sobota, 30 grudnia 2017

Nowa era Jedi #5

[to nie będzie typowa recenzja]

Kilka tygodni temu... (Aż dwa) była w kinie na następnym epizodzie "Gwiezdnych Wojen". Nie należę do grupy fanów GW, którym nowa trylogia nie podoba się. Wiem, widzę tę różnicę między
główną trylogią o Luke'u Skywalkerze, a tymi filmami o Rey. Jednak... No te filmy nie są, takie złe. Chociaż... dość przewidywalne. Aczkolwiek horrory też ludziom się podobają, a króluje tam przewidywalność. Przynajmniej w większości z nich.

Postać Kylo w poprzedniej części była dość znikomo przedstawiona. Jakiś tam pseudo czarny bohater, w masce, która mu wcale nie jest potrzebna. Postać wahająca się nad dobrą i złą stroną mocy. W "Ostatnim Jedi" cofnięto się trochę w przeszłość chłopaka, próbując pokazać, dlaczego postąpił, tak, a nie inaczej. Pokazać, że jeszcze jest szansa... I tak przez większość filmu można uważać, jednak... To nie jest typowa postać, która nie wie, jak ma postąpić. To nie tyle chodzi o wybór, który się już dokonał... A... pokazaniu, że jest się kimś. Że można czegoś dokonać... Ostatnia walka Kylo i Rey przypominała mi te wszystkie rewolucje, nie ważne, czy to historyczne, czy kulturowe. W końcu znajduje się osoba, która chce przewalić wszystko, to co istniało dotychczas i stworzyć coś nowego... Dodać do tego jakieś zagubienie... Uważam, że mogłoby się jeszcze bardziej rozwinąć tego bohatera. Jest lepiej niż wcześniej, ale nadal jest jakaś luka. Bardziej historia skupia się na tym, jak pewno wydarzenie z życia Kylo wpłynęło na innego bohatera. Cóż... Jakoś nigdy za tym bohaterem nie przepadałam i jakoś nie byłam szczególnie zaskoczona jego końcowymi losami. W końcu... Tu chodzi o nowe pokolenie, innych bohaterów. Nie potrzebnie skupiać się ciągle na tych starych. To znaczy na tych, którzy jakoś nie oddziałują szczególnie na fabułę. Poplątanie... Tak to jest, kiedy się nie chce spoilerować. Chodzi o to, że np. Leia ma więcej do odegrania w całej historii, niż inni starzy bohaterowie zważywszy na to, że jest duchem walki, bez niej wszystko by się rozsypało, no i jest ważną osobą dla Kylo. A może i też dla Rey...



A np. Luke... Luke może niektórych rozczarować w tej części. To już nie jest ta sama osoba, którą był kiedyś. W końcu tyle lat minęło... Poniekąd jego zachowanie irytuje, ale też jest zrozumiałe. Ale... Już po pierwszej scenie już widz może się domyślić, że Rey będzie mogła liczyć głównie na siebie.
Właśnie, Rey. Chyba bardziej ją polubiłam. To silna bohaterka, trochę zagubiona, ale nie ma, co się jej dziwić. Dużo osób chce nią pogrywać, ale nie daje się. Chociaż na początku wydaje się, jakby się poddała temu wszystkiemu. Ciekawa sytuacja jest z jej rodzicami, którzy są nie znani... Hm, są widzowie, którzy uważają, że owszem wiadomo. Bo tak, w pewnej rozmowie jest wzmianka o jej rodzicach... Ale... Wystarczy spojrzeć na to kim jest osoba, która z nią rozmawia. Na całą tą otoczkę rozmowy! Nie wierzę w to, że to prawda. Zobaczycie, w ostatniej części będzie wielkie wooow, bo wyjdzie prawda. Otwieram drzwi teoriom filmowym.

Najbardziej przewidywalny wątek prawdopodobnie ma generał Hux. (Ta "okropna" charakteryzacja...) Nie będę na ten temat się rozpisywać. Wystarczy przeanalizować jego postać podczas całego "Ostatniego Jedi".
Poe i Finn... Nadal za nimi szczególnie nie przepadam. Oczywiście, wnoszą dużo do filmu. Ale dla mnie nie wyróżniają się, czymś szczególnym.
Za to nowa bohaterka GW, czyli Rose miała to coś. Szkoda, że nie było jej od samego początku. Rose wniosła do fabuły inne spojrzenie na rebelię i Najwyższy Porządek. Był Finn, były szturmowiec, Poe, czyli pilot... Ponadprzeciętni bohaterowie. A tu Rose, która jest zwykłą rebeliantką, która na własnej skórze odczuła zło Porządku. Scena na planecie... Nigdy nie pamiętałam tych nazw... Na planecie, która była niczym ziemskie Las Vegas, była cudowna (ta scena tzn). Według mnie ta scena miała podobną moc, jak stara trylogia. Chodzi mi o nawiązania historyczne.



Może nie było wielu walk na miecze... Może rzeczywiście "czas Jedi przeminął", ale za to nowe stworzenia, chociaż trochę to wynagradzają. Te kryształowe liski... Albo coś, a la chomik latający. xD

sobota, 23 grudnia 2017

Merry CHRISTmas

Nie ma świąt
Jest Iluzja
Nie ma życzeń
Są kłamstwa
Są prezenty
Jest Oszustwo

--------------------

Czymże są święta?
Po co są święta?
Żeby inni zarabiali
Oszukiwali
Dzieci
Po co są święta?
Żeby zaznaczyć różnice między ludźmi


sobota, 16 grudnia 2017

Polscy wykonawcy

Przeważnie nie słucham polskich wykonawców, nie oglądam polskich filmów i rzadko czytam książki polskich autorów. Zabrzmiało to trochę niepatriotycznie... To nie chodzi w tym o to, że skreślam polską muzykę, filmy i literaturę. Po prostu... trudno mi w tych dziedzinach znaleźć coś, co by mnie zainteresowało. Z książek lubię serię "Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, szkoda, że ekranizacja wyszła, tak słabo oraz książki Anny Onichimowskiej ("Hera, moja miłość", "Dziesięć stron świata", "Koniec gry"). Jeśli chodzi o filmy to najbardziej zapadł mi w pamięci film pt. "Tato". A z komedii - "Last Minute", choć podobno zdobył miano najgorszego polskiego filmu któregoś tam roku. Może ma swoje nie dociągnięcia, jednak ta komedia naprawdę mnie rozbawiła. I jak to określiłam razem z koleżanką - po prostu ten film pokazuje prawdę, nie ma co ukrywać.
Jeśli chodzi o muzykę... Tu chyba trochę sprawa się bardziej komplikuje im jestem starsza. Znaczy, kiedy byłam mała słuchałam więcej polskiej muzyki (Ich Troje, Feel), ale wiadomo - byłam mała. Rzadko, kiedy osoba, która jest w podstawówce (1-3) interesuje się tym o czym dany wokalista śpiewa. W miarę dorastania, jednak szuka się czegoś bardziej ambitnego. Czasem. Nie mówię, że polska muzyka nie jest ambitna, a ja słucham piosenek tylko z wysokiej półki, bo tak nie jest. Jednak nie ukrywajmy, że teraz na listach przebojów królują niezbyt dopracowane polskie piosenki. Ekhm, może nie wgłębiajmy się w to. W każdym razie, jak ktoś chce to znajdzie przecież to czego słucha...
Też nie od dzisiaj wiadomo, że anglojęzyczne piosenki również, a czasem i gorszy mają tekst, ale na pierwszy "rzut oka" tego nie widać. Bo są angielsku lub w innym obcym języku. Jeśli komuś podoba się dana piosenka to nie musi wgłębiać w tekst i się przejmować, że jakiś wykonawca śpiewa, tak naprawdę o niczym.
No dobra, ale jakich w końcu polskich wykonawców słucham? Bardzo mało ich jest... Liczę tych, których słucham więcej, niż 3 piosenki.

Link


1. Od szkoły podstawówki do teraz słucham nadal piosenek Ewy Farny (przepraszam, jeśli odmiana nazwiska jest zła). Co prawda teraz średnio podobają mi się jej nowsze piosenki, ale słucham jej starszych utworów. Nawet mam płytę z jej koncertu osiemnastkowego. Uważam, że Ewa Farna pokazuje właśnie, że można długo przebywać w show biznesie/być sławnym, nie robiąc wokół siebie szumu, śpiewać bardzo dobre piosenki i mieć głos. Nie rozumiem tego szumu wokół jej sylwetki. Nie każdy musi być chudy, ważne, jak czuje się Ewa w swoim ciele, a nie jak "powinna" wyglądać.
Dwie moje ulubione piosenki:



2. Sylwia Grzeszczak. Są osoby, którym nie podobają się jej piosenki i sposób śpiewania Sylwii, ale mi akurat to odpowiada. Dla mnie te piosenki są melodyczne i rytmiczne przez to. Lubię, kiedy na koncercie lub ogólnie w piosence Sylwia Grzeszczak gra na fortepianie. Uwielbiam grę na fortepianie. :D
Dwie ulubione piosenki:


3. To chyba mało znany zespół... Sama bym go nie poznała, gdyby moja koleżanka nie słuchała ich piosenek. Mowa o Luxtorpedzie. Można by było powiedzieć, że te piosenki do mniej nie pasują, bo większość dotyczy poniekąd religii. Ale jakie ma to znaczenie? Nikt nie powiedział, że jeśli nie chodzi się na religię to nie można słuchać takich piosenek. Te piosenki mają coś w sobie. Nic nie narzucają. Po prostu posiadają swoistą prawdę.
Dwie piosenki:



Kto by pomyślał... Naprawdę nie spodziewałam się tego, że będą tylko trzy podpunkty... Chyba powinno mi być wstyd? No nie wiem. Mogłabym jeszcze na siłę wcisnąć Piotra Rubika, bo bardzo lubię trzy jego piosenki, ale miało być powyżej trzech, więc no... Tak to wychodzi.

piątek, 8 grudnia 2017

Sportowcy rządzą światem

Ostatnio pojawił się następny argument do tego tematu... Niestety. Nie mam żalu o tę sytuację do nikogo... Może poniekąd do siebie, że nie należę do grupy sportowców.
Co tu ukrywać, skoro wszyscy, którzy mieli wiedzieć już wiedzą - dostałam stypendium. Mówią, że nie byle jakie. Nie wiem, nie zauważyłam, żeby była jakaś różnica między tym, a zwykłym. Może więcej się o nim mówiło. Przez chwilę. Nie, to nie chodzi o to, żeby o mnie trąbiono... A raczej o pieniądzach, jakich dostałam, bo co kogo to obchodzi, ale... Skoro się docenia tym, że uczeń ma najwyższą średnią w szkole to chyba powinno się podać tę informację dalej? Na fanpage szkoły na który więcej osób zagląda na przykład. Nie ważne. Mniejsza z tym. I tak brzydko wyszłam na zdjęciach. Weszłam w zakładkę, która mówi o sukcesach... Problem w tym, że te "sukcesy" to wyłącznie sukcesy sportowe. Cóż, sukces to sukces. Nie wątpię, że nie. Ale uczniowie nie osiągają wyłącznie sukcesów sportowych. Dziwna zresztą byłaby to szkoła. Zażartowałabym sobie głupio, ale chyba nie wypada. :p Hm, czy to nie umniejsza tym niewysportowanym uczniom. Tak jakby reszta osiągnięć była gorsza. Tak, może ja na to, tak patrzę, wyolbrzymiam. Ale nie chodzi tylko o szkołę. Spójrzcie na świat. O czym się mówi? Co przykuwa uwagę ludzi? Sport. Siła. I wszystko z tym związane. Spójrzmy na te stereotypowe seriale i filmy amerykańskie dla młodzieży - najlepsza grupa w szkole to sportowcy, jedna z najgorszych to ci kujoni. Hm, wcale to nie, takie głupie. W głowie od małego mamy coś takiego... Że jeśli ktoś lepiej się uczy, siedzi długo nad książkami to jest obiektem drwin. Może później się to poprawia na dalszych etapach nauki, ale jednak... Taaak, nie ukrywajmy, w tym świecie lepiej mieć osiągnięcia w sporcie i być głupim, niż na odwrót. Popadam w skrajności, żeby jak najbardziej pokazać ten problem. Nie, nie uważam, że sportowcy są głupi i w ogóle, przecież to nie jest ich wina, że ktoś kiedyś, tak wymyślił, że oni będą lepsi i teraz spora grupa ludzi się tym kieruje. Niby rodzice niektórzy mówią, żeby nie patrzeć na innych i tak dalej. I że przecież nauka jest ważna i w ogóle. Jednak... Jakby nie patrzeć to osiągnięcia sportowe bardziej by im się podobały. Bo jak to wygląda, żeby się chwalić przed rodzinom, czy kumplami, że dziecko dostało szóstkę z czegoś lub wzięło udział w olimpiadzie przedmiotowej, kiedy można powiedzieć o tym, że inne dziecko wzięło udział w zawodach lub nauczyło się czegoś nowego. Lepiej to brzmi. Nauka... Wydaje się, czymś absurdalnym i łatwym. Bo niby nie trzeba się natrudzić. Fizycznie to już w ogóle nie wymaga wysiłku. W końcu sport rozwija i psychikę i siłę fizyczną. Więc lepiej, nie? Aczkolwiek jeszcze nie każdy sport. Bo tu też mamy rozgraniczenie. Oczywiście. Szachy. Podobno trudne mają zasady. Znaczy się dla mnie łatwe. Ja rozumiem, że to wcale nie jest pasjonujące patrzeć się, jak dwoje ludzi gra. I ich jedyny ruch to zmienianie układu szachów. No może też naciskanie dzwonka/budzika (nie wiem, jak to się nazywa). Naprawdę rozumiem to. Sama bym nie chciała oglądać takich zawodów. Ale zdaje mi się, że to przez samo to, że bardziej wysila się głowę do tej gry to ten sport jest traktowany jako coś hm, gorszego. Z takim uśmieszkiem się mówi o nim. Który rodzic (głównie ojcowie) nie woleliby, żeby zamiast dziecko grać w szachy, żeby grało w piłkę nożną. Piłka nożna to sport kultowy. Wychodzi się na dwór. Poznaje się ludzi. Nie wiem, który sport jest trudniejszy. Nie gram w piłkę, w szachy gram raz na kiedyś. Ostatni raz był w czerwcu. Co prawda przegrałam, ale gra nie trwała pięć sekund.
Wylewam żale w tym poście... To chyba głupie. Zależy dla kogo. Mi - osobie, której daleko do sportu z pewnych względów, zależy na tym, żeby nauka oraz osiągnięcia poza sportowe były bardziej doceniane. Nie da się przekroczyć niektórych rzeczy, nie zmienię tego, że coś jest ciekawsze od jednego. Ale mogę wyrażać opinię na ten temat. Dla mnie ten temat jest ważny. Na pewno nie jestem osamotniona w tym. 

Link

niedziela, 3 grudnia 2017

Matematyczny humanista

Grudzień. Oficjalnie można słuchać świątecznych piosenek, zawieszać zimowe ozdoby i szukać śniegu. :p

Nie jestem jakimś specjalistą od matematyki. Moja wiedza nie jest też na nie wiadomo, jakim poziomie. Może niżej minimalnie niż przeciętna - nie wiem, zależy od punktu patrzenia. W każdym razie nie można też zaprzeczyć temu, że nie jestem też słaba z matmy. A jak to jeden ze stereotypów mówi - humaniści nie umieją matematyki. Ich matematyka jest, tak opłakana, że poszli na humana. Z tym stereotypem łączy się wiele wymówek osób, które poszły na profil humanistyczny lub z natury są humanistami: bo ja jestem humanistą, dlatego matma mi nie idzie. Heh, te wymówki... Gdyby każdy zaczął szukać, takich wymówek...

Link

Racja, na początku mojej edukacji jakoś nie przepadałam za matematyką i liczeniem. Zawsze jakoś lepiej mi szło pisanie, niż liczenie. W gimnazjum jakoś... trochę się to wyrównało. To znaczy nie było, tak, że lubiłam język polski, a matematyki nie. Cóż polubiłam ten przedmiot, co nie znaczyło od razu, że byłam o niebo lepsza w matematyce. Nie, wcale. No może trochę. W każdym razie te 62% udało mi się zdobyć. Po dwóch latach i prawie czterech miesiącach w liceum zaczęłam zauważać, że mój stosunek do matematyki diametralnie się zmienił. Szczerze pisząc to nie umiałabym wybrać teraz, który przedmiot wolę bardziej. Nie, nie popisuje się. Matematyka nadal pozostaje trudnym przedmiotem, gdzie niektóre działy zwyczajnie mnie dobijają, ponieważ według mnie nie są żadnemu licealiście potrzebne do szczęścia. Mowa tutaj o prawdopodobieństwu, które jest jakąś abstrakcją, która nie pasuje mi do logicznej matematyki. Nie twierdzę, że zaraz zdam matmę na maturze - to kwestia kilku czynników, nie przesadzajmy. Nawet przy polskim może mi się podwinąć noga, a co dopiero przy innych przedmiotach. Realizm.
Nie wiem, jak to nazwać. Może to jest śmieszne, że nagle mi się trochę odwidziało z matematyką, aczkolwiek... Jeśli zaczyna się coś bardziej rozumieć to to sprawia, że jednak masz tę myśl, że jednak to nie jest, takie odległe. Kiedyś miałam wymówki, jak wyżej napisane: bo ja jestem humanistą. I co z tego? To nie wyklucza bycia dobrym w matematyce, rozwijać swoje umiejętności w liczeniu i nie odwalaniu tego byle jak. Nie, nigdy nie podchodziłam, aż tak do matmy, ale były momenty, że mówiłam, że po co mam to umieć, skoro nie będę wiązać z tym życia. Może jeszcze parę lat temu nie brałabym udziału w konkursie matematycznym dla chętnych w szkole (co miesiąc nowe zadanie), bo po co? A jeśli bym robiła... To jeśli by mi coś nie wychodziło to zostawiłabym to, tak jak jest i tyle. Miałabym to gdzieś. Bo przecież się starałam. A teraz po prostu szukam rozwiązania, nie umiem często odpuścić zadaniu, jeśli go nie rozwiąże lub nie pojawi się, taki wynik, jaki ma wyjść. Nie zawsze się to udaje. Po prostu chcę rozwiązać te zadania. Może to dziwne, ale poniekąd lubię rozwiązywać zadania matematyczne. Ta logiczność jest czasami potrzebna. Nie można cały czas odlatywać, marzyć i na tym się zatrzymywać. Jeszcze raz podkreślam nie stałam się geniuszem matematycznym. Nadal wolę czytać książki i pisać opowiadania.
Humanistom nie skreśla nikt matematyki, tak jak matematykom język polskiego i humanistycznych rozrywek.

                                                                      <3

PS. Angielski podstawa 90%, rozszerzenie 50%/język polski podstawa 61%, rozszerzenie 67%

sobota, 25 listopada 2017

Wspomnienia z wakacji

Kto by pomyślał, że jednak szkoła, tak mnie pochłonie, że nie znajdę czasu i chęci na zwykłego jednego postu w tygodniu? Studniówka zbliża się coraz większymi krokami. Próbne matury odbyły się dwa dni temu... To były męczące dni. Powinni jakoś rozgraniczyć postawy i rozszerzenia. Około godziny przerwy między jednym egzaminem, a drugim to trochę przesada. xd Matmy rozszerzonej nie można pisać w ten sam dzień, ale już polski oraz angielski już tak... Przecież to takie łatwe egzaminy. xd Znam wynik próbnej z matematyki. Może to nie jest wysoki wynik... Wręcz niski, ale cóż... Przynajmniej zdałam. Czterdzieści procent. Matematyka nie przyda mi się nigdzie indziej, więc tyle wystarczy do szczęścia. Aczkolwiek... Nie jestem zachwycona tym wynikiem... Zobaczymy to będzie z czterech pozostałych egzaminów.

W wakacje wybrałam się z rodziną do Warszawy, żeby zwiedzić kilka punktów na jej mapie. Bo chociaż byłam już kilka razy w Warszawie to jednak nie byłam chociażby w Centrum Kopernika. Tak, nawet na wycieczce klasowej nas tam nie zabrali w podstawówce. XD Zamiast tego byliśmy na jakieś wystawie związanej z Darwinem i muzeum Chopina w którym szału nie było. :p W każdym razie po kilku latach (ile lat ma już Centrum?) w końcu byłam w tym sławnym Centrum Kopernika. Bardzo mi się tam podobało, jednak... Chociaż to miejsce jest dość długo w Polsce to jednak nadal zawiera tłumy ludzi. W tym dzieci, które niedługo rozniosą ten budynek. Szczerze. Rodzice powinni chociaż trochę pilnować swoje dzieci. Lub uczyć kultury. Do każdej atrakcji jest dołączona instrukcja obsługi i krótka historia... Instrukcja dla dzieci rzadko istnieje, ale w przypadku takiego miejsca powinny jej przestrzegać. Naprawdę, łatwo popsuć niektóre wystawy. Zresztą jak spokojnie coś pooglądać, kiedy przebiega ci dziesiątka dzieci, przepycha się, wpycha i trzaska? Ja w dodatku trafiłam na modę na fidget spinnery, co oznaczało, że wszelkie wiatraki i inne tego typu rzeczy były idealną rzeczą dla tej zabawki i dzieci... Pominę to, że nadal nie rozumiem zachwytu nad tą zabawką. Ale pomijając dzieci to było super. Jedną z najciekawszych atrakcji był "brokatowy" piasek z którego tworzyło się różne wzniesienia (zależy, jaka wysokość, taki górka miała kolor). Tworzyło się coś podobnego do mapy z liniami hipsometrycznymi. Chociaż pod względem fotograficznym to zatrzymałabym się na długo przy miejscu z różnymi kołami. XD 
Innego dnia poszłam do muzeum Powstania Warszawskiego. Cóż... Mam mieszane odczucia, co do tego miejsca. Z jednej strony piękne miejsce, a z drugiej... mało miejsca, co idzie za tłumami ludzi. Nie przepadam za zatłoczonymi miejscami. Nie weszłam do każdej z sal. Albo inaczej: weszłam tylko na parę sekund. Po prostu... Ech, jestem wrażliwym człowiekiem. :-/ Nie ukrywam, że się popłakałam kilka razy. 
Oprócz tego zwiedziłam trochę Stare Miasto. Zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki na którym byłam jakieś sześć lat temu. Hmmm, byłam jeszcze w jednym miejscu godnym uwagi. Była to restauracja indyjska, zapomniałam nazwy. Ale bardzo dobre jedzenie tam było, chociaż na pierwszy rzut oka zdawało się, że małe porcje, ale za to syte. Lepiej nie zamawiać nie wiadomo, ile, bo nie da się potem tego zjeść. :D Ja jadłam jakieś serki w sosie curry i jakiś chlebek hinduski. Przepraszam, naprawdę nie pamiętam nazw. 
Do Warszawy chcę powrócić w maju - na Targi Książki. Bardzo chciałabym tam pojechać, zwłaszcza, że prawdopodobnie to jedyny czas, kiedy będę mogła tam pojechać. Przy okazji chciałabym znów pójść do tej indyjskiej restauracji. Mam nadzieję, że się to uda. 
















środa, 4 października 2017

Matura to bzdura

Kiedyś... Nawet nie tak dawno, myślałam, że matura jest czymś mega ważnym. Czymś w rodzaju końca świata - chciałbyś przeżyć. Lub nie, bo kto by chciał przeżyć koniec świata. Wszyscy w końcu tyle mówią o maturze... Ledwo pójdziesz na wyższy etap edukacji szkoły podstawowej i  już dolatuje, gdzieś dalekie echo matury. Bo przecież... Bo przecież, co?



Taki nacisk kładzie się na zdanie matury, że często przy okazji zapomina się o człowieku. Bo matura jest, taaaka ważna. Trza do niej podejść. Trza ją zdać. Kto by tam się zastanawiał nad inną opcją?
A kiedy pójdziesz do liceum to już prosto się zaczyna. Z górki. Zewsząd mowa o maturze. Trzeba już myśleć o przyszłości! Ucz się, ucz, bo nie zdasz. Świat eksploduje i zgaśnie światło. Najlepiej, żebyś przychodząc do pierwszej klasy wiedział na, jaki kierunek chcesz zdawać i miał pełne ambicji plany na następne trzy lata.
Ambicja ambicją, ale bez przesady. Jak można straszyć od samego początku ludzi jakimś egzaminem? Chciałam napisać, który nie ma znaczenia, ale... Jednak jakieś ma. Zależy od planów. Jakichkolwiek. Rozumiem, że to ma być jakaś motywacja, ale chyba mało osób, takie coś motywuje. Wręcz odwrotnie. W końcu, Oh my God! To Ten Egzamin Maturalny! Na pewno będzie bardzo trudny, skoro, tak wszyscy mówią o nim. Co ja zrobię, jak go nie zdam? Hm, jest wiele opcji. Tak samo jak dla ludzi, którzy po prostu nie chcieli pisać matury i poszli np. do zawodówki. Czy, takie osoby są gorsze, bo nie mają matury? Nie. Nawet może wręcz przeciwnie. Przynajmniej mają konkretne zajęcie, fach. Mają większe szanse pracowania w zawodzie, niż nie jeden magister. Nie, nigdy nie myślałam nad zawodówką. Nie ma tam zawodów, które by mnie interesowały. Ale przynajmniej nie słuchałabym tyle o maturach.
Jestem po dwóch... Trzech próbnych maturach: polski, angielski, matematyka. Hm, spodziewam się, że najlepiej poszedł mi angielski. Z pierwszej części (czytanie ze zrozumieniem) z polskiego miałam 15/20 pkt. Chyba nie jest, aż tak źle.
Jasne, matura nie jest prosta. Przeraziły mnie te arkusze, zwłaszcza matematyczny (jestem na etapie: nie zdam matmy), ale... Czy ja wiem? Żeby robić z tego nie wiem, co? Niektórzy serio robią z tych kilku arkuszy coś boskiego. Po prostu trzeba podejść do tego jak do sprawdzianu. Troszkę trudniejszego, bo ze wszystkich lat nauki. Hehehe, zawsze można strzelać. Chociaż w polskim to raczej słabo ze strzelaniem.
Można powiedzieć, że jest dopiero październik. A ja nie pisałam matury, więc nie mam, co o tym pisać. Hm, ale czy po części nie mam racji? Nie piszę, że matura jest bezużyteczna i głupia, ale podkreślam, że to nie jest coś najważniejszego. Pewnie będę się stresować w maju - nie wątpię, ale pewnie zawsze u każdego jest jakiś stres. Zresztą... Jeśli chodzi o ustne to będę się bardziej stresować tym, że będę musiała z kimś obcym rozmawiać i to jeszcze jednego dnia po angielsku... Niż samą myślą, że to matury. Nie lubię gadać z obcymi.
Spróbuję przyjąć postawę - zdam to zdam, jeśli nie to nie.
Okej, chciałoby się dostać na ten wymarzony kierunek (chociaż osoba z tego kraju odradziła mi studiowanie akurat tego języka), jednak... Mam zarys planu, co chcę robić, jeśli nie zdam. Złożę papiery do szkoły policealnej na florystykę. Trochę dziwny pomysł... Nigdy bym nie pomyślała, że mając 17-18 lat będę chciała iść na taki kierunek i zajmować się kwiatami. Ale zawsze to jakiś plan.
Wracając do straszenia maturą... Można dostać jakieś paranoi. W niektórych liceach drugoklasiści mają szansę podejść do próbnych matur. Ja wiem, że to ma im pokazać, co będzie ich czekać w 3 klasie. Jakieś tam zapoznanie. U mnie też, tak było. Poniekąd fajnie, ale z grubsza... Większości materiału nie było + trudność... Wiec poszło słabo, co przełożyło się na to, że sporo osób z mojej klasy to zniechęciło. I po co? Mieliśmy prawo nie umieć czegoś. Ale przecież były zadania... No były i co? Tak można analizować wszystko. Zdarza się. Stres i tyle. Trzeba mieć szczęście - nie oszukujmy się.



Znam kilka osób, które nie zdały matury i nie są przez to gorsze i głupsze. Nikt by nawet nie pomyślał, że one nie zdały matury, więc no.... Chyba jednak trzeba zacząć odpuszczać temu naciskowi na matury i dać żyć licealistom. Nikt nie zamieszka pod mostem nagle, tylko dlatego, że nie zdał matury.

wtorek, 26 września 2017

Bo Góra, tak chce

We wrześniu chciałam dodać zdjęcia z Warszawy... Chyba trzeba to przenieść na październik... Z moim lenistwem jest wszystko możliwe. Właśnie je widać po postach - około dwa tygodnie przerwy. A przecież obiecałam sobie, że będę pisać minimum cztery razy w miesiącu... Żeby było lepiej, niż w ciągu ostatnich dwóch lat....

Warszawskie zdjęcia muszą poczekać. Mam ważniejsze sprawy do rozważań, niż dodawanie postu, który, tak naprawdę mało wnosi do tego bloga. Ta szczera prawda... Czuję się, niczym bohater mojego opowiadania. Tak, mam już jakieś 3/4 pierwszego rozdziału.
Zaczął się wrzesień, zaczęła się szkoła (wow) i... zaczęły się dziwne problemy, które normalnie człowiekowi nie przychodzą do głowy. Problemy głupie i absurdalne dla każdego. Ale nie dla mnie. Może to głupie, ale w dzisiejszym poście chcę się zająć... Przymuszaniem takobym do... jedzenia i wyjść (ten problem dopiero będzie w najbliższej przyszłości - czyt. za tydzień).



Nie obchodzi nas, ile masz lat - jesteś równy pięciolatkowi.
Bądźmy szczerzy - czy osiemnastolatka interesuje to samo, co ośmiolatka? W większości przypadków nie. Hm, no lubię czasem oglądać bajki i lubię Harry'ego Pottera. xD To chyba jedyne podobieństwo. W każdym razie, wiecie o co chodzi. Starsze osoby mają inne potrzeby, mentalność. Kiedy jesteśmy starsi już nie bawi nas to samo, co kiedyś. A nawet jeśli... Hm, wstydzimy się tego. W pewnym wieku wykształcamy u siebie jakieś... poczucie piękna i rozrywki. Okej, są młodzi dorośli, którzy lubią się bawić. Czy dyskoteka (impreza) dla takich ludzi jest, taka sama, co dla dzieci? Nie. Nie trzeba chodzić na imprezy, żeby to wiedzieć. Skoro to, takie proste to, dlaczego niektórzy nie potrafią tego zrozumieć? Dlaczego do zwykłego apelu są dodawane elementy dziecinne i płytkie, które stanowią 3/4 uroczystości? Bo tak jest łatwiej? Przecież to takie zabawne. Można wrócić do dzieciństwa... Dla mnie żenujące. Nie mówię, że jestem dorosła i jestem kimś ważnym; ja chcę tylko być traktowana odpowiednio do wieku.
Najbardziej chyba boli to, że dorosły człowiek uważa, takie dziecinne wydarzenia za równoznaczne z prawdziwą sztuką. Jak można powiedzieć, że jeśli znaczna część starszych ludzi się zbuntuje i nie będzie na to chodzić to ta grupa nie będzie mogła jeździć do teatru, czy kina? Nie oszukujmy się: teatr to jest jakiś poziom. Zresztą... takie wyjazdy są dla chętnych.
Tak wiele osób rozumie tę sytuacje... A i tak zwycięża ta... nieliczna, ważniejsza część.
Czy się nie cofniemy przez traktowanie dorosłego jak dziecka?



Bo kolacja to najważniejszy posiłek.
Trochę przesadziłam. Teraz jest trochę lepiej, ale... Czy dorosłym ludziom trzeba tłumaczyć, że się płaci za posiłki? Czy my nie mamy świadomości? Jasne, wiem, że jedzenie kosztuje. Ale ja po prostu mam prawo nie chcieć iść na posiłek, nie zjeść kolacji, kupić sobie, co innego do jedzenia. I świat się nie zawali. Bo np. po co iść na stołówkę, skoro wiesz, co jest do jedzenia i wiesz, że tego nie lubisz? Bo herbaty się napiję? To mogę zrobić u siebie.
A obiadek? Eeee, nie jestem małym dzieckiem. Wiem od której godziny są wydawane obiady. Kogo obchodzi to, czy zjadłam, tak naprawdę? A jeśli nie to co? Nie można mieć wyboru?

Zupka chińska i dostawy to Zło. (Diabeł od razu)
Eeee, mam wybór. Każdy ma świadomość, co zawierają, takie rzeczy. Czasem przeraża, ile taka zupka chińska ma kalorii. Zresztą czasem, ma się ochotę bez powodu zjeść, takie rzeczy. I najczęściej w domu jest to łagodnie traktowane. Jasne, te rzeczy odkładają się w postaci tłuszczu. To też każdy wie. Ale czasem nie da się inaczej, trza zjeść cokolwiek. I najlepiej, żebyś się pytał, czy możesz zjeść, taką zupkę lub zamówić kebaba. Bo nie wiem, co. No najwyżej będziesz gruby. Ale to tej osoby problem. Tak, to tej osoby problem. Czy w przyszłości ktokolwiek będzie dzwonił do rodziców, czy może zjeść zupkę? Nie, będzie jadł, co chce. Co chce i kiedy chce. Lub nie jadł.



Wegetarianizm? Co to za kaprys!
Znacie lekarza, który potwierdzi to, że musicie mieć dietę wege, bo taką macie ideologię? Bo ja nie. A taki niektórym potrzebny. Bo przecież można nie jeść większości posiłków i odkładać mięso... Albo nie! Najlepiej to się nagle nawróć i zacząć jeść, bo będzie się głodować. Bo nikogo nie interesują twoje poglądy. Przecież... Jest tylu prawdziwych i zaciętych wegetarianów... Są osoby, które nie jedzą mięsa od małego... Nagle mają się przestawić? Z jakich względów? Bo dla kogoś to ułatwienie w życiu? Eh, życie nie jest łatwe i nie będzie nigdy. Zależy, kto w co wierzy, był moment pięknego życia. Ja nie mówię, może nie trzeba tego szanować w kuchni. Ale no sorry. Kiedyś można było to robić. Okej, skoro się nie chce robić osobnych posiłków to... Chociaż do śniadania, czy kolacji, nie można podawać czegoś bezmięsnego obok szynki?

Może wyszło, że ja się żalę i jestem desperatem. Pewnie nie rozumiem świata i to te wszystkie osoby mają rację. Może hejtuję tutaj? Uważam, że podałam sensowną argumentację. Więc nie można powiedzieć o hejcie. I tak... Gdybym mogła tylko, napisałabym więcej. But I cannot.

sobota, 9 września 2017

Atypowy

Kto by się spodziewał, że w wakacje obejrzę, "aż" tyle seriali? Chociaż... mało książek przeczytałam, więc się wyrównało [ikonka śmiechu przez łzy {ten sarkazm}].

Tytułowy serial mogę uznać za jeden z najlepszych seriali obejrzanych w tym roku (bo nic nie przebije "Sherlocka" i Cumberbatcha). Zwiastun nie do końca obrazuje serial. To znaczy... Oczywiście, pokazuje ogólny wątek serialu, zachęca widza... Hm, szczerze pisząc mnie średnio zachęcił. Po zwiastunie myślałam, że to będzie typowo młodzieżowy amerykański serial, który będzie po prostu płytki. To znaczy nie będzie prawdziwie podchodził do problemu, że autyzm będzie w pewnym sensie tylko dodatkiem. Nie wiem, czy mnie rozumiecie...
Ale postanowiłam dać szansę. Za bardzo mnie zainteresował główny bohater, żeby odpuścić temu serialowi. Zwłaszcza, że posiada tylko osiem odcinków, więc nie tak źle.
 I czy się opłacało "zmarnować" dwa dni z życia?
Tak, opłacało się. Może to nie jest jakieś arcydzieło, ale przynajmniej pokazuje rzeczywistość, którą... Myślę, że oczekuje większość nastolatków. Chodzi mi o głównego bohatera - Sama. Rozmawiałam z koleżanką na temat "Atypowego" i właśnie to nam się podobało - Sam nie jest biednym chłopcem, ani też "superbohaterem". Sam jest zwykłym nastolatkiem z autyzmem. Chodzi do zwykłej szkoły (to już bardziej prywatne, dlaczego, tak to napisałam; nieliczni zrozumieją, dlaczego dla mnie było to, takie ważne), ma przyjaciela i chce znaleźć dziewczynę. Tylko... że to wszystko jest trochę inaczej u Sama niż u przeciętnego nastolatka. Dla Sama znalezienie dziewczyny jest trudniejsze. Nawet nie chodzi o to, że ona powinna go zaakceptować. Chodzi o to, że... Sam nie potrafi, tak funkcjonować społecznie jak większość ludzi. Z góry piszę, że nie chcę urazić osób z autyzmem i jeśli coś, źle zabrzmi to przepraszam. Nie będę tłumaczyć, jak to wygląda, ponieważ nie potrafię właściwie tego nie wytłumaczyć. Trzeba obejrzeć.
Jednak... Sam ma wcześniej wspomnianego przyjaciela, który chce mu pomóc. Taaak, zabawny jest trochę jego przyjaciel. Trochę. Troszkę.

Chociaż większą część serialu zajmuje wątek dziewczyny i poszukiwaniu jej, to jednak "Atypowy" skupia się też na bohaterach drugoplanowych. Poznajemy dogłębnie rodzinę Sama. Widzimy, jak wpływa na nią to, że Sam ma autyzm. Rodzic nie musi pogodzić się z innością dziecka, tylko dla tego, że jest ich dzieckiem i się z tym ono urodziło. Rodzeństwo i rówieśnicy nie muszą, a nawet i nie powinni traktować inaczej, takiej osoby. Każdy członek rodziny zmierza się ze swoimi problemami, które dotyczą w jakieś części autyzmu Sama.
Może postać matki pod pewnym kątem jest przerysowana i może się nie podobać, ale.... Można w jakieś mierze ją zrozumieć. Przecież trzeba pamiętać, że to serial. On nie pokazuje, że w każdej rodzinie, gdzie jest dziecko autystyczne, ludzie, tak się zachowują. Nie ukrywajmy zresztą: przez to jest "więcej emocji". Widzowie chcą oglądać dalej, jak to się wszystko potoczy... Zresztą wątek związany z matką Sama daje jakąś nadzieję na to, że będzie drugi sezon.
Tak, bo to jest ten minus z serialami amerykańskimi. I w dodatku Netfliksa. Obejrzysz w kilka dni cały sezon, a na następny musisz czekać z jakiś rok. Może też się okazać, że nie będzie drugiego sezonu, więc zostajesz z pustką. Bo... Ile można oglądać to samo? Jeśli o mnie chodzi to rzadko oglądam kilka razy ten sam film, a serial tym bardziej. Mam wielką nadzieję, że jednak będzie następny sezon i będzie on posiadał więcej odcinków, chociaż nic na siłę. Nie chciałabym, czegoś na siłę i przerysowanego.



PS. Zapomniałam napisać, że jeszcze jest przedstawiony wątek terapeutki (?) Sama,

środa, 30 sierpnia 2017

Koniec wakacji & Zlot

Może oficjalnie jeszcze trochę do końca wakacji... Około czterech dni. W pewnym sensie można podziękować MEN za przedłużenie wakacji, jednak... Mogłoby być to rozpoczęcie w piątek. Dwa dni na przysłowiowe ogarnięcie, przyzwyczajenie się do myśli, że zaczęła się szkoła, poukładanie w głowie planu... Większość plusów, jak dla mnie. :p W każdym razie w ciągu tych kilku dni niewiele się zmieni, więc mogę śmiało napisać post podsumowujący te dwa miesiące lenistwa. Tak, lenistwa, bo większość planów nie zostało wypełnionych. Zresztą... Czy ja w ogóle miałam, jakieś plany? A, kilka - słabo.



Na początek filmowo. Udało mi się być kilka razy w kinie. Patrząc na filmy, które obejrzałam w kinie, najbardziej polecam "Króla Artura", a najmniej "Voltę". Nie dziwne. Za polskimi filmami rzadko przepadam. A za komediami już zwłaszcza. Chyba po prostu mam dziwne poczucie humoru.
"Król Artur" podbił moje serce głównie ścieżką dźwiękową. Mam nadzieję, że dostanie nominację do Oscara za muzykę. Efekty komputerowe też świetne, ale mnie przede wszystkim podobała się muzyka.
"Siedem minut po północy" - ogólnie bardzo wzruszająca historia, jednak... Nie polubiłam głównego bohatera, a przede wszystkim nie polubiłam to drzewo. Niestety, nie pamiętam imienia tego bohatera. Rozumiem, że na swój sposób chciał pomóc chłopakowi, ale ten sposób i ta mowa... Nie, po prostu nie. Bardzo spodobało mi się przedstawienie opowiadań drzewa. Przypominało mi to trochę opowieść o trzech braciach z "Harry'ego Pottera". Piękna forma.
O "Mrocznej wieży" napisałam osobny post - LINK.
Ostatnim filmem była "Atomic Blonde". Mam mieszane odczucia, co do tego filmu. Z jednej strony bardzo dobry, a z drugiej raczej przeciętny. Nie chodzi mi o to, że był za brutalny, bo do tego nic nie mam. Jakoś... Nie wybił się, aż, tak bardzo. Oczywiście, pokazuje inny obraz kobiecej bohaterki - bohaterki - szpiega, która, jednak nie jest niezniszczalnym robotem.
Obejrzałam jeszcze kilka filmów online, ale o nich będzie wzmianka w styczniu - w wielkim podsumowaniu roku.

Z filmów do seriali. Na początku lipca do kończyłam "Trzynaście powodów" (LINK). Jeśli chodzi o seriale, które całkowicie obejrzałam w wakacje to są to "Skam" i "Atypowy". O "Skam" dodałam post tydzień temu (LINK), a o "Atypowym" zamierzam napisać pod koniec tygodnia. Jakoś, tak wyszło, że ostatnio sporo o serialach, ale przez cztery miesiące na pewno nie pojawi się już żaden post o serialu. Albo i przez osiem. Raczej będę wolała oglądać filmy, niż zagłębiać się w następne seriale. Chociaż... Na początku nowego roku powinien pojawić się drugi sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". To może wtedy... A! Bym zapomniała! Skończył się kilka tygodni temu drugi sezon "Shadowhunters"! Mam kilka małych uwag, ale one nie są wielkie. Nie spodobały mi się odtwórczynie (tak, jest ich dwie) Królowej Jasnego Dworu. Do ideału daleko. Kat chociaż jest podobna do Clary, a tamte aktorki wcale do swojej bohaterki. Porównałam je do Katherine McNamara, ponieważ te aktorki słabo grają aktorsko. Cóż... Ale przynajmniej świetnie wybrali aktora, który wciela się w Sebastiana/Jonathana, czyli Willa Tudora. Może z wyglądu nie pasuje stuprocentowo, ale za to gra aktorska - super. Nie rozumiem tylko, dlaczego prawdziwego Jonathana, tak zniszczono. Jego wygląd... jest przerażający w złym sensie. Mam nadzieję, że nieczęsto Sebastian będzie przybierał prawdziwą postać. Minusem dla mnie też jest to, że wydarzenia, które powinny dziać się w Idrisie dzieją się w Nowym Jorku. Serio? To nie to samo. Idris miał swój urok, a Alicante już w ogóle! Mam duże oczekiwania wobec trzeciego sezonu. Przede wszystkim mam nadzieję, że Lilith będzie, tak dobrze dobrana jak Sebek. I nie zniszczą tych postaci. Dominic w końcu mógłby się wykazać, bo trzeci sezon to wydarzenia z "Miasta Upadłych Aniołów", a więc... Team Evil. ;)  Jeśli scenarzyści dodadzą pewien wątek związany ze związkiem Magnusa i Aleca... Musi to być dobrze zrobione, bo przez to, co się teraz działo w ich związku.... Te fochy bezsensowne Magnusa... Fochy o nic, a teraz byłby prawdziwy powód... Może lepiej ten wątek pominąć dla dobra Magnusa i fanów.



W lipcu byłam po raz... trzeci (chyba) w Warszawie. I zamierzam w maju jeszcze raz się tam pojawić - chodzi oczywiście o Targi Książki. Planuję post o Warszawie dodać we wrześniu. Razem ze zdjęciami. Teraz żałuję, że nie zrobiłam pewnej rzeczy zdjęcia.... xD

Jeżeli ktoś jest na bieżąco z moim blogiem recenzenckim.... A jeśli nie, to w wakacje przeczytałam dwie z czterech zaplanowanych książek. Tylko dwie, może dlatego, że trzecia (w której jestem w trakcie) jest bardzo gruba. Zamierzam w ciągu najbliższych dni "dobić" do połowy. Obiecałam sobie, że teraz tej książki nie rzucę - przeczytam do końca. Aha, mowa o "Lalce" Prusa. Te dwie przeczytane książki to "Przedwiośnie" i "Granica". Przeczytałam też część jeszcze innej książki, pozostałe strony zostawiłam sobie na "po Lalce". Naprawdę nie wiem, jak to teraz wyjdzie... Trzeba wierzyć, że się uda. xD

Już w czerwcu napisałam prolog pewnego opowiadania do którego zamierzałam się zabrać już dawno. Na początku wakacji dopisałam pierwszy rozdział, ale... Przyszedł mi do głowy całkowicie inny pomysł na prolog i usunęłam dotychczasową pracę. Ten prolog jest o wiele lepszy. Chyba muszę po prostu najpierw pisać na kartkach, a nie od razu w laptopie. ;) Piszę, że lepszy, ale nikt na razie go nie widział. Pierwszą wersję - owszem, jednak... No niestety, urwał się kontakt z tą osobą i teraz nie wiem, co dalej. Jasne, nie piszę dla tej osoby, jednak fajnie jest, kiedy ma się z kim wymieniać uwagi. Kto czyta tego bloga dłużej, może się domyślać o kim mowa. Czytelnicy, którzy zauważyli usunięcie TEGO bloga mogą się domyślić. Boże, co za tajemnice...



Pod koniec sierpnia odbył się też V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. Jak było? Oh, było super! Taaa, co może napisać osoba, która stoi na uboczu, jak jakiś nie wiem, kto. Nie ważne. Naprawdę, było fajnie. Niby niektóre konkursy się powtarzały, jednak były zrobione w takiej formie, że nie nudziły. Zresztą dwa z nich to przecież tradycja, więc jakże by tak bez nich? Cosplaye, jak co roku cudowne. Podziwiam tych ludzi i ich talent. Nawet, jeśli ktoś kupił elementy stroju to przecież musiał mieć pomysł na niego, więc też plus. Serio, wow. To jedna z najlepszych części Zlotu. Drugi tradycyjny konkurs to pytania dotyczące książek. Hahaha, w związku z tym, że ja nigdy nie mam czasu na czytanie swoich książek to i tym razem nie powtórzyłam sobie żadnej książki. Tja, no trudno. Chociaż przez to zrobiłam, taki głupi błąd jak się nazywał... A dobra, nie będę spoilerować. Ktoś może nie czytał "Mechanicznej Księżniczki". Najbardziej spodobał mi się konkurs na rymy, wierszyki, które miały obrazić daną postać z książki. Znaczy dawano grupą jakąś postać, potem łączono w pary i ta osoba obrażała tamtą osobę. Bardzo śmiesznie to wyszło. :)



I to chyba wszystko... Blog przechodził w pewnym sensie kryzys. Znaczy nie blog, tylko ja, jako blogerka. Zastanawiałam się, czy nie usunąć tego bloga. Dać sobie spokój. Zaprzepaścić te niecałe pięć lat. Albo cztery. Serio. Rzucić to i mieć to gdzieś. W końcu ma mało wejść, a komentarzach nie pisząc, jednak.... Wczoraj przeczytałam post Jess i... Nie, nie usunę. Boże, zrobiło mi się, tak wstyd, że nie komentowałam jej bloga.... Tyle miesięcy. Jednak wezmę się za to i uzupełnię zaległości. :D
Przepraszam, Jess.

środa, 23 sierpnia 2017

Skam

Serial sławny i niesławny. Z jednej strony wiele osób wie o tym serialu, kiedy się pytam, a z drugiej... Większość wie o nim tylko tyle, że taki serial istnieje i dotyczy grupy przyjaciół. Jednych zachwyca, drudzy uważają, że to nudy.



Na "Skam" głównie natrafiłam, dzięki filmiku Cat (link). Potem podpytałam znajomych. I koniec końców postanowiłam obejrzeć jeden odcinek. Na początku nie wiedziałam, czy to na pewno ten odcinek, a nie jego połowa, ponieważ trwa on ok. 20 minut. Później okazało się, że odcinki mniej więcej, tak trwają: od 20 do 50 minut. Dzięki temu można z łatwością obejrzeć kilka odcinków w jeden dzień, chociaż są osoby dla których nie ma znaczenia, jak długi jest odcinek, bo i tak obejrzą kilka ciągiem.
(Skam pokazuje życie pięciu przyjaciółek: Evy, Sany, Chris, Vilde i Noory.)
Pierwszy sezon najmniej mi się spodobał z wszystkich czterech. Nie był bardzo nudny, jednak jak się okazało po obejrzeniu całego "Skam" - główna bohaterka pierwszego sezonu, czyli Eva jest postacią, którą najmniej lubię. Nie jest płytka, jej losy można śledzić może zapartym tchem, chociaż... Tylko w tym jednym sezonie. Gdy Eva idzie na dalszy plan okazuje się, że to jest "typowa" nastolatka, którą przedstawiają media i filmy dla młodzieży. Jasne, istnieją, takie dziewczyny w rzeczywistości, ale jednak... Bohaterka serialu powinna coś wnosić do niego, no nie wiem. Może ktoś ją bardziej zrozumie (chodzi mi o Evę w pozostałych trzech sezonach), jeśli tak, chętnie przeczytam tę opinię w komentarzu. Dla mnie to było żenujące, kiedy Eva chodziła od jednej imprezy do drugiej i się na niej upijała lub całowała się z chłopakami (bardziej to pierwsze). Ekhem, co, kto woli.
Pozostałe sezony są kolejno poświęcone: Noorze, Isakowi i Sanie. I tak jak przy Evie już irytował jej związek i problemy z nim związane to przy Noorze wcale. Było to leciutko ubarwione, ale oprócz wątku związku dodano inne ważne wątki i problemy. Do końca sezon trzyma w napięciu. Nawet mnie interesowało, czy w końcu Noora będzie z Williamem, czy nie. Obie ciekawe i skomplikowane postaci. Chociaż... Noora wydaje się być wyidealizowana. Nie zgadzam się z tym. Nawet, jeśli nie widać u niej wad to przynajmniej nie zadziera nosa, pomaga wszystkim. Chociaż sezon drugi pokazuje, że ona też potrzebuje rady, pomocy. Polubiłam tę bohaterkę, jednak ma u mnie pewien minus... Optymizm, siła optymizmem, siłą, ale bez przesady. Dewiza życiowa Noory średnio mi się podoba, zwłaszcza, kiedy cytuje to osobie, która wiele przeszła i ona nie zna tej osoby całej historii, nie wie, co ta osoba przeżyła... Nie można od nikogo wymagać uśmiechu na twarzy, cokolwiek się zdarzyło.



Trzeci sezon jest wyjątkiem, ponieważ dotyczy osoby spoza dziewczęcej grupy przyjaciół - Isaka. Przy nim nie trzeba długo się zatrzymywać. Sezon dotyczy (to będzie spoiler?) homoseksualizmu chłopaka. Fajne jest to, że nie został tutaj pokazany stereotypowy gej. Isak pokazuje, że gejem najcześciej jest zwykły chłopak, który niczym się nie wyróżnia. Chłopak jest ciekawą postacią, jednak, czy na osobny sezon? O wiele bardziej interesujący jest Even - chłopak Isaka, który ma chorobę dwubiegunową. Szkoda, że nie ma o nim sezonu, ale jest o Isaku. A przez to widzimy, jak wygląda związek z osobą chorą ze strony partnera, takiej osoby.
Ostatni (i to naprawdę ostatni) sezon jest o Sanie, która jest muzułmanką. To najciekawszy sezon. Dziesięć odcinków pokazuje, że wcale nie jest łatwo być muzułmanką w kraju niemuzułmańskim, pogodzić zasady religii ze zwykłym życiem typowej nastolatki. Przepraszam, jeśli to źle zabrzmiało. Nie miało to na celu nikogo urazić. Trzeba zaznaczyć, że Sana jest bardzo wierzącą osobą i trzymającą się swoich zasad. No i jest pokazane, jak wygląda związek i miłość u młodej muzułmanki. A wygląda to trochę inaczej, niż u chrześcijanek.

Jak można zauważyć: wszystkie sezony łączy to, że każdy główny bohater jest w związku. Można by było powiedzieć, że to będzie nudne: wzloty i upadki, ale wcale, tak nie jest. Każdy związek jest inny. Oprócz tego ważnym wątkiem jest grupa pięciu przyjaciółek, które chcą stworzyć bus... Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Chodzi o to, że Skam pokazuje norweską tradycję busów w szkołach (chyba nasze liceum), które organizują imprezy itd. A przy okazji, ile młodzież wydaje kasy na takie rzeczy. Czyli, jak można wywnioskować - jest dużo imprez, bardzo dużo. Nie wiem, czy w rzeczywistości, tak jest i nie chcę analizować prawdy w tym serialu. Podobno scenarzystka i producentka Skam przyłożyła się, żeby przedstawić prawdziwe życie młodych Norwegów, ale... No nie można też patrzeć, tak na to, że wszystkie nastolatki, tak żyją itd.
Co jest bardzo ważne - aktorami są tu amatorzy, przynajmniej ci główni. To osoby w wieku 16-20 lat. Zagrali lepiej, niż nie jeden prawdziwy aktor. I naprawdę, czy nie można by tak? Żeby robić otwarte castingi dla wszystkich?

Co mi się najbardziej nie podobało? To, że bohaterowie mieli po 16-17 lat, a żyli tak... Nie jeden 18-latek nie ma takich "przygód" i życia jak oni.

środa, 16 sierpnia 2017

Mroczna wieża

Nie czytałam serii na której podstawie został stworzony ten film. Pewnie nie prędko to nadejdzie. W każdym razie... Nie znam różnic i elementów
podobnych adaptacji do książek. I może to i lepiej - podeszłam do "Mrocznej wieży" (po prostu) jak do filmu. Niczego nie oczekiwałam. Wcześniej też nie czytałam żadnej recenzji. (Przeczytałam je po obejrzeniu filmu.) Co prawda, chciałam, jednak po natrafieniu na zbyt szczegółowe streszczenie (po co streszczać ludziom, automatycznie odbierając im radość z oglądania?) zrezygnowałam. Pewnie dobrze zrobiłam. Dzień po obejrzeniu filmu okazało się, że na niektórych stronach "Mroczna wieża" nie ma przychylnych opinii. Cóż... O nowym "Królu Arturze" też niektórzy pisali, że klapa, a jednak mnie on bardzo się podobał.
Chcę od razu zaznaczyć, że ten post nie będzie recenzją, tylko, taką o "pogadanką".

Opis: Jake miewa sny - koszmary o tajemniczej Mrocznej Wieży, Mężczyźnie w Czerni oraz Rolandzie, który jest rewolwerowcem. Chłopak ma pewność, że to, co się dzieje w jego snach jest rzeczywistością i trzęsienia ziemi mają z tym związek. Oczywiście nikt mu nie wierzy. Jake'owi pozostaje działanie na własną rękę. Chłopak zamierza odszukać miejsce ze snu... A to będzie dopiero początek historii...

Przede wszystkim film traktuję, jako poniękad film dla młodych odbiorców. Film fantasy, który bez przerażenia w oczach może oglądać młodsza młodzież. Dla mnie ta adaptacja jest jakimś przełomem w filmach dla młodzieży. Każdy może mieć swoją opinię... Główny bohater nie jest superbohaterem - sam nagle nie zbawia świata. Nie ma naciąganego romansu, który jest chyba w każdym filmie. A to już się robi naprawdę nudne.
Tak naprawdę... Mamy tu dwóch bohaterów, którzy są na równi ważni w tej historii i to byłoby nie fair pisać, że któryś był ważniejszy. I Jake, i Roland nie poradziliby sobie bez siebie, ta historia potoczyłaby się na pewno inaczej. Może dla niektórych ważniejszy będzie Jake, skoro od niego zaczyna się historia, ale nie. Trzeba obejrzeć film do końca, żeby się przekonać.

Aktorzy... Cóż, dla mnie większość aktorów jakoś się nie wybiła, nie zagrała, aż tak, że chciałabym od razu oceniać ich grę w skali 7-10. Według mnie przeciętnie, ale też nie jestem jakimś specjalistą lub krytykiem filmowym. Według mnie wśród wszystkich wybija się Matthew McConaughey w roli Mężczyzny w Czerni (albo jak kto woli Waltera). Pasował on do roli bardzo dobrze. Był takim prawdziwym czarnym charakterem. Sporo "kontrowersji" wzbudziło wybranie Idrisa Alby do roli Rolanda... Hm, rozumiem fanów książek. Z tego co rozumiem książkowy opis postaci nie pasuje do aktora... A raczej odcień jego skóry, ale tak wybrano i już nie ma sensu się rozwodzić, dlaczego to akurat on został wybrany, a nie kto inny. Stało się. Zresztą... Idris Alba wcale nie zagrał najgorzej, nawet nie zagrał źle. Według mnie udało mu się "wejść" w rolę.
Żeby nie było - film posiada również u mnie minusy. To nie tak, że ja się tylko nim zachwycam.
1. Gdzieś w połowie fabuły akcja zaczyna minimalnie za bardzo przyspieszać. Winą tego jest to, że w jednym filmie chciano zmieścić całą serię. I to w półtora godzinnej produkcji! Wielki błąd, któru powoduje niedociągnięcia, czy rozwinięcie akcji.
2. Nie chcę spoilerować, ale jest jeden moment w filmie, który jest dla mnie dziwny. Lub po prostu nie wyjaśniono sytuacji w należyty sposób... Jednego bohatera atakuje demon. Rana jest bardzo ciężka, ale... Nie aż, tak dla ludzkiego, zwyczajnego szpitala i jego leków. Dla mnie to trochę absurdalne... Niby fajnie, śmieszna scena, ale jakby nie patrzeć powoduje kilka pytań.
3. Magiczne efekty. Hm, na co to komu? Czy naprawdę trzeba dawać efekty niczym z "Matrixa"? Przez większość filmu ich nie było. Ta magia nie była przesadzona, ale potem chyba się komuś przypomniało o nich... Okej, nie są złe, jednak dla mnie nie potrzebne (mam na myśli końcową scenę i magię Waltera).
Ocena: 8/10

Zaznaczam raz jeszcze - to moja subiektywna ocena. Nie czytałam serii, więc na niej się nie opierałam. Bo nie ma sensu opierać się na czymś, czego dokładnie się nie zna. Jednak film, złe opinie oraz pewna osoba z booktube zachęciły mnie do przeczytania pierwszego tomu "Mrocznej wieży". Nie wiem, kiedy to nastąpi, ale mam tę serię w planach czytelniczych. ;) A może akurat spodoba mi się cała seria?
Jeśli chodzi o wszystkie opinie i recenzje na temat tego filmu... Każdy ma inny gust i naprawdę niewarto, aż tak kierować tym wszystkim, czy to opinia będzie na plus, czy tym bardziej na minus. Zresztą to dotyczy wszystkiego. Wielu osobom nie spodobała się "Mroczna wieża", następne tyle osób nawet nie obejrzy tego filmu lub pójdzie ze złym nastawieniem. I po co? Bo te osoby mają świętą rację i ty już wiesz, że jak im się nie spodobało, to tobie też nie. Okej, niektórzy mają podobny gust. Niektórzy. To również, tak naprawdę dotyczy każdego filmu, czy książki. Najbardziej filmu.
Zauważyłam zresztą, że jest zawsze od górna jakaś opinia na dane dzieło. Albo nagle coś wszystkim się podoba i jest to wychwalane, albo wręcz przeciwnie. Nie piszę, że ktoś komuś narzuca daną opinię, bo nie twierdzę, że tak jest. Ale jednak jakąś odgórną łatkę film dostaje.

środa, 9 sierpnia 2017

Tanatos

Był chłopiec z czarnymi włosami.
O kruczoczarnych skrzydłach.
Piękny, a jednak brzydki.
Wnosił smutek i gniew,
Oskarżenia.
Chciał być dobry -
Nie pozwolono mu.
Przypieczętowano jego Los.
Miał pozostać zły, nikczemny,
Porcelanowy,
Okrutnie piękny,
Towarzyszyć nam do końca świata.


niedziela, 6 sierpnia 2017

Gry komputerowe

Niedawno kupiłam sobie grę z serii "Assasin's Creed". Trochę o tych grach słyszałam... Znaczy się niewiele, jednak podejrzewałam na podstawie kilku informacji, że gry powinny mi się spodobać. I co? Jasne, spodobała mi się ta gra. Akurat część, którą posiadam dzieje się we Francji podczas rewolucji francuskiej. Jest akcja, są misje, fabuła. Właśnie, takiej gry szukałam. Bądźmy szczerzy, ile można było grać w Simsy. Co prawda przez ponad pół roku w nie, nie grałam, ale... Tak, moja historia z grami komputerowymi zawierała głównie Simsy. Lubiłam tworzyć domy, Simów itd. Zastanawiałam się nawet, czy nie kupić sobie podstawowej części "dwójki" - to było jeszcze przed Assasinem. Jednak potem, tak pomyślałam, że lepiej spróbować czegoś innego. I jest Assasin. Cóż, nawet zdaję mi się, że ta gra ma o wiele lepszą grafikę, niż te Simsy (swego czasu, tak bardzo zachwalane). W każdym razie... Assasin bardzo mi się podoba, gdy zacznę grać mogę grać nawet z dwie godziny, bo ciągle coś nowego się dzieję... Właśnie, "gdy zacznę grać" - to mnie trochę zdziwiło: nie gram non stop w tę grę, nie jest, tak, że o Boże, muszę dziś zagrać, nie. Ostatnio prawie cały tydzień nie grałam, prawie zapomniałam o tej grze. I teraz... Cieszę się, że jednak nie wydałam pieniędzy na "The Sims". Niby fajnie, czasem sobie w to pograć. Właśnie: czasem. Gdybym nie musiała kupować jednej części to byłoby inaczej. Po prostu byłyby zainstalowane na laptopie, raz na kiedyś bym sobie zagrała, ale... Jaki jest sens kupowania gry tylko do zainstalowania? Gdzie nie będę za często w tę serię grała? A nawet, jeśli to może z jakąś godzinę tylko. Tak, 60 minut to by była góra, bo poniękad w Simsach ciągle dzieje się to samo. W ogóle, jakby spojrzeć na tę serię... To po prostu głupie - żeby zagrać w jakiś dodatek, musisz zainstalować przedtem płytę podstawową, która potem nie będzie ci potrzebna. Nie to, że wydasz na jedno, to musisz zaraz znowu wydać. Chyba, że ktoś znajomy ma, ale... Nie każdy pożycza, a zresztą czas świetności Simsów dawno minął.


Według mnie te nowe części nie są już, tak dobre, jak "dwójka". Może tam grafika była słaba w porównaniu z "czwórką", ale sterowanie itd. było lepsze i łatwiejsze. Teraz... Zdaję mi się, że twórcy gry przywiązują wagę do tworzenia "ludzi" i domów, niż do samego sterowania... Taka jest po prostu moja subiektywna opinia. W ogóle prawie wszystko teraz, co na siłę jest zmieniane na " lepsze", staje się poniekąd gorsze. Choćby stare bajki (z animacji do technologii komputerowej). 
A może to ja po prostu nie umiem się odzwyczaić od tego, co stare...?

sobota, 15 lipca 2017

Kanał na YouTube

Jaki chwytliwy (mam przynajmniej taką nadzieję) tytuł. :D Jednak, nie... Nie założyłam kanału na youtube. A byłam bardzo bliska tego. Nawet nagrałam dwa filmiki. Marne, napiszę szczerze. Nie nadaję się do tego zupełnie. Tak właśnie niszczą się me marzenia. Następne. Tylko przez to, że zamarzyłam sobie coś do czego zupełnie się nie nadaje. Bo bądźmy szczerze - co ja sobie myślałam? Że to, takie proste? Och, nie. Wiedziałam, że to mega trudne. Pisałam z dwoma booktuberami zanim przymierzyłam się do kręcenia. Ale miałam nadzieję, że się przezwyciężę. W końcu chciałam mówić o tym, co uwielbiam, o książkach. I nie poszło. Nie ma znaczenia, że mówisz o czymś, co lubisz, czy nienawidzisz. Nadal jest ten sam strach przed kamerą, a więc marny byłby ze mnie aktor... Niby po kilku sekundach jakoś da się zapomnieć o kamerze, ale presja, że powinno wyjść super, że inni youtuberzy nie stresują się, tak jak ty... I w dodatku stres, że źle wyglądasz przed kamerą, a głos nadaje się do usunięcia... Powoduje zacięcia, momenty przerwy, albo najgorsze "yyy". Ale dobra, nagrało się coś. Przecież, każdy ma swoje początki. Nie zawsze jest idealnie. Potem nastąpił problem program do obróbki video. Wcześniej (o wiele wcześniej) miałam jeden z najprostszych, ale dziwnym trafem (jak musiałam coś innego na nim zrobić) zaczął wariować, że nie zapisze w innym formacie, niż, takim w którym nic nie zrobisz. To odinstalowałam go. Zainstalowałam jakiś inny. To nawet nie chodzi o to, że wersja angielska. Po prostu byłam za głupia na wycinanie fragmentów filmiku w nim. Youtube nie pomógł. Znaczy pomocnicze videa ludzi. Próbowałam, ale postanowiłam zostawić to w spokoju i się nie denerwować. Znalazłam ten poprzedni program, ale komputer blokował jego zgranie, ponieważ zawierał wg. komputera wirusy. To postanowiłam nie ryzykować. Jeszcze wirusów by mi brakowało. Koniec końców nic nie wyszło. Pozostało oglądanie innych ludzi i patrzeć, jak niektórzy są nie za ciekawymi youtuberami, a mają dużo subskrybcji. No, szkoda. Zazdrościć im odwagi i informatycznych zdolności. Nie podejrzewałam, że jestem, aż tak zacofana w tej technologii. I pomyśleć, że zastanawiałam się nad usunięciem bloga z recenzjami... I co by mi zostało związanego z książkami, gdybym go usunęła? Chociaż rzeczywiście... Czytam wolno... Może warto przenieść znów recenzje tutaj? Tym razem nie stanowiłyby one większej części postów.
Ale co było głównymi powodami, że w końcu odważyłam się zadziałać w kierunku youtube'a?
Mam problem z wysławianiem się przed obcymi. Nawet nie tylko przed obcymi. Przed każdym, jeśli nie jest to rozmowa na spontanie. O byle czym. Jeśli wiem o czym mam mówić, mam przygotowaną kwestię, albo mam świadomość o czym ktoś będzie ze mną rozmawiał... Jest marnie. Bardzo się stresuję. Miałam nadzieję, że mówienie do kamery mnie jakoś przygotuje przed maturą ustną i nie tylko. Że po prostu się jakoś otworzę. Będę bardziej otwarta, a nie taka zamknięta. Pewny grunt, moja tematyka... Co więcej chcieć? Ale nawet żadne zaklęcie by nie pomogło, a co dopiero głupi aparat.


środa, 12 lipca 2017

Mój... wegetarianizm(?)

Przyszedł czas na kwestię, która... Cóż, poniekąd denerwuje ludzi, jeśli chodzi o mnie. Bo... zaznaczmy już na wstępie - nie jem warzyw i owoców. Od małego. And I'm alive! Woow! To nie ma znaczenia teraz, dlaczego. Po prostu nie jem. I wbrew głupiemu pytaniu "co ty jesz?", jem i to nie fast foody. Jest dieta składająca się wyłącznie z owoców i da się. To dlaczego nie można ich całkowicie usunąć? Tak, owszem, kiedyś próbowałam. <--- bo to też się może pojawić. Powiedzmy, że nie chcielibyście, żebym przy was próbowała owoców lub warzyw. Z warzyw jem tylko ziemniaki. Z zup rosół i pomidorową. Soki i jogurty (bez kawałków owoców) też piję/jem. Ludzie zawsze robili, robią i będą robić wielkie oczy na tę wieść. Cóż... Dla mnie to jest śmieszne, ponieważ więcej "problemów" mają weganie niż osoba, która nie je warzyw i owoców.



"To jak ty jesz kebab?" <- też takie zapytanie usłyszałam kiedyś. Eeee, normalnie? Po prostu się mówi, że bez sosu/surówki. Tak samo budziło "przerażenie", że pewnie jem pizze z sosem i serem tylko. Jest jeszcze z szynką, i ta z serami. A zresztą, czy to kogoś problem? Ktoś musi jeść tę pizzę? No nie. Pewna moja znajoma (to chyba weganka, you, to ty byłaś?) powiedziała coś bardzo kluczowego, kiedy człowiek, czegoś nie je lub jest na jakieś diecie, wtedy okazuje się, że jest ileś zamienników, opcji i rozwiązań. (Za przeproszeniem), jaki człowiek jest ciemny dopóki nie spotka się z kimś takim, kto spożywa, co innego. I okazuje się, że się da. Nie trzeba przymierać głodem. Nie trzeba też obżerać się niezdrowym jedzeniem. Do... lutego nie byłam również jakimś mięsożercą przez to, że nie jem owoców i warzyw. Jak to pewna osoba mnie określiła. Oczywiście w żartach, ale jednak... Uważam, że to nie jest, takie zabawne, określanie, tak kogokolwiek. Nie przyjemnie się to kojarzy... Jakby jedzenie mięsa sprawiało komuś radość. Jakby ktoś z radością zabijał zwierzęta. Cóż... Zwierzęta mięsożerne niezbyt by przeżyły bez innych zwierząt, tak zostały stworzone. I tyle.
Przechodząc powoli do niefajnego tematu posta... Bo nie będzie ciekawie. Każdy ma swoją opinię na temat wegetarianizmu. Najlepiej być obojętnym na to. Jest to jest. Przeważnie nikt nie robi nikomu krzywdy będąc wegetarianinem. Jeśli ktoś podąża za modą... Chce schudnąć... Kto mu broni przejść na wegetarianizm? No tak, może ci serio wegetarianie. Jakby to im robiło krzywdę. Rozumiem, że można być złym na osobę, która w ogóle null o wegetarianizmie, nie je po prostu mięsa, a udziela się wszędzie itd. Ok, taka osoba może irytować, ale reszta ludzi... O Boże, bo ty przeszedłeś na tę dietę i po jakimś czasie zjadłeś kawałek mięsa, albo rosół zjadłeś/wypiłeś! Nie jest to fair z ideologią wegetarianizmu, ale pamiętać trzeba przede wszystkim, że to, że ktoś je mięso nie znaczy, że zachwyca się mięsem, nie wyobraża sobie życia bez niego i jest za zabijaniem zwierząt. Bez przesady. Z takimi wegetarianami nie chciałabym mieć nigdy wspólnego - którzy by się mnie czepiali, bo zjadłam mięso.


Taaaaaaak, bo u mnie właśnie jest, tak skomplikowanie. Ogólnie nie jem mięsa od lutego (nadal nic mi nie jest), ale raz na kiedyś zdarzy mi się zjeść mięso. Rzadko. I to serio nie jest, tak, że a dzisiaj zjem sobie mięso, wtedy przeważnie nie mam wyboru lub hm, po prostu nie najadłabym się gdzieś. Wiecie, kiedy nie je się trzech grup produktów wyboru czasem w ogóle może nie być, albo jest, tak marny, że hej. To nie znaczy, że potem się raduję, bo zjadłam kurczaka. No sorry. To, tak nie działa. Ale przeważnie staram się nie wybierać, tego mięsa. Jeśli w Macu mogę zjeść tylko frytki to wybieram do tego np. shake'a lub lody. Może jestem dziwna. Cóż, trudno. I tak wcześniej, jakoś nie zachwycałam się mięsem. Nie miałam problemu w odstawieniu mięsa. Jakoś.... No tak, niektórzy nie wyobrażają sobie nie jeść mięsa, a ja od dawna o tym myślałam, ale nie mogłam się za to zabrać.
Według mnie niejedzenie mięsa w szkole też miało swoje plusy. Przede wszystkim jadłam mniej zupek chińskich, bo te mięsne obiady marnie mi smakowały lub było to, co nie lubię. I chyba częściej robiłam sobie drugie śniadanie. Nie było, aż, tak źle. Zobaczymy, co będzie dalej. Nawet przyzwyczaiłam się do soi... Nawet, doprawionej i w formie kotleta.

Pozdrowienia z Warszawy! 

piątek, 7 lipca 2017

Nieśmiałość do sześcianu

Przez te kilka lat istnienia tego bloga pewnie nie ubiegło spostrzeżeniu kogokolwiek, że jestem osobą nieśmiałą. A jeśli ktoś tego nie zauważył - magia pisania. To sporo szczęście, że pisząc bloga nie trzeba nic mówić i się pokazywać jak w przypadku youtube'a. Inaczej prawdopodobnie nigdy nie założyłabym blogów. 
Są różne rodzaje nieśmiałości. Ja chyba posiadam tę z tej gorszej grupy. Nie lubię wychodzić do ludzi. Nie cierpię nowych osób, a już zwłaszcza z nimi rozmawiać. Chociaż z dwojga złego lepiej już, jeśli jakaś osoba sama zagadnie... Gdybym ja miała to zrobić... Nie wiem, ile by mi to zajęło. Chociaż czasem się udaje. Innym razem (jak w przypadku Zlotów) mogę się w sobie zbierać, że podejdę do kogokolwiek i się przywitam. Jasne, kończy się na niczym. Niby nic trudnego, a jednak dla mnie to wyzwanie. Czego się obawiam? Głównie tego, że mnie ktoś nie zrozumie (za cicho, niewyraźnie) lub że zwyczajnie mnie ktoś wyśmieje. Może to drugie mniej. Dziwne? Hm, sporo osób mówi, że też "kiedyś, tak miało i nie ma się czego bać". Myślę, że jednak te osoby nie posiadały, aż takiej nieśmiałości, jak im się wydaje lub po prostu szybko zapomnieli, jak to jest. A nie jest fajnie. Chyba najgorzej podejść mi do osób, które są w grupce (a nawet w parze). Bo nie będę im przeszkadzać. Tak dobrze się przecież bawią. Nie będę robić problemów. Problem w tym, że jedna osoba przeważnie łączy się z innymi osobami, a co za tym idzie trudno znaleźć samotnika. A jeśli ta samotna osoba jest jakaś dziwna w złym sensie? I milion pytań w głowie. Jednak w gruncie rzeczy jedna osoba lepsza niż wiele. Na szczęście dotychczas miałam niewiele sytuacji, gdzie musiałam z kimś obcym zagadać. Piszę - przeważnie, takie sytuacje są na Zlotach. Tylko nie "muszę", ale "chcę". Najgłupsza sytuacja była, wtedy, kiedy zobaczyłam jedną dziewczynę z którą pisałam i można powiedzieć, że znałam/kojarzyłam, i nie podeszłam od razu się przywitać. A wypada, nie? Czasem zastanawiam się, jak wyglądałaby moja rozmowa w cztery oczy z jedną blogerką. Hmmm, interesująco. [mistrz sarkazmu] 

Gadanie, co wpadnie do głowy
Jest grupa osób, która dziwi się, jeśli usłyszy ode mnie, że jestem nieśmiała. Przecież dużo rozmawiasz, taka rozgadana jesteś. Hm, no tak. Moje gadanie bez opamiętania (niestety) wynika z
a) przyzwyczaiłam się po prostu do tej osoby, więc się nie krępuję
b) ktoś w końcu mnie słucha (jakkolwiek to brzmi)
A jednak, taka prawda! Nie wiem, jak tylko mam wrażenie, że ktoś chce mnie słuchać, rozmawia ktoś ze mną to gadam i gadam. Przez to są różne głupie sytuacje. Głupie, no za dużo gadam. Nie zawsze to co powinnam. Można powiedzieć, że byle co, byle by nacieszyć się tym, że z kimś gadam. Boże... To brzmi serio dziwnie. Mam nadzieję, że da się zrozumieć, co chcę przekazać. 
To nie znaczy, że mi ludzie zabraniają mówić. Chodzi o to, że skoro boję się zagadać do nich, to jak już w końcu zacznę prowadzić rozmowę to może pójść to właśnie w taki kierunek. Nie jestem z tej gadatliwości zadowolona, dlatego strach przed tą gadatliwością i mówieniem (moim zdaniem) bzdur powstrzymuje mnie przed rozmową z obcymi. 



I strach przed popełnieniem błędu. Jakiegokolwiek. Jeżeli chodzi o zmówienia itd. to rzecz jasna, że ktoś mnie nie zrozumie, źle usłyszy itd. itp.. No, a normalnie... Da się zauważyć , że zdarza mi się popełnić błędy gramatyczne lub po prostu literówki (przekręci mi się słowo). To nie byłoby nic takiego, gdyby nie... Czy to naprawdę jest, taki powód do żartów lub do wytykiwania? Skoro się wie, że ktoś nie robi tego specjalnie, że się komuś najzwyklej w świecie przekręciło? 
Ale 3/4 Polaków może mówić "włanczać" i jest dobrze. xd [ta...]

PS. Skończyłam czytać "Przedwiośnie"! :D