdze Sithów. Okazało się, że leży obok.
Jeśli miałabym podsumowywać wystawę... To wyglądało na wystawę wielkiego fana GW, a nie na profesjonalną wystawę. Znaczy to nie tak, że byle jak zrobione, ale mało konkretów. Chociażby kartonowy Kylo Ren. Kylo Ren kartonowy... Już za to jest minus. Gdyby był tak jak postać Imperatora, to plus by był, ale jest minus. Ale może być. Nawet.
Po lewej skrzynka Sithów, po prawej Jedi, a na środku Księga Sithów.
Witaj świecie! Trochę przeciągnęła się ta przerwa... Niestety. Czy to znaczy, że będę zmuszona zawiesić tego bloga? Brak weny i czasu robi swoje. :-/ To nie tak, że już nie chcę pisać. Chcę, ale czasem nie wiem o czym... Zastanawiam się, co by Was zainteresowało. Muzycznych postów nie za bardzo chcę robić, bo... To chyba tylko strata postu. Chociaż... Ostatnio zaczęłam słuchać całkiem odmiennej muzyki i piosenkarzy. Odmiennych w kulturze, języku. Chcecie takowy post? Od razu piszę, że będziecie musieli patrzeć na niego bez żadnych uprzedzeń i innych takich. Nie będzie się podobać - okay, można to napisać grzecznie. A zresztą sami się przekonacie, jeśli będziecie chcieli.
Myślałam też, żeby może tego bloga zamienić na bloga z recenzjami filmów, bo zdaję mi się, że odkryłam nową pasję - oglądanie filmów. Ale to nie jest ot, tak oglądam sobie byle jakie filmy w telewizorze i tyle. Coraz częściej chcę chodzić do kina (rzecz jasna to się niezbyt udaje, ostatni raz byłam w grudniu). Albo może utworzyła nowego bloga... Chociaż ta opcja nie wydaje mi się dobra. Ilość postów na tym blogu znowu by zmalała... Tylko czy nie przeszkadzałoby Wam, jakby tu pojawiały się częściej filmowe posty? Nie wszystkich obejrzanych filmów, tylko tych naprawdę ciekawych. A w najbliższym czasie...
W najbliższym czasie pojawi się cykl czterech postów poświęconych "Gwiezdnym Wojnom". Czterech lub pięciu do ostatniego nie jestem pewna.
Przejdźmy jednak do tematu...
Dwunastego stycznia miała miejsce premiera pierwszego odcinka serialu "Shadowhunters". Serial został zrobiony na podstawie książek Cassandry Clare - "Dary Anioła". Na razie liczy on tylko pierwszy sezon z trzynastoma odcinkami trwającymi ok. czterdziestu minut. No dobrze... Ktoś spyta, a po co skoro był film. Owszem, był. Nawet w głównej roli męskiej został obsadzony idol nastolatek - Jamie Campbell Bower. W rolę głównej bohaterki wcieliła się Lily Collins. Można by powiedzieć, że już jakiś plus jest na reklamę i zarobki - dziewczyny pójdą, choćby dla samego Jamiego. Czarnym charakterem był Jonathan Rhys Meyers znany między innymi z "Dynastii Tudorów". Zapowiadało się ciekawie... No, ale niestety była kompletna klapa. Okej, nie aż taka kompletna, ale jak na film - owszem. Troszkę pozmieniali fabułę, ale nie aż tak bardzo... Jednak na tyle, żeby zniesmaczyć czytelników książek Clare i żeby dało się to jakoś odkręcić. Mianowicie koniec książki był tak dziwnie pokręcony, że większość osób zastanawiało się, jak twórcy filmu rozwinął te wątki w dalszej części. No i... Tak. Pewna informacja na temat bohaterów. W filmie od razu jest pokazane, że to kłamstwo, czytelnicy musieli czekać do trzeciej części... Chociaż wielu ludzi przerósł ten film i przez kilka miesięcy po nim zastanawiali się czy TO jest prawdą i to przeżywali. Skoro facet mówi OKŁAMIEMY ICH to raczej jest kłamstwo... W każdym razie... Film miał słabą reklamę i po prostu nie zarobił na siebie tyle, ile powinien. Ogólnie rzecz biorąc film dobry, jako film, ale nie jako adaptacja. W każdym razie ruszyły po jakimś czasie plotki na temat serialu. Chodziło o inną serię o Nocnych Łowcach, ale później autorka książek potwierdziła, że serial ma być, ale właśnie o serii "Dary Anioła". I się zaczęło. Pierwszego ujawniono chyba Dominica Sherwooda, który gra Jace'a. Były różne opinie i są nadal, ale... mi osobiście on nie pasuje do tej roli. Znaczy... Wszystko by było dobrze, gdyby on był taki jak w "Akademii Wampirów". Tam mi się spodobał, szczerze mówiąc w całym tym dziwnym filmie zwróciłam uwagę tylko na jego postać. W każdym razie tam nie był napakowany, nie miał dziwnej fryzury i blond włosów. Ok, Jace był blondynem, no to już nie musieli mu tworzyć jakieś fryzury, która w ogóle nie pasuje do Jace'a, ani do Dominica. Podsumowując Dominic gra okej, ale wolę go w AW.
Clary Fray, czyli Katherine McNamara. Nareszcie Clary jest ruda, że ruda! Osobiście uważam, że Kat nadaje się z wyglądu bardziej na Clary, niż Lily. Przynajmniej tak to wyglądało na początku, kiedy pokazali jej zdjęcie z castingu. W serialu już to średnio trochę wygląda. W sensie chodzi mi o makijaż... Znaczy, ja sobie wyobrażałam Clary, jeśli już to z niewidocznym makijażem. Uważam, że naturalna Kat nie jest brzydka i nie muszą ją tak malować. Sporo ludzi przyczepia się do jej gry aktorskiej... Ja nie mam nic do tego, tylko z pojedynczymi momentami, ale to trzeba obejrzeć serial, żeby wiedzieć o co chodzi.
Jedną z większych niespodzianek była Emeraude Toubia, jako Isabelle Lightwood. Nie spodziewałam się po niej jakoś świetnej gry aktorskiej, bo z tego, co mi wiadomo Emeraude jest głównie modelką, ale miło mnie zaskoczyła. Dobrze dobrali aktorkę, o wiele lepiej niż w filmie. Aktorka ukazuje tą kobiecą stronę Izzy, ale również tą wojowniczą. Jest taka jaka powinna być Isabelle. Na początku ludziom nie odpowiadało to, że Emeraude jest bodajże Latynoską i ma odmienną urodę od swojej bohaterki. Na samym początku pewnie było jakieś rozczarowanie, ale jej uroda nie jest brzydka. Po prostu trzeba się było przyzwyczaić i zobaczyć aktorkę w serialu, żeby się przekonać.
Jeśli chodzi już chodzi o Lightwoodów i dobrze dobranych aktorów to przyszła pora na Matthew Daddario. Najlepszego aktora w serialu. Może i na oko aktor nie ma jakieś nie wiadomo jakiej trudnej roli, ale fantastycznie oddał naturę Alexandra Lightwooda. Z wyglądu też bardzo pasuje do niego. Podobno na castingu Matthew brał udział w castingu do roli Jace'a, ale gdy Cassandra Clare go zobaczyła powiedziała, że będzie idealnym Alecem. Cóż, nie myliła się. :D
Przyjaciel Clary, czyli Simon Lewis - Alberto Rosende. Cóż... Aktor bardzo pasuje do swojej roli. Poniekąd jest podobny do filmowego Simona. W każdym razie zalicza się do aktorów, którzy grają najlepiej w "Shadowhunters".
Harry Shum Junior... Tutaj mam nadal wie wątpliwości. Gra dobrze, ale nie ma tego czegoś, co ma Magnus Bane. W ogóle trudno obsadzić do tej roli kogokolwiek. Magnus... Powinien być wyższy i starszy. Jakby to powiedzieć... Mieć taką mądrość lat, ale też jakąś iskierkę. Nie jestem uprzedzona do tego aktora, ale po prostu uważam, że on nie pasuje do tej roli. Może po obejrzeniu całego sezonu coś się zmieni...
Największym zdziwieniem było obsadzenie w roli Luke'a Garroway'a Isaiaha Mustafę. Czarnoskórego aktora słynącego głównie z udziału w reklamach Old Spice. Długo nie mogłam uwierzyć, że to on będzie grał Luke'a. To nawet nie chodziło nawet o kolor skóry, ale o reklamę... Każdy widział te reklamy. Ośmieszyć się bardziej nie można. I tak szczerze nie widziałam go w innym filmie. Ale... Powiem szczerze, że nie jest źle. Zrobił taką niespodziankę jak Emeraude.
Jocelyn Fray - Maxim Roy... Cóż za wiele nie mogę napisać o tej roli ze względu na to, że przez większość odcinków aktorka leży w śpiączce, ale patrząc na pierwszy odcinek... Jest dobrze, trochę tylko nie pasuje kolor włosów do koloru włosów Katherine, ale mniejsza z tym.
Czarny charakter. Valentine Morgenstern z Czarnobyla (później wyjaśnię) - Alan Van Sprang. Nieźle. Bardzo dobrze. Może nie jest uroczym czterdziestoletnim panem z siwymi włosami w garniaku, ale to nie jest najważniejsze. Jedna z lepszych postaci na swój sposób. Valentine został ukazany z tej strony psychopaty, że tak się wyrażę. Bardzo ciekawie rozwinięta postać.
Jeżeli zaś chodzi o sam serial i jego fabułę... Jest ona bardzo uwspółcześniona, czyli między innymi Simon ma konto na Twitterze, Nocni Łowcy używają różnych technologicznych urządzeń. Oprócz tego troszkę są pozmieniane postaci i fakty. Chociażby Luke pracuje na komisariacie, Camille Belcourt jest brunetką. Albo... No właśnie. Reżyser umiejscowił bazę Valentine'a w Czarnobylu. Ciekawy pomysł zważywszy na jego eksperymenty i to co on tam robi. Wbrew wszystkiemu miejsce pasujące do niego. Strach myśleć, jak będzie za parę lat, kiedy dzieci nie będą uczyły się historii współczesnej i będą ślepo wierzyła telewizji."Valentine zniszczył Czarnobyl". Miejmy nadzieję, że tak nie będzie, choć widząc jak niektórzy wierzą w takie książki jak "Harry Potter" to po prostu złapać się za głowę. To tak jakby wierzyć we wszelkie baśnie. Ogólnie pozmieniali, ale to nie jest takie od czapy. Wszystko jest po coś. Twórcy serialu chcą przybliżyć również całą historię widzom, którzy w ogóle nie czytali "Darów Anioła", dlatego rozwijają niektóre wątki, żeby ci nagle nie zastanawiali się "jak to, skąd, dlaczego". Chociażby można dać przykład porwania pewnej postaci przez wampiry. A jeżeli już o wampirach mowa... Mam w serialu dwóch ulubionych aktorów. Jednym z nich jest Matthew, a drugim David Castro, młody aktor, który wciela się w Raphaela - wampira. Niektórych może on denerwować, ale mi bardzo podoba się jego gra aktorska.
Co tu jeszcze... Odcinki pojawiają się co tydzień, we wtorek na kanale Freeform. U nas oczywiście go nie ma, dlatego odcinki są tłumaczone przez zespół tłumaczy, którzy dają tłumaczenie najpóźniej dwa dni po premierze odcinku. Pierwszy odcinek serialu zebrał największą oglądalność od dwóch lat (seriali młodzieżowych), więc jest wielka szansa na dalsze sezony, a co za tym idzie budżet i lepsze efekty komputerowe, bo te... Co tu ukrywać, są słabe, ale da się do nich przyzwyczaić. Przynajmniej przyłożyli się do innych rzeczy. ;)
Przepraszam tych, którzy nie czytali serii DA i nie wiedzą o co chodzi w tym poście...
Nie składałam Wam życzeń na święta, bo wydawało mi się to bezsensu, skoro za tydzień (już tydzień od wigilii?!) będzie Sylwester... Ta, Sylwester... Jak go spędzacie? Bo ja oczywiście w domu. Z rodzicami. Niektórym może się podobać spędzenie Sylwka z rodziną, ale mi się to podoba już średnio. Wolałabym spędzić go z kimś mniej więcej w moim wieku. Jednak prawda jest taka, że to chyba nie nastąpi w najbliższych latach ze względu na parę powodów. Główny to taki, że moja klasa jest rozłożona po całej Polsce, więc nijak to się ma do spędzenia razem czasu. Zwłaszcza na kilka dni. Już wolałabym spędzić sama Sylwestra... Dziwnie brzmi, ale mnie nie jara ta zabawa, tańce, bo kurcze co świętować? Następny rok minął. Następny rok w którym nic nie zrobiłeś, bo znów cię dopadło lenistwo. A nawet jeśli coś zrobiłeś to bez przesady... Dobra, każdy rok jest wyjątkowy, czasem warto sobie wspominać, co się zrobiło, co wydarzyło się interesującego, zabawnego, co się udało. Ja nie jestem osobą optymistyczną, nie oczekuję nie wiadomo czego po następnym roku. Tak samo przyrzeczenia noworoczne są jak na mnie bzdurą, bo wiem, że i tak większość rzeczy nie spełnię. Mam może zapał na początku, ale później... No, tak do końca to moja wina nie jest, bo czynniki z zewnątrz też oddziaływują. Podajmy taki głupi przykład nauki: co z tego, że bym chciała, skoro w klasie nie mam żadnej motywacji. Polubiłam tych ludzi i jest mi poniekąd głupio, że w większości przedmiotów jestem ponad nimi. Nie to, że się zniżam do ich poziomu, ale... No wiecie, jak jesteście jedyną osobą w klasie, która, no... Hm, nie wiem jak to wyrazić. To później ci się zwyczajnie nie chce, bo po co masz się starać. Do tego w szkole nie ma stypendiów z uwagi, że jest mało uczniów wybitnych. Ale chcę się ogarnąć z nauką, żeby mieć ten pasek, zaliczyć przedmioty, które będę mieć tylko rok z miarę dobrymi ocenami. Nie będę robić szału, bo niektórych przedmiotów nie lubię i koniec, na przykład takie podstawy przedsiębiorczości... No komu one potrzebne, skoro i tak skończę pewnie jako bezrobotna, albo jak to sobie niektórzy marzą jako profesor na uniwersytecie. Ale nie ważne. Jeśli chodzi o łacinę, która się przewija chyba od samego początku na tym blogu... Obiecuję sobie, co roku... I nic. Myślałam, że może się uda od tego roku szkolnego, ale wychodzi na to, że nic z tego nie będzie. Więc bye, bye maturo z łaciny. Rok temu obiecywałam sobie, że odezwę się się do kogoś na Zlocie, że się na nim ogarnę. Hm, co prawda niezbyt wyszło, ale... Odważyłam się podejść do wielu ludzi, którzy podpisali mi się na pamiątkowym identyfikatorze. Nawet odważyłam się zrobić zdjęcia z organizatorkami i w końcu zrozumiałam, że dziewczyny "nie są straszne" i są spoko. W ogóle dotarło do mnie, dzięki klasie, że wiek jest bez znaczenia, jeśli lubisz kogoś. Ważny jest charakter i uosobienie, a nie to, że twój kolega ma 19 lat, koleżanka 18, a ty załóżmy 16. Wracając to sprawy Zlotu - chciałabym, żeby w następnym roku było jeszcze lepiej. Bardzo bym chciała, bo te Zloty podobają mi się coraz bardziej. I chociaż nadal boję się poniekąd, że trafię na grupę, gdzie nie będę nikogo znała i w ogóle na dzień (konkretne informację na temat IV Zlotu NŁ można znaleźć tutaj: http://zlotnocnychlowcow.blogspot.com/ ), to jakąś nadzieję mam. Co tam jeszcze... Ta, chyba chcąc nie chcąc jakieś postanowienia (w końcu przypomniało mi się to słowo) składam sobie... ;)
W ogóle, co wydarzyło się w 2015? Można powiedzieć, że to jeden z ważniejszych roków w moim życiu, bo skończyłam jedną szkołę, a zaczęłam drugą. Pisałam egzaminy gimnazjalne w których szału nie ma. No, może jedynie z angielskiego i historii jestem zadowolona. Co do nowej szkoły... Hm, jestem zawiedziona odnośnie poziomu nauczania, ale cóż... Po prostu trzeba wybrać te przedmioty na maturze, które są w miarę dobrze nauczane, o co trochę będzie trudno. Na pewno będzie angielski. Jeśli chodzi o klasę to zdaję mi się, że trafiłam na najlepszą klasę jaką miałam. Nikogo nie obrażając z byłych. Mam nadzieję, że tak pozostanie do końca szkoły. W wakacje odwiedziłam Malbork, który chciałam zwiedzić już dawno. Niestety pogoda była za bardzo słoneczna, jak na robienie zdjęć, dlatego chcę kiedyś znów odwiedzić zamek w Malborku. Byłam też oczywiście na III Ogólnopolskim Zlocie Nocnych Łowców, ale post o tym napisałam już wcześniej. W wakacje nawiązałam współpracę z wydawnictwem HarperCollins Polska i choć niektórzy w to nie wierzyli, że się uda to się udało. Pisałam, pisałam do różnych wydawnictw i się udało. Mam nadzieję, że będzie ta współpraca trwać długi czas. Choć czasem jest trudno to naprawdę przynosi jakąś satysfakcję. Wszystkie recenzję książek można przeczytać na drugim blogu, poświęconym tylko książkom. Link znajduje się w zakładce: Books are the window to the world. Jeśli chodzi o książki to przekonałam się chyba do kryminałów i thirllerów. Przeczytałam nawet jedną książkę historyczną (sama z siebie). Książki, które polecam (przeczytane w tym roku): "Dawca" - Lois Lowry "Zajmę się tobą" - Mary Kubica (trzeba przebrnąć przez trochę stron, ale książka jest tego warta) "Sisi. Cesarzowa mimo woli" - Allison Pataki "Zbuntowani" - C.J. Daugherty
trylogia "Władca Pierścieni" - J.R.R. Tolkien "Miasto Niebiańskiego Ognia" - Cassandra Clare (ostatnia część "Darów Anioła") "Oskar i pani Róża" - Eric Emmanuel Schmitt
Linki do recenzji znajdują się w tytułach.
Uwielbiam oglądać filmy i cieszę się, że pod koniec roku udało mi się obejrzeć interesujące filmy, a nawet jeśli nie były interesujące to po prostu chciałam je obejrzeć. Niektóre filmy chciałabym zrecenzować, ale jeszcze nie wiem, jakie, bo trochę się ich nazbierało od ostatniej recenzji... Dlatego postanowiłam utworzyć ankietę w której możecie przez kilka tygodni głosować, które filmy mam zrecenzować. Konkretnie czas do drugiego tygodnia ferii zimowych. Pewne jest tylko, że pojawi się recenzja filmu "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy" ze względu na to, że to była moja pierwsza przygoda z GW, a pewna blogerka jakoś tak mnie zachęciła, że postanowiłam obejrzeć wszystkie części tej sagi. Wczoraj obejrzałam czwarty epizod, czyli pierwszy w produkcji film z sagi: "Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja".
Jeżeli zaś chodzi o muzykę... Odkryłam dwóch piosenkarzy i jeden zespół. Dobra, nie tak do końca odkryłam jeden zespół i jednego piosenkarza, bo już słyszałam ich piosenki i poniekąd znałam, ale to były jedna - dwie piosenki. Teraz jest większy szał, przynajmniej na piosenkarzy... Pierwszy z nich to Hozier, który może się czuć zaszczycony, bo kupiłam jego płytę, a to się nie zdarza często, nawet płyty Eda Sheerana nie mam, więc... xD Piosenki tego wokalisty i songwritera nie są jakoś cudowne, nie pisze o problemach życiowych, czy coś. Tak naprawdę główny temat piosenek jest jak na moje oko płytki, ale dla niego ważny, więc nie będę się kłócić. Po prostu dla mnie pisanie o takim temacie to... Dobra, koniec. Nie ważne jaki temat, ale chodzi o to, że inni piosenkarze też mają podobny w swoich tekstach, ale on nie ma wulgarnych tekstów, można powiedzieć, że są w pewnym sensie metaforyczne, co nadaje im jakiegoś sensu. Nie mają prostego tekstu, przez co nie ląduje na tych niskich półkach. Głos wokalisty... Powiem od razu, że nie lubię wysokich, piszczących, dziecięcych głosów u piosenkarzy (dlatego nie słucham Ariany Grande; a propos Hozier ma cover jej piosenki i po raz pierwszy cover jest o wiele lepszy od oryginału), a on ma no, dojrzały głos i taki pasujący do piosenek. Muzyka nie zalicza się do popu, czyli nie ma beznadziejnego łupania, technologi, miksu głosów i innych niepotrzebnych dodatków, które tylko zacierają piękną muzykę. Czasem wystarczy tylko gitara...
Drugim piosenkarzem Was zaskoczę, bo niezbyt się trzyma tego, co wyżej napisałam, jeśli chodzi o sposób śpiewania. Jest to Sam Smith. Tak naprawdę to piosenkarza znałam już wcześniej z piosenki "La la la", ale to było takie ot ciekawa piosenka. Później było "Stay with me", ale to nadal było nic. Powiedzmy, że przełomowym utworem była piosenka do "Spectre" - "Writing on the Wall". Nie wiem sama, dlaczego spodobały mi się piosenki tego wokalisty, bo... No, właśnie ma specyficzny sposób śpiewania, ale spodobał mi się ten sposób. Brzmi to nawet ciekawie, wychodzi tak, bo ma, a nie, bo wyszło. Teksty też ma nawet okej.
Zespół... Zacznie się zaraz, że ten zespół nie pasuje do tamtych dwóch i to grzech dla kogoś kto słucha tego zespołu, słuchać takich ludzi. Cóż, nie będę się znowu rozpisywać na temat mojego gustu, bo i tak go nie zrozumiecie. Nie ogranicza mnie jeden gatunek. Nie słucham tylko country i reagge. W każdym razie zaczęłam słuchać Linkin Park, bo... Niektóre ich piosenki są dość sensowne (nie wiem jak inne, bo się tym nie interesowałam), a głos wokalisty powala. Nie wiem, co więcej pisać!
I pod koniec roku również wielki powrót Eminema do listy słuchanych piosenek. Nie przepadam za rapem, ale ten facet ma coś w tych piosenkach. Trafiłam na dwie, które stały się moimi ulubionymi. Jedna nawet... Hm, rap/hip hop (kurcze, nigdy nie nauczę się tego rozróżniać!) potrafi doprowadzić do łez. Możecie się śmiać, cóż, trudno. Te dwie piosenki o których wyżej mowa to "Mockingbird" i "When I'm Gone".
Na co czekam w 2016? Na trzy rzeczy.
1. IV Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców
2. Następna seria o Nocnych Łowcach, która ma wyjść w Polsce w marcu, czyli trylogia "The Dark
Artifices". Pierwsza część "Lady Midnight" lub jak to woli "Pani Noc" (mniejsza z tym, że wg. fanów powinna być Północ) ma wyjść właśnie na początku marca, czyli już niedługo. Z tego, co zrozumiałam seria tym razem będzie dotyczyć faerie. Znaczy to nie tak, że nie będzie chodzić o Nocnych Łowców, ale no... Ci, co nie czytali np. "Diabelskich Maszyn" tego nie zrozumieją. Ogólnie nie mogę się doczekać, aż dowiem się czegoś więcej na temat Marka Blackthorna oraz Tiberiusa Blackthorna. Mam tylko nadzieję, że autorka nie zapląta się w bohaterach i rozwinie wątek każdej postaci. Wiem, że o Marku na pewno będzie sporo. Podejrzewam, że Ty (skrót od Tiberiusa) też powinien coś wnieść, bo jest zagadkową postacią (cała rodzina Blackthornów wraz z Emmą Carstairs, główną bohaterką, wystąpili w "Mieście Niebiańskiego Ognia").
3. "Fantastycznie zwierzęta i jak je odnaleźć" - następny film twórców "Harry'ego Pottera". Nie wiem nic konkretnie o nim, ponieważ to nie jest adaptacja książki o tym samym tytule, a... Losy autora tej książki, czy jakoś tak. W każdym razie w głównego bohatera wciela się Eddie Redmayne, więc spodziewam się, że to nie powinien być byle jaki film. Na początku powątpiewałam w ten film, bo uważam po części, że stworzyli go HP przyniósł zysk i fanów, i teraz bardzo trudno znaleźć filmy, które go zastąpią. Zobaczymy...
Jakie mam plany na Sylwestra? Cóż... Zamierzam obejrzeć trzy filmy, ale zobaczymy jak wyjdzie. Na początku chciałam dokończyć starą trylogię GW, ale potem pomyślałam, że lepiej obejrzeć trzy oddzielne filmy: "Papierowe miasta" - chcę się przekonać, czy rzeczywiście nie ma wielkiego sensu w tej historii "Gra tajemnic" - od wakacji bodajże, przymierzam się do obejrzenia tego filmu "Ex machina" - bo tam gra... Człowiek o skomplikowanym (dla mnie) imieniu... Domhnall Gleeson. A tak konkretnie aktor, który grał Billa Weasley'a w "Harrym Potterze". Grał również w siódmej części GW, ale dowiedziałam się o tym dopiero, jak z ciekawości zobaczyłam sobie obsadę GW, bo postać generała Hux'a miała jakiś niecodzienny akcent angielski. Oglądam ten film z ciekawości, bo podobno może być w któreś kategorii nominowany do Oscara.
Przechodząc do życzeń:
Życzę Wam wszystkiego dobrego, spełnienia marzeń, wytrwałości na następny rok, szczęścia, (poniekąd) optymizmu i aby w następnym roku przydarzyło Wam się jeszcze więcej lepszych rzeczy.
Niestety składanie życzeń nie jest moją najlepszą stroną.
W nadchodzącym 2016 zamierzam uczestniczyć w dwóch wyzwaniach: przeczytam tyle, ile mam wzrostu i książkowym wyzwaniu, które sama stworzyłam na podstawie pytań z 2015. Zakładam nową zakładkę, gdzie będziecie mogli sprawdzać moje postępy. ;)