Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2018

Matury

Z jakieś ponad dwa tygodnie temu zaczął się uroczy maraton maturalny. Ten cel do którego zmierzało moje szkolne życie przez dwanaście lat. Ta prosta, współczesna matura. Ta matematyka z kalkulatorem i wzorami.
Przez większość czasu byłam obojętna na matury - na to czy zdam, czy nie. Bo po co się przejmować? Zawsze można poprawić, pójść do szkoły policealnej. Bliżej maja już całkowicie miałam to gdzieś. Bo i tak nie będę studiować tego, co chcę, więc, jakie ma znaczenie wynik z matury? Pierwszego dnia nadal, tak było. W końcu to piątek. Byle do tej piątej (pisałam rozszerzenie z j. polskiego i j. angielskiego), a potem już piątek. W sobotę można pojechać na miasto... W porządku! Mhm, ale weekend szybko minął i był poniedziałek. Dla niezorientowanych - matematyczny poniedziałek. Szczerze to nie wiem, jak mi poszło. Teoretycznie powinnam uzbierać (jak żebrak) 30% . Jedno pewne, że... Że tak w skrócie, ogólnie napiszę, że nie byłam zachwycona tym arkuszem w przeciwieństwie do większej części Polski (na szczęście później się dowiedziałam, że pewna osoba uważa podobnie jak ja; pozdrawiam Jess). Nie chciało mi się pisać, tak do popołudnia żadnej innej matury. Ale angielski... Według mnie podstawa nie była zła. Chyba najłatwiejsza w zastawieniu pl-mat-ang. A rozszerzenie... Na początku sprawdzałam nieoficjalne odpowiedzi i się załamałam, więc przestałam na nie spoglądać. Napiszę tyle, że takiego tematu na rozprawkę to jeszcze nie widziałam. Okropny.
A! No taaaak, rozprawka! Pewnie słyszeliście, że na podstawowym polskim była "Lalka"? Znowu. Po raz etny. Poniekąd się cieszę. Temat należał do łatwych. Przydało się przynajmniej przeczytanie tego tomiszcza.
Miałam to szczęście, że w mojej szkole egzaminy ustne odbywały się w środę i w czwartek, więc nie musiałam się długo stresować i czekać. Naprawdę się obawiałam tych egzaminów. Chyba najbardziej. Nawet o matematyce, tak nie myślałam. Wypowiedzi średnio mi wychodzą.
Pierwszy język polski. Temat łatwy i niełatwy. Zależy. Trzeba było trochę pomyśleć, zastanowić się. A przede wszystkim się uspokoić. Ku mojemu zdziwieniu udało mi się zdać, aż 82,5% z czego bardzo się cieszę. :D
Drobny wniosek - rozmowa z egzaminatorem, (o dziwo) naprawdę wygląda jak rozmowa, a nie odpytywanie.
Angielski... Jestem zadowolona, że wylosowałam dość łatwy temat na dialog z egzaminatorem. Obrazki mogłyby być trochę lepsze, ale też nie były złe. W gruncie rzeczy... Chyba, na lekcji trafiały się o wiele gorsze. 90%

Picture


A teraz... Podobno najdłuższe wakacje w życiu. Brzmi to jak śmierć. Prawdopodobnie spędzę je niezbyt ciekawie. Minął szybko i niepożytecznie.
Kilka dni temu byłam na Warszawskich Targach Książki. Relacja znajduje się na drugim blogu. :)

niedziela, 7 stycznia 2018

Pięć lat z blogiem




Nastała okrągła rocznica bloga. Jak to niektórzy mówią - urodziny. Akurat pokrywa się to z podsumowaniem roku 2017. Może to i lepiej, że jest to w tym samym czasie. Mniej więcej. Prawdopodobnie nie stworzyłabym osobnego postu, żeby oznajmić, że blog ma pięć lat. Bo po co. Post wyglądałby, tak samo jak podsumowanie roku. Może trochę dłuższe. Patrząc na cudowny licznik mało osób by o tym przeczytało. Chociaż jakoś chyba nigdy nie dbałam o promocję bloga... Patrząc na to, co było z poprzednim blogiem. Patrząc na niektóre okoliczności.
Tak, to nie jest mój pierwszy blog. Wcześniej... Chyba przez rok lub półtora posiadałam blog na interii. Niby było spoko, ale jednak czegoś w nim brakowało... Głównie tego, że nie mogłam śledzić komentarzy, gdzie jaki się pojawił. To było dużym utrapieniem zwłaszcza, kiedy młodsza ja postanowiła pisać od czapy na temat o których miała słabe pojęcie. A nawet, jeśli nie to pisałam to w, tak opłakany sposób... W każdym razie przeniosłam się na bloggera. W czasie, w którym posiadałam tego bloga, założyłam jeszcze kilka, które nie miały racji bytu. Jakiegoś ze zdjęciami i chyba opowiadaniem, ale nie jestem pewna, co do tego drugiego. Był nawet tumblr. Chyba, gdzieś nadal jest w Internecie z tego, co pamiętam. To było bardzo bezsensu. Jeśli chodzi już o zakładanie kont... Mniej więcej w czasie w którym założyłam bloga, założyłam konto na DeviantArcie. To taka strona do upubliczniania swojej twórczości, gdyby ktoś nie wiedział. Ostatnimi czasy zaniedbałam to konto. Założyłam też konto na LubimyCzytać, żeby zobaczyć, ile tak naprawdę czytam książek. Ponieważ sporo osób, kiedyś mówiło mi, że dużo czytam... Czasy się zmieniają. Ale przynajmniej mogę na koncie zapisywać książki, które mi się podobają i które w przyszłości chciałabym przeczytać. Inaczej chyba nie dałabym rady tego z pamiętać. Na ten moment jest tych książek ponad 120. Nie ukrywam, że czasem się załamuję, kiedy widzę licznik z przeczytanymi książkami.
Tematyka bloga w miarę upływu czasu powoli się zmieniała. Najpierw nie chciałam zbytnio pisać o swoim życiu, ale jakoś łatwo to mi minęło. Czas gimnazjum. Nie jestem z tego zadowolona. Może pewnego dnia usunę te posty. Dodawałam oprócz tego wiele recenzji książek, które później zdominowały bloga w taki sposób, że powiedziałam "stop" i na książki założyłam osobnego bloga. Ten... Miał być czymś innym, o czymś innym. Sama nie wiem o czym. W pewnym momencie zaczęłam dodawać swoje opowiadanie, które... Jest niedopracowane i ma tyle błędów, że nie wiem, jak mogłam to gdziekolwiek pokazywać i się tym chwalić.  Ale za to koniec jest bardzo dobry... Usunęłam opowiadanie stąd. W pewnym czasie pojawił się zalew tagów... Tagi były wszędzie, każdy do każdego nominował. Na początku to było fajne, ale potem mi się to znudziło. Więc póki co ich nie ma. Raz na kiedyś dodaję też recenzję filmów. Nie zawsze najwybitniejszych. Tych najlepszych filmów nie ma recenzji. Po prostu nie umiem się wypowiedzieć na ich temat. Język się plącze. Nie wyszłoby to, tak jakbym chciała.
Na uwagę też zasługuje cykl postów o "Gwiezdnych Wojnach", który zawiera na razie pięć postów. W tym te najważniejsze, czyli jak to się stało, że się nimi zainteresowałam.




Co wydarzyło się szczególnego w 2017?
Zaczęłam ostatnią klasę liceum i powoli zbliżam się do studniówki. Czyt. poloneza. Może też matury. Ale to na razie nie ważny temat.
Odbył się V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. I może będzie następny. Mam nadzieję. Wiem, jestem dziwna.
Przeczytałam prawie wszystkie lektury. Zostały mi dwie.
Zapisałam się do samorządu... Nieciekawe zajęcie.
Zdobyłam jedno z ważniejszych stypendiów w Polsce. Chyba. Nie znam się.
Byłam w Warszawie i jadłam indyjskie jedzenie.
Pisałam po angielsku z kilkoma osobami.
Zaczęłam się bardziej ogarnięcie uczyć tureckiego.
Piszę nowe opowiadanie.
Pojawiło się więcej postów niż w ostatnich dwóch latach.

---
Nie mam zbyt wielu sukcesów i zdarzeń. Ten rok nie był za ciekawy. Nie liczę na to, że ten będzie lepszy. Już się nie zapowiada, tak powiem. It doesn't matter.


Czy jest sens podsumowywać książki? Jest ich osiem. Na szczęście nie ma wśród nich najgorszej książki. Są tylko dobre. No i dwie najlepsze: "Zbrodnia i kara" oraz "Zapiski z Rakki". Wszystkie recenzje na drugim blogu.




Za to rok 2017 był rokiem filmów. Obejrzałam ich ok. 55. Długo by je wymieniać, więc wymienię te od oceny 8 wzwyż.
Piękny umysł
Ghost in the shell
Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie
Przyrzeczenie
Dziewczyna z pociągu
Jutro będziemy szczęśliwi
Slumdog. Milioner z ulicy
Niesamowity Spider-Man
Król Artur. Legenda Miecza
Mroczna wieża
Captain Fantastic
Ojcowie i córki
Człowiek, który poznał nieskończoność
Split
Django
Szkoła dla łobuzów
Thor. Ragnarok
X + Y
Lot nad kukułczym gniazdem
Między nami kosmos
Ukryte działania
Moonlight
Tajemnice Brokeback Mountain

To od razu filmy na które czekam w 2018:
Ocean's 8
Mamma Mia! Here we go again
Aquaman
Dziadek do orzechów i cztery królestwa
Hotel Transylwania 3
Piotruś Królik
Iniemamocni 2
Anihilacja 
Twój Simon
Pasażer
Venom
X men: Dark Phoenix
Nowi mutanci
Avengers: Wojna bez granic
Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda 
Czarna Pantera

Sporo tych filmów. Oczywiście, patrzyłam na daty premier światowych, ponieważ niektóre filmy miały premierę już w 2017, ale w Polsce dopiero teraz będą, więc ich nie pisałam.

Jeżeli chodzi o muzykę... Zaczęłam słuchać piosenek Troye'go Sivana i zespołu Welshly Arms. Kupiłam sobie najnowszą płytę zespołu The Script... I to chyba jest to wszystko... Bo nie pamiętam od kiedy słucham tureckiego piosenkarza/rapera Norm Endera. Czy od 2017, czy od 2016. Więc to by było wszystko.




I krótkie podsumowanie by Blogger:
Wyświetlenia: 13 391
Najbardziej czytany post był podsumowaniem sierpnia. Przez 5 lat podkreślam.
Oprócz Polski, głównie ludzie trafiali na bloga z USA i Rosji. Nie wiem na ile to prawda. Bo te statystki są bardzo dziwne.

Statystka statystyką, ale jednak jeśli porównać pierwszy rok bloga z tym, co jest teraz... Zdecydowanie bardziej jest on pusty. To znaczy, nikt go praktycznie nie czyta i nie zostawia komentarzy. Ale żyje się dalej!

piątek, 8 grudnia 2017

Sportowcy rządzą światem

Ostatnio pojawił się następny argument do tego tematu... Niestety. Nie mam żalu o tę sytuację do nikogo... Może poniekąd do siebie, że nie należę do grupy sportowców.
Co tu ukrywać, skoro wszyscy, którzy mieli wiedzieć już wiedzą - dostałam stypendium. Mówią, że nie byle jakie. Nie wiem, nie zauważyłam, żeby była jakaś różnica między tym, a zwykłym. Może więcej się o nim mówiło. Przez chwilę. Nie, to nie chodzi o to, żeby o mnie trąbiono... A raczej o pieniądzach, jakich dostałam, bo co kogo to obchodzi, ale... Skoro się docenia tym, że uczeń ma najwyższą średnią w szkole to chyba powinno się podać tę informację dalej? Na fanpage szkoły na który więcej osób zagląda na przykład. Nie ważne. Mniejsza z tym. I tak brzydko wyszłam na zdjęciach. Weszłam w zakładkę, która mówi o sukcesach... Problem w tym, że te "sukcesy" to wyłącznie sukcesy sportowe. Cóż, sukces to sukces. Nie wątpię, że nie. Ale uczniowie nie osiągają wyłącznie sukcesów sportowych. Dziwna zresztą byłaby to szkoła. Zażartowałabym sobie głupio, ale chyba nie wypada. :p Hm, czy to nie umniejsza tym niewysportowanym uczniom. Tak jakby reszta osiągnięć była gorsza. Tak, może ja na to, tak patrzę, wyolbrzymiam. Ale nie chodzi tylko o szkołę. Spójrzcie na świat. O czym się mówi? Co przykuwa uwagę ludzi? Sport. Siła. I wszystko z tym związane. Spójrzmy na te stereotypowe seriale i filmy amerykańskie dla młodzieży - najlepsza grupa w szkole to sportowcy, jedna z najgorszych to ci kujoni. Hm, wcale to nie, takie głupie. W głowie od małego mamy coś takiego... Że jeśli ktoś lepiej się uczy, siedzi długo nad książkami to jest obiektem drwin. Może później się to poprawia na dalszych etapach nauki, ale jednak... Taaak, nie ukrywajmy, w tym świecie lepiej mieć osiągnięcia w sporcie i być głupim, niż na odwrót. Popadam w skrajności, żeby jak najbardziej pokazać ten problem. Nie, nie uważam, że sportowcy są głupi i w ogóle, przecież to nie jest ich wina, że ktoś kiedyś, tak wymyślił, że oni będą lepsi i teraz spora grupa ludzi się tym kieruje. Niby rodzice niektórzy mówią, żeby nie patrzeć na innych i tak dalej. I że przecież nauka jest ważna i w ogóle. Jednak... Jakby nie patrzeć to osiągnięcia sportowe bardziej by im się podobały. Bo jak to wygląda, żeby się chwalić przed rodzinom, czy kumplami, że dziecko dostało szóstkę z czegoś lub wzięło udział w olimpiadzie przedmiotowej, kiedy można powiedzieć o tym, że inne dziecko wzięło udział w zawodach lub nauczyło się czegoś nowego. Lepiej to brzmi. Nauka... Wydaje się, czymś absurdalnym i łatwym. Bo niby nie trzeba się natrudzić. Fizycznie to już w ogóle nie wymaga wysiłku. W końcu sport rozwija i psychikę i siłę fizyczną. Więc lepiej, nie? Aczkolwiek jeszcze nie każdy sport. Bo tu też mamy rozgraniczenie. Oczywiście. Szachy. Podobno trudne mają zasady. Znaczy się dla mnie łatwe. Ja rozumiem, że to wcale nie jest pasjonujące patrzeć się, jak dwoje ludzi gra. I ich jedyny ruch to zmienianie układu szachów. No może też naciskanie dzwonka/budzika (nie wiem, jak to się nazywa). Naprawdę rozumiem to. Sama bym nie chciała oglądać takich zawodów. Ale zdaje mi się, że to przez samo to, że bardziej wysila się głowę do tej gry to ten sport jest traktowany jako coś hm, gorszego. Z takim uśmieszkiem się mówi o nim. Który rodzic (głównie ojcowie) nie woleliby, żeby zamiast dziecko grać w szachy, żeby grało w piłkę nożną. Piłka nożna to sport kultowy. Wychodzi się na dwór. Poznaje się ludzi. Nie wiem, który sport jest trudniejszy. Nie gram w piłkę, w szachy gram raz na kiedyś. Ostatni raz był w czerwcu. Co prawda przegrałam, ale gra nie trwała pięć sekund.
Wylewam żale w tym poście... To chyba głupie. Zależy dla kogo. Mi - osobie, której daleko do sportu z pewnych względów, zależy na tym, żeby nauka oraz osiągnięcia poza sportowe były bardziej doceniane. Nie da się przekroczyć niektórych rzeczy, nie zmienię tego, że coś jest ciekawsze od jednego. Ale mogę wyrażać opinię na ten temat. Dla mnie ten temat jest ważny. Na pewno nie jestem osamotniona w tym. 

Link

niedziela, 3 grudnia 2017

Matematyczny humanista

Grudzień. Oficjalnie można słuchać świątecznych piosenek, zawieszać zimowe ozdoby i szukać śniegu. :p

Nie jestem jakimś specjalistą od matematyki. Moja wiedza nie jest też na nie wiadomo, jakim poziomie. Może niżej minimalnie niż przeciętna - nie wiem, zależy od punktu patrzenia. W każdym razie nie można też zaprzeczyć temu, że nie jestem też słaba z matmy. A jak to jeden ze stereotypów mówi - humaniści nie umieją matematyki. Ich matematyka jest, tak opłakana, że poszli na humana. Z tym stereotypem łączy się wiele wymówek osób, które poszły na profil humanistyczny lub z natury są humanistami: bo ja jestem humanistą, dlatego matma mi nie idzie. Heh, te wymówki... Gdyby każdy zaczął szukać, takich wymówek...

Link

Racja, na początku mojej edukacji jakoś nie przepadałam za matematyką i liczeniem. Zawsze jakoś lepiej mi szło pisanie, niż liczenie. W gimnazjum jakoś... trochę się to wyrównało. To znaczy nie było, tak, że lubiłam język polski, a matematyki nie. Cóż polubiłam ten przedmiot, co nie znaczyło od razu, że byłam o niebo lepsza w matematyce. Nie, wcale. No może trochę. W każdym razie te 62% udało mi się zdobyć. Po dwóch latach i prawie czterech miesiącach w liceum zaczęłam zauważać, że mój stosunek do matematyki diametralnie się zmienił. Szczerze pisząc to nie umiałabym wybrać teraz, który przedmiot wolę bardziej. Nie, nie popisuje się. Matematyka nadal pozostaje trudnym przedmiotem, gdzie niektóre działy zwyczajnie mnie dobijają, ponieważ według mnie nie są żadnemu licealiście potrzebne do szczęścia. Mowa tutaj o prawdopodobieństwu, które jest jakąś abstrakcją, która nie pasuje mi do logicznej matematyki. Nie twierdzę, że zaraz zdam matmę na maturze - to kwestia kilku czynników, nie przesadzajmy. Nawet przy polskim może mi się podwinąć noga, a co dopiero przy innych przedmiotach. Realizm.
Nie wiem, jak to nazwać. Może to jest śmieszne, że nagle mi się trochę odwidziało z matematyką, aczkolwiek... Jeśli zaczyna się coś bardziej rozumieć to to sprawia, że jednak masz tę myśl, że jednak to nie jest, takie odległe. Kiedyś miałam wymówki, jak wyżej napisane: bo ja jestem humanistą. I co z tego? To nie wyklucza bycia dobrym w matematyce, rozwijać swoje umiejętności w liczeniu i nie odwalaniu tego byle jak. Nie, nigdy nie podchodziłam, aż tak do matmy, ale były momenty, że mówiłam, że po co mam to umieć, skoro nie będę wiązać z tym życia. Może jeszcze parę lat temu nie brałabym udziału w konkursie matematycznym dla chętnych w szkole (co miesiąc nowe zadanie), bo po co? A jeśli bym robiła... To jeśli by mi coś nie wychodziło to zostawiłabym to, tak jak jest i tyle. Miałabym to gdzieś. Bo przecież się starałam. A teraz po prostu szukam rozwiązania, nie umiem często odpuścić zadaniu, jeśli go nie rozwiąże lub nie pojawi się, taki wynik, jaki ma wyjść. Nie zawsze się to udaje. Po prostu chcę rozwiązać te zadania. Może to dziwne, ale poniekąd lubię rozwiązywać zadania matematyczne. Ta logiczność jest czasami potrzebna. Nie można cały czas odlatywać, marzyć i na tym się zatrzymywać. Jeszcze raz podkreślam nie stałam się geniuszem matematycznym. Nadal wolę czytać książki i pisać opowiadania.
Humanistom nie skreśla nikt matematyki, tak jak matematykom język polskiego i humanistycznych rozrywek.

                                                                      <3

PS. Angielski podstawa 90%, rozszerzenie 50%/język polski podstawa 61%, rozszerzenie 67%

sobota, 25 listopada 2017

Wspomnienia z wakacji

Kto by pomyślał, że jednak szkoła, tak mnie pochłonie, że nie znajdę czasu i chęci na zwykłego jednego postu w tygodniu? Studniówka zbliża się coraz większymi krokami. Próbne matury odbyły się dwa dni temu... To były męczące dni. Powinni jakoś rozgraniczyć postawy i rozszerzenia. Około godziny przerwy między jednym egzaminem, a drugim to trochę przesada. xd Matmy rozszerzonej nie można pisać w ten sam dzień, ale już polski oraz angielski już tak... Przecież to takie łatwe egzaminy. xd Znam wynik próbnej z matematyki. Może to nie jest wysoki wynik... Wręcz niski, ale cóż... Przynajmniej zdałam. Czterdzieści procent. Matematyka nie przyda mi się nigdzie indziej, więc tyle wystarczy do szczęścia. Aczkolwiek... Nie jestem zachwycona tym wynikiem... Zobaczymy to będzie z czterech pozostałych egzaminów.

W wakacje wybrałam się z rodziną do Warszawy, żeby zwiedzić kilka punktów na jej mapie. Bo chociaż byłam już kilka razy w Warszawie to jednak nie byłam chociażby w Centrum Kopernika. Tak, nawet na wycieczce klasowej nas tam nie zabrali w podstawówce. XD Zamiast tego byliśmy na jakieś wystawie związanej z Darwinem i muzeum Chopina w którym szału nie było. :p W każdym razie po kilku latach (ile lat ma już Centrum?) w końcu byłam w tym sławnym Centrum Kopernika. Bardzo mi się tam podobało, jednak... Chociaż to miejsce jest dość długo w Polsce to jednak nadal zawiera tłumy ludzi. W tym dzieci, które niedługo rozniosą ten budynek. Szczerze. Rodzice powinni chociaż trochę pilnować swoje dzieci. Lub uczyć kultury. Do każdej atrakcji jest dołączona instrukcja obsługi i krótka historia... Instrukcja dla dzieci rzadko istnieje, ale w przypadku takiego miejsca powinny jej przestrzegać. Naprawdę, łatwo popsuć niektóre wystawy. Zresztą jak spokojnie coś pooglądać, kiedy przebiega ci dziesiątka dzieci, przepycha się, wpycha i trzaska? Ja w dodatku trafiłam na modę na fidget spinnery, co oznaczało, że wszelkie wiatraki i inne tego typu rzeczy były idealną rzeczą dla tej zabawki i dzieci... Pominę to, że nadal nie rozumiem zachwytu nad tą zabawką. Ale pomijając dzieci to było super. Jedną z najciekawszych atrakcji był "brokatowy" piasek z którego tworzyło się różne wzniesienia (zależy, jaka wysokość, taki górka miała kolor). Tworzyło się coś podobnego do mapy z liniami hipsometrycznymi. Chociaż pod względem fotograficznym to zatrzymałabym się na długo przy miejscu z różnymi kołami. XD 
Innego dnia poszłam do muzeum Powstania Warszawskiego. Cóż... Mam mieszane odczucia, co do tego miejsca. Z jednej strony piękne miejsce, a z drugiej... mało miejsca, co idzie za tłumami ludzi. Nie przepadam za zatłoczonymi miejscami. Nie weszłam do każdej z sal. Albo inaczej: weszłam tylko na parę sekund. Po prostu... Ech, jestem wrażliwym człowiekiem. :-/ Nie ukrywam, że się popłakałam kilka razy. 
Oprócz tego zwiedziłam trochę Stare Miasto. Zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki na którym byłam jakieś sześć lat temu. Hmmm, byłam jeszcze w jednym miejscu godnym uwagi. Była to restauracja indyjska, zapomniałam nazwy. Ale bardzo dobre jedzenie tam było, chociaż na pierwszy rzut oka zdawało się, że małe porcje, ale za to syte. Lepiej nie zamawiać nie wiadomo, ile, bo nie da się potem tego zjeść. :D Ja jadłam jakieś serki w sosie curry i jakiś chlebek hinduski. Przepraszam, naprawdę nie pamiętam nazw. 
Do Warszawy chcę powrócić w maju - na Targi Książki. Bardzo chciałabym tam pojechać, zwłaszcza, że prawdopodobnie to jedyny czas, kiedy będę mogła tam pojechać. Przy okazji chciałabym znów pójść do tej indyjskiej restauracji. Mam nadzieję, że się to uda. 
















środa, 4 października 2017

Matura to bzdura

Kiedyś... Nawet nie tak dawno, myślałam, że matura jest czymś mega ważnym. Czymś w rodzaju końca świata - chciałbyś przeżyć. Lub nie, bo kto by chciał przeżyć koniec świata. Wszyscy w końcu tyle mówią o maturze... Ledwo pójdziesz na wyższy etap edukacji szkoły podstawowej i  już dolatuje, gdzieś dalekie echo matury. Bo przecież... Bo przecież, co?



Taki nacisk kładzie się na zdanie matury, że często przy okazji zapomina się o człowieku. Bo matura jest, taaaka ważna. Trza do niej podejść. Trza ją zdać. Kto by tam się zastanawiał nad inną opcją?
A kiedy pójdziesz do liceum to już prosto się zaczyna. Z górki. Zewsząd mowa o maturze. Trzeba już myśleć o przyszłości! Ucz się, ucz, bo nie zdasz. Świat eksploduje i zgaśnie światło. Najlepiej, żebyś przychodząc do pierwszej klasy wiedział na, jaki kierunek chcesz zdawać i miał pełne ambicji plany na następne trzy lata.
Ambicja ambicją, ale bez przesady. Jak można straszyć od samego początku ludzi jakimś egzaminem? Chciałam napisać, który nie ma znaczenia, ale... Jednak jakieś ma. Zależy od planów. Jakichkolwiek. Rozumiem, że to ma być jakaś motywacja, ale chyba mało osób, takie coś motywuje. Wręcz odwrotnie. W końcu, Oh my God! To Ten Egzamin Maturalny! Na pewno będzie bardzo trudny, skoro, tak wszyscy mówią o nim. Co ja zrobię, jak go nie zdam? Hm, jest wiele opcji. Tak samo jak dla ludzi, którzy po prostu nie chcieli pisać matury i poszli np. do zawodówki. Czy, takie osoby są gorsze, bo nie mają matury? Nie. Nawet może wręcz przeciwnie. Przynajmniej mają konkretne zajęcie, fach. Mają większe szanse pracowania w zawodzie, niż nie jeden magister. Nie, nigdy nie myślałam nad zawodówką. Nie ma tam zawodów, które by mnie interesowały. Ale przynajmniej nie słuchałabym tyle o maturach.
Jestem po dwóch... Trzech próbnych maturach: polski, angielski, matematyka. Hm, spodziewam się, że najlepiej poszedł mi angielski. Z pierwszej części (czytanie ze zrozumieniem) z polskiego miałam 15/20 pkt. Chyba nie jest, aż tak źle.
Jasne, matura nie jest prosta. Przeraziły mnie te arkusze, zwłaszcza matematyczny (jestem na etapie: nie zdam matmy), ale... Czy ja wiem? Żeby robić z tego nie wiem, co? Niektórzy serio robią z tych kilku arkuszy coś boskiego. Po prostu trzeba podejść do tego jak do sprawdzianu. Troszkę trudniejszego, bo ze wszystkich lat nauki. Hehehe, zawsze można strzelać. Chociaż w polskim to raczej słabo ze strzelaniem.
Można powiedzieć, że jest dopiero październik. A ja nie pisałam matury, więc nie mam, co o tym pisać. Hm, ale czy po części nie mam racji? Nie piszę, że matura jest bezużyteczna i głupia, ale podkreślam, że to nie jest coś najważniejszego. Pewnie będę się stresować w maju - nie wątpię, ale pewnie zawsze u każdego jest jakiś stres. Zresztą... Jeśli chodzi o ustne to będę się bardziej stresować tym, że będę musiała z kimś obcym rozmawiać i to jeszcze jednego dnia po angielsku... Niż samą myślą, że to matury. Nie lubię gadać z obcymi.
Spróbuję przyjąć postawę - zdam to zdam, jeśli nie to nie.
Okej, chciałoby się dostać na ten wymarzony kierunek (chociaż osoba z tego kraju odradziła mi studiowanie akurat tego języka), jednak... Mam zarys planu, co chcę robić, jeśli nie zdam. Złożę papiery do szkoły policealnej na florystykę. Trochę dziwny pomysł... Nigdy bym nie pomyślała, że mając 17-18 lat będę chciała iść na taki kierunek i zajmować się kwiatami. Ale zawsze to jakiś plan.
Wracając do straszenia maturą... Można dostać jakieś paranoi. W niektórych liceach drugoklasiści mają szansę podejść do próbnych matur. Ja wiem, że to ma im pokazać, co będzie ich czekać w 3 klasie. Jakieś tam zapoznanie. U mnie też, tak było. Poniekąd fajnie, ale z grubsza... Większości materiału nie było + trudność... Wiec poszło słabo, co przełożyło się na to, że sporo osób z mojej klasy to zniechęciło. I po co? Mieliśmy prawo nie umieć czegoś. Ale przecież były zadania... No były i co? Tak można analizować wszystko. Zdarza się. Stres i tyle. Trzeba mieć szczęście - nie oszukujmy się.



Znam kilka osób, które nie zdały matury i nie są przez to gorsze i głupsze. Nikt by nawet nie pomyślał, że one nie zdały matury, więc no.... Chyba jednak trzeba zacząć odpuszczać temu naciskowi na matury i dać żyć licealistom. Nikt nie zamieszka pod mostem nagle, tylko dlatego, że nie zdał matury.

wtorek, 26 września 2017

Bo Góra, tak chce

We wrześniu chciałam dodać zdjęcia z Warszawy... Chyba trzeba to przenieść na październik... Z moim lenistwem jest wszystko możliwe. Właśnie je widać po postach - około dwa tygodnie przerwy. A przecież obiecałam sobie, że będę pisać minimum cztery razy w miesiącu... Żeby było lepiej, niż w ciągu ostatnich dwóch lat....

Warszawskie zdjęcia muszą poczekać. Mam ważniejsze sprawy do rozważań, niż dodawanie postu, który, tak naprawdę mało wnosi do tego bloga. Ta szczera prawda... Czuję się, niczym bohater mojego opowiadania. Tak, mam już jakieś 3/4 pierwszego rozdziału.
Zaczął się wrzesień, zaczęła się szkoła (wow) i... zaczęły się dziwne problemy, które normalnie człowiekowi nie przychodzą do głowy. Problemy głupie i absurdalne dla każdego. Ale nie dla mnie. Może to głupie, ale w dzisiejszym poście chcę się zająć... Przymuszaniem takobym do... jedzenia i wyjść (ten problem dopiero będzie w najbliższej przyszłości - czyt. za tydzień).



Nie obchodzi nas, ile masz lat - jesteś równy pięciolatkowi.
Bądźmy szczerzy - czy osiemnastolatka interesuje to samo, co ośmiolatka? W większości przypadków nie. Hm, no lubię czasem oglądać bajki i lubię Harry'ego Pottera. xD To chyba jedyne podobieństwo. W każdym razie, wiecie o co chodzi. Starsze osoby mają inne potrzeby, mentalność. Kiedy jesteśmy starsi już nie bawi nas to samo, co kiedyś. A nawet jeśli... Hm, wstydzimy się tego. W pewnym wieku wykształcamy u siebie jakieś... poczucie piękna i rozrywki. Okej, są młodzi dorośli, którzy lubią się bawić. Czy dyskoteka (impreza) dla takich ludzi jest, taka sama, co dla dzieci? Nie. Nie trzeba chodzić na imprezy, żeby to wiedzieć. Skoro to, takie proste to, dlaczego niektórzy nie potrafią tego zrozumieć? Dlaczego do zwykłego apelu są dodawane elementy dziecinne i płytkie, które stanowią 3/4 uroczystości? Bo tak jest łatwiej? Przecież to takie zabawne. Można wrócić do dzieciństwa... Dla mnie żenujące. Nie mówię, że jestem dorosła i jestem kimś ważnym; ja chcę tylko być traktowana odpowiednio do wieku.
Najbardziej chyba boli to, że dorosły człowiek uważa, takie dziecinne wydarzenia za równoznaczne z prawdziwą sztuką. Jak można powiedzieć, że jeśli znaczna część starszych ludzi się zbuntuje i nie będzie na to chodzić to ta grupa nie będzie mogła jeździć do teatru, czy kina? Nie oszukujmy się: teatr to jest jakiś poziom. Zresztą... takie wyjazdy są dla chętnych.
Tak wiele osób rozumie tę sytuacje... A i tak zwycięża ta... nieliczna, ważniejsza część.
Czy się nie cofniemy przez traktowanie dorosłego jak dziecka?



Bo kolacja to najważniejszy posiłek.
Trochę przesadziłam. Teraz jest trochę lepiej, ale... Czy dorosłym ludziom trzeba tłumaczyć, że się płaci za posiłki? Czy my nie mamy świadomości? Jasne, wiem, że jedzenie kosztuje. Ale ja po prostu mam prawo nie chcieć iść na posiłek, nie zjeść kolacji, kupić sobie, co innego do jedzenia. I świat się nie zawali. Bo np. po co iść na stołówkę, skoro wiesz, co jest do jedzenia i wiesz, że tego nie lubisz? Bo herbaty się napiję? To mogę zrobić u siebie.
A obiadek? Eeee, nie jestem małym dzieckiem. Wiem od której godziny są wydawane obiady. Kogo obchodzi to, czy zjadłam, tak naprawdę? A jeśli nie to co? Nie można mieć wyboru?

Zupka chińska i dostawy to Zło. (Diabeł od razu)
Eeee, mam wybór. Każdy ma świadomość, co zawierają, takie rzeczy. Czasem przeraża, ile taka zupka chińska ma kalorii. Zresztą czasem, ma się ochotę bez powodu zjeść, takie rzeczy. I najczęściej w domu jest to łagodnie traktowane. Jasne, te rzeczy odkładają się w postaci tłuszczu. To też każdy wie. Ale czasem nie da się inaczej, trza zjeść cokolwiek. I najlepiej, żebyś się pytał, czy możesz zjeść, taką zupkę lub zamówić kebaba. Bo nie wiem, co. No najwyżej będziesz gruby. Ale to tej osoby problem. Tak, to tej osoby problem. Czy w przyszłości ktokolwiek będzie dzwonił do rodziców, czy może zjeść zupkę? Nie, będzie jadł, co chce. Co chce i kiedy chce. Lub nie jadł.



Wegetarianizm? Co to za kaprys!
Znacie lekarza, który potwierdzi to, że musicie mieć dietę wege, bo taką macie ideologię? Bo ja nie. A taki niektórym potrzebny. Bo przecież można nie jeść większości posiłków i odkładać mięso... Albo nie! Najlepiej to się nagle nawróć i zacząć jeść, bo będzie się głodować. Bo nikogo nie interesują twoje poglądy. Przecież... Jest tylu prawdziwych i zaciętych wegetarianów... Są osoby, które nie jedzą mięsa od małego... Nagle mają się przestawić? Z jakich względów? Bo dla kogoś to ułatwienie w życiu? Eh, życie nie jest łatwe i nie będzie nigdy. Zależy, kto w co wierzy, był moment pięknego życia. Ja nie mówię, może nie trzeba tego szanować w kuchni. Ale no sorry. Kiedyś można było to robić. Okej, skoro się nie chce robić osobnych posiłków to... Chociaż do śniadania, czy kolacji, nie można podawać czegoś bezmięsnego obok szynki?

Może wyszło, że ja się żalę i jestem desperatem. Pewnie nie rozumiem świata i to te wszystkie osoby mają rację. Może hejtuję tutaj? Uważam, że podałam sensowną argumentację. Więc nie można powiedzieć o hejcie. I tak... Gdybym mogła tylko, napisałabym więcej. But I cannot.

środa, 30 sierpnia 2017

Koniec wakacji & Zlot

Może oficjalnie jeszcze trochę do końca wakacji... Około czterech dni. W pewnym sensie można podziękować MEN za przedłużenie wakacji, jednak... Mogłoby być to rozpoczęcie w piątek. Dwa dni na przysłowiowe ogarnięcie, przyzwyczajenie się do myśli, że zaczęła się szkoła, poukładanie w głowie planu... Większość plusów, jak dla mnie. :p W każdym razie w ciągu tych kilku dni niewiele się zmieni, więc mogę śmiało napisać post podsumowujący te dwa miesiące lenistwa. Tak, lenistwa, bo większość planów nie zostało wypełnionych. Zresztą... Czy ja w ogóle miałam, jakieś plany? A, kilka - słabo.



Na początek filmowo. Udało mi się być kilka razy w kinie. Patrząc na filmy, które obejrzałam w kinie, najbardziej polecam "Króla Artura", a najmniej "Voltę". Nie dziwne. Za polskimi filmami rzadko przepadam. A za komediami już zwłaszcza. Chyba po prostu mam dziwne poczucie humoru.
"Król Artur" podbił moje serce głównie ścieżką dźwiękową. Mam nadzieję, że dostanie nominację do Oscara za muzykę. Efekty komputerowe też świetne, ale mnie przede wszystkim podobała się muzyka.
"Siedem minut po północy" - ogólnie bardzo wzruszająca historia, jednak... Nie polubiłam głównego bohatera, a przede wszystkim nie polubiłam to drzewo. Niestety, nie pamiętam imienia tego bohatera. Rozumiem, że na swój sposób chciał pomóc chłopakowi, ale ten sposób i ta mowa... Nie, po prostu nie. Bardzo spodobało mi się przedstawienie opowiadań drzewa. Przypominało mi to trochę opowieść o trzech braciach z "Harry'ego Pottera". Piękna forma.
O "Mrocznej wieży" napisałam osobny post - LINK.
Ostatnim filmem była "Atomic Blonde". Mam mieszane odczucia, co do tego filmu. Z jednej strony bardzo dobry, a z drugiej raczej przeciętny. Nie chodzi mi o to, że był za brutalny, bo do tego nic nie mam. Jakoś... Nie wybił się, aż, tak bardzo. Oczywiście, pokazuje inny obraz kobiecej bohaterki - bohaterki - szpiega, która, jednak nie jest niezniszczalnym robotem.
Obejrzałam jeszcze kilka filmów online, ale o nich będzie wzmianka w styczniu - w wielkim podsumowaniu roku.

Z filmów do seriali. Na początku lipca do kończyłam "Trzynaście powodów" (LINK). Jeśli chodzi o seriale, które całkowicie obejrzałam w wakacje to są to "Skam" i "Atypowy". O "Skam" dodałam post tydzień temu (LINK), a o "Atypowym" zamierzam napisać pod koniec tygodnia. Jakoś, tak wyszło, że ostatnio sporo o serialach, ale przez cztery miesiące na pewno nie pojawi się już żaden post o serialu. Albo i przez osiem. Raczej będę wolała oglądać filmy, niż zagłębiać się w następne seriale. Chociaż... Na początku nowego roku powinien pojawić się drugi sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". To może wtedy... A! Bym zapomniała! Skończył się kilka tygodni temu drugi sezon "Shadowhunters"! Mam kilka małych uwag, ale one nie są wielkie. Nie spodobały mi się odtwórczynie (tak, jest ich dwie) Królowej Jasnego Dworu. Do ideału daleko. Kat chociaż jest podobna do Clary, a tamte aktorki wcale do swojej bohaterki. Porównałam je do Katherine McNamara, ponieważ te aktorki słabo grają aktorsko. Cóż... Ale przynajmniej świetnie wybrali aktora, który wciela się w Sebastiana/Jonathana, czyli Willa Tudora. Może z wyglądu nie pasuje stuprocentowo, ale za to gra aktorska - super. Nie rozumiem tylko, dlaczego prawdziwego Jonathana, tak zniszczono. Jego wygląd... jest przerażający w złym sensie. Mam nadzieję, że nieczęsto Sebastian będzie przybierał prawdziwą postać. Minusem dla mnie też jest to, że wydarzenia, które powinny dziać się w Idrisie dzieją się w Nowym Jorku. Serio? To nie to samo. Idris miał swój urok, a Alicante już w ogóle! Mam duże oczekiwania wobec trzeciego sezonu. Przede wszystkim mam nadzieję, że Lilith będzie, tak dobrze dobrana jak Sebek. I nie zniszczą tych postaci. Dominic w końcu mógłby się wykazać, bo trzeci sezon to wydarzenia z "Miasta Upadłych Aniołów", a więc... Team Evil. ;)  Jeśli scenarzyści dodadzą pewien wątek związany ze związkiem Magnusa i Aleca... Musi to być dobrze zrobione, bo przez to, co się teraz działo w ich związku.... Te fochy bezsensowne Magnusa... Fochy o nic, a teraz byłby prawdziwy powód... Może lepiej ten wątek pominąć dla dobra Magnusa i fanów.



W lipcu byłam po raz... trzeci (chyba) w Warszawie. I zamierzam w maju jeszcze raz się tam pojawić - chodzi oczywiście o Targi Książki. Planuję post o Warszawie dodać we wrześniu. Razem ze zdjęciami. Teraz żałuję, że nie zrobiłam pewnej rzeczy zdjęcia.... xD

Jeżeli ktoś jest na bieżąco z moim blogiem recenzenckim.... A jeśli nie, to w wakacje przeczytałam dwie z czterech zaplanowanych książek. Tylko dwie, może dlatego, że trzecia (w której jestem w trakcie) jest bardzo gruba. Zamierzam w ciągu najbliższych dni "dobić" do połowy. Obiecałam sobie, że teraz tej książki nie rzucę - przeczytam do końca. Aha, mowa o "Lalce" Prusa. Te dwie przeczytane książki to "Przedwiośnie" i "Granica". Przeczytałam też część jeszcze innej książki, pozostałe strony zostawiłam sobie na "po Lalce". Naprawdę nie wiem, jak to teraz wyjdzie... Trzeba wierzyć, że się uda. xD

Już w czerwcu napisałam prolog pewnego opowiadania do którego zamierzałam się zabrać już dawno. Na początku wakacji dopisałam pierwszy rozdział, ale... Przyszedł mi do głowy całkowicie inny pomysł na prolog i usunęłam dotychczasową pracę. Ten prolog jest o wiele lepszy. Chyba muszę po prostu najpierw pisać na kartkach, a nie od razu w laptopie. ;) Piszę, że lepszy, ale nikt na razie go nie widział. Pierwszą wersję - owszem, jednak... No niestety, urwał się kontakt z tą osobą i teraz nie wiem, co dalej. Jasne, nie piszę dla tej osoby, jednak fajnie jest, kiedy ma się z kim wymieniać uwagi. Kto czyta tego bloga dłużej, może się domyślać o kim mowa. Czytelnicy, którzy zauważyli usunięcie TEGO bloga mogą się domyślić. Boże, co za tajemnice...



Pod koniec sierpnia odbył się też V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. Jak było? Oh, było super! Taaa, co może napisać osoba, która stoi na uboczu, jak jakiś nie wiem, kto. Nie ważne. Naprawdę, było fajnie. Niby niektóre konkursy się powtarzały, jednak były zrobione w takiej formie, że nie nudziły. Zresztą dwa z nich to przecież tradycja, więc jakże by tak bez nich? Cosplaye, jak co roku cudowne. Podziwiam tych ludzi i ich talent. Nawet, jeśli ktoś kupił elementy stroju to przecież musiał mieć pomysł na niego, więc też plus. Serio, wow. To jedna z najlepszych części Zlotu. Drugi tradycyjny konkurs to pytania dotyczące książek. Hahaha, w związku z tym, że ja nigdy nie mam czasu na czytanie swoich książek to i tym razem nie powtórzyłam sobie żadnej książki. Tja, no trudno. Chociaż przez to zrobiłam, taki głupi błąd jak się nazywał... A dobra, nie będę spoilerować. Ktoś może nie czytał "Mechanicznej Księżniczki". Najbardziej spodobał mi się konkurs na rymy, wierszyki, które miały obrazić daną postać z książki. Znaczy dawano grupą jakąś postać, potem łączono w pary i ta osoba obrażała tamtą osobę. Bardzo śmiesznie to wyszło. :)



I to chyba wszystko... Blog przechodził w pewnym sensie kryzys. Znaczy nie blog, tylko ja, jako blogerka. Zastanawiałam się, czy nie usunąć tego bloga. Dać sobie spokój. Zaprzepaścić te niecałe pięć lat. Albo cztery. Serio. Rzucić to i mieć to gdzieś. W końcu ma mało wejść, a komentarzach nie pisząc, jednak.... Wczoraj przeczytałam post Jess i... Nie, nie usunę. Boże, zrobiło mi się, tak wstyd, że nie komentowałam jej bloga.... Tyle miesięcy. Jednak wezmę się za to i uzupełnię zaległości. :D
Przepraszam, Jess.

sobota, 15 lipca 2017

Kanał na YouTube

Jaki chwytliwy (mam przynajmniej taką nadzieję) tytuł. :D Jednak, nie... Nie założyłam kanału na youtube. A byłam bardzo bliska tego. Nawet nagrałam dwa filmiki. Marne, napiszę szczerze. Nie nadaję się do tego zupełnie. Tak właśnie niszczą się me marzenia. Następne. Tylko przez to, że zamarzyłam sobie coś do czego zupełnie się nie nadaje. Bo bądźmy szczerze - co ja sobie myślałam? Że to, takie proste? Och, nie. Wiedziałam, że to mega trudne. Pisałam z dwoma booktuberami zanim przymierzyłam się do kręcenia. Ale miałam nadzieję, że się przezwyciężę. W końcu chciałam mówić o tym, co uwielbiam, o książkach. I nie poszło. Nie ma znaczenia, że mówisz o czymś, co lubisz, czy nienawidzisz. Nadal jest ten sam strach przed kamerą, a więc marny byłby ze mnie aktor... Niby po kilku sekundach jakoś da się zapomnieć o kamerze, ale presja, że powinno wyjść super, że inni youtuberzy nie stresują się, tak jak ty... I w dodatku stres, że źle wyglądasz przed kamerą, a głos nadaje się do usunięcia... Powoduje zacięcia, momenty przerwy, albo najgorsze "yyy". Ale dobra, nagrało się coś. Przecież, każdy ma swoje początki. Nie zawsze jest idealnie. Potem nastąpił problem program do obróbki video. Wcześniej (o wiele wcześniej) miałam jeden z najprostszych, ale dziwnym trafem (jak musiałam coś innego na nim zrobić) zaczął wariować, że nie zapisze w innym formacie, niż, takim w którym nic nie zrobisz. To odinstalowałam go. Zainstalowałam jakiś inny. To nawet nie chodzi o to, że wersja angielska. Po prostu byłam za głupia na wycinanie fragmentów filmiku w nim. Youtube nie pomógł. Znaczy pomocnicze videa ludzi. Próbowałam, ale postanowiłam zostawić to w spokoju i się nie denerwować. Znalazłam ten poprzedni program, ale komputer blokował jego zgranie, ponieważ zawierał wg. komputera wirusy. To postanowiłam nie ryzykować. Jeszcze wirusów by mi brakowało. Koniec końców nic nie wyszło. Pozostało oglądanie innych ludzi i patrzeć, jak niektórzy są nie za ciekawymi youtuberami, a mają dużo subskrybcji. No, szkoda. Zazdrościć im odwagi i informatycznych zdolności. Nie podejrzewałam, że jestem, aż tak zacofana w tej technologii. I pomyśleć, że zastanawiałam się nad usunięciem bloga z recenzjami... I co by mi zostało związanego z książkami, gdybym go usunęła? Chociaż rzeczywiście... Czytam wolno... Może warto przenieść znów recenzje tutaj? Tym razem nie stanowiłyby one większej części postów.
Ale co było głównymi powodami, że w końcu odważyłam się zadziałać w kierunku youtube'a?
Mam problem z wysławianiem się przed obcymi. Nawet nie tylko przed obcymi. Przed każdym, jeśli nie jest to rozmowa na spontanie. O byle czym. Jeśli wiem o czym mam mówić, mam przygotowaną kwestię, albo mam świadomość o czym ktoś będzie ze mną rozmawiał... Jest marnie. Bardzo się stresuję. Miałam nadzieję, że mówienie do kamery mnie jakoś przygotuje przed maturą ustną i nie tylko. Że po prostu się jakoś otworzę. Będę bardziej otwarta, a nie taka zamknięta. Pewny grunt, moja tematyka... Co więcej chcieć? Ale nawet żadne zaklęcie by nie pomogło, a co dopiero głupi aparat.


środa, 12 lipca 2017

Mój... wegetarianizm(?)

Przyszedł czas na kwestię, która... Cóż, poniekąd denerwuje ludzi, jeśli chodzi o mnie. Bo... zaznaczmy już na wstępie - nie jem warzyw i owoców. Od małego. And I'm alive! Woow! To nie ma znaczenia teraz, dlaczego. Po prostu nie jem. I wbrew głupiemu pytaniu "co ty jesz?", jem i to nie fast foody. Jest dieta składająca się wyłącznie z owoców i da się. To dlaczego nie można ich całkowicie usunąć? Tak, owszem, kiedyś próbowałam. <--- bo to też się może pojawić. Powiedzmy, że nie chcielibyście, żebym przy was próbowała owoców lub warzyw. Z warzyw jem tylko ziemniaki. Z zup rosół i pomidorową. Soki i jogurty (bez kawałków owoców) też piję/jem. Ludzie zawsze robili, robią i będą robić wielkie oczy na tę wieść. Cóż... Dla mnie to jest śmieszne, ponieważ więcej "problemów" mają weganie niż osoba, która nie je warzyw i owoców.



"To jak ty jesz kebab?" <- też takie zapytanie usłyszałam kiedyś. Eeee, normalnie? Po prostu się mówi, że bez sosu/surówki. Tak samo budziło "przerażenie", że pewnie jem pizze z sosem i serem tylko. Jest jeszcze z szynką, i ta z serami. A zresztą, czy to kogoś problem? Ktoś musi jeść tę pizzę? No nie. Pewna moja znajoma (to chyba weganka, you, to ty byłaś?) powiedziała coś bardzo kluczowego, kiedy człowiek, czegoś nie je lub jest na jakieś diecie, wtedy okazuje się, że jest ileś zamienników, opcji i rozwiązań. (Za przeproszeniem), jaki człowiek jest ciemny dopóki nie spotka się z kimś takim, kto spożywa, co innego. I okazuje się, że się da. Nie trzeba przymierać głodem. Nie trzeba też obżerać się niezdrowym jedzeniem. Do... lutego nie byłam również jakimś mięsożercą przez to, że nie jem owoców i warzyw. Jak to pewna osoba mnie określiła. Oczywiście w żartach, ale jednak... Uważam, że to nie jest, takie zabawne, określanie, tak kogokolwiek. Nie przyjemnie się to kojarzy... Jakby jedzenie mięsa sprawiało komuś radość. Jakby ktoś z radością zabijał zwierzęta. Cóż... Zwierzęta mięsożerne niezbyt by przeżyły bez innych zwierząt, tak zostały stworzone. I tyle.
Przechodząc powoli do niefajnego tematu posta... Bo nie będzie ciekawie. Każdy ma swoją opinię na temat wegetarianizmu. Najlepiej być obojętnym na to. Jest to jest. Przeważnie nikt nie robi nikomu krzywdy będąc wegetarianinem. Jeśli ktoś podąża za modą... Chce schudnąć... Kto mu broni przejść na wegetarianizm? No tak, może ci serio wegetarianie. Jakby to im robiło krzywdę. Rozumiem, że można być złym na osobę, która w ogóle null o wegetarianizmie, nie je po prostu mięsa, a udziela się wszędzie itd. Ok, taka osoba może irytować, ale reszta ludzi... O Boże, bo ty przeszedłeś na tę dietę i po jakimś czasie zjadłeś kawałek mięsa, albo rosół zjadłeś/wypiłeś! Nie jest to fair z ideologią wegetarianizmu, ale pamiętać trzeba przede wszystkim, że to, że ktoś je mięso nie znaczy, że zachwyca się mięsem, nie wyobraża sobie życia bez niego i jest za zabijaniem zwierząt. Bez przesady. Z takimi wegetarianami nie chciałabym mieć nigdy wspólnego - którzy by się mnie czepiali, bo zjadłam mięso.


Taaaaaaak, bo u mnie właśnie jest, tak skomplikowanie. Ogólnie nie jem mięsa od lutego (nadal nic mi nie jest), ale raz na kiedyś zdarzy mi się zjeść mięso. Rzadko. I to serio nie jest, tak, że a dzisiaj zjem sobie mięso, wtedy przeważnie nie mam wyboru lub hm, po prostu nie najadłabym się gdzieś. Wiecie, kiedy nie je się trzech grup produktów wyboru czasem w ogóle może nie być, albo jest, tak marny, że hej. To nie znaczy, że potem się raduję, bo zjadłam kurczaka. No sorry. To, tak nie działa. Ale przeważnie staram się nie wybierać, tego mięsa. Jeśli w Macu mogę zjeść tylko frytki to wybieram do tego np. shake'a lub lody. Może jestem dziwna. Cóż, trudno. I tak wcześniej, jakoś nie zachwycałam się mięsem. Nie miałam problemu w odstawieniu mięsa. Jakoś.... No tak, niektórzy nie wyobrażają sobie nie jeść mięsa, a ja od dawna o tym myślałam, ale nie mogłam się za to zabrać.
Według mnie niejedzenie mięsa w szkole też miało swoje plusy. Przede wszystkim jadłam mniej zupek chińskich, bo te mięsne obiady marnie mi smakowały lub było to, co nie lubię. I chyba częściej robiłam sobie drugie śniadanie. Nie było, aż, tak źle. Zobaczymy, co będzie dalej. Nawet przyzwyczaiłam się do soi... Nawet, doprawionej i w formie kotleta.

Pozdrowienia z Warszawy! 

piątek, 7 lipca 2017

Nieśmiałość do sześcianu

Przez te kilka lat istnienia tego bloga pewnie nie ubiegło spostrzeżeniu kogokolwiek, że jestem osobą nieśmiałą. A jeśli ktoś tego nie zauważył - magia pisania. To sporo szczęście, że pisząc bloga nie trzeba nic mówić i się pokazywać jak w przypadku youtube'a. Inaczej prawdopodobnie nigdy nie założyłabym blogów. 
Są różne rodzaje nieśmiałości. Ja chyba posiadam tę z tej gorszej grupy. Nie lubię wychodzić do ludzi. Nie cierpię nowych osób, a już zwłaszcza z nimi rozmawiać. Chociaż z dwojga złego lepiej już, jeśli jakaś osoba sama zagadnie... Gdybym ja miała to zrobić... Nie wiem, ile by mi to zajęło. Chociaż czasem się udaje. Innym razem (jak w przypadku Zlotów) mogę się w sobie zbierać, że podejdę do kogokolwiek i się przywitam. Jasne, kończy się na niczym. Niby nic trudnego, a jednak dla mnie to wyzwanie. Czego się obawiam? Głównie tego, że mnie ktoś nie zrozumie (za cicho, niewyraźnie) lub że zwyczajnie mnie ktoś wyśmieje. Może to drugie mniej. Dziwne? Hm, sporo osób mówi, że też "kiedyś, tak miało i nie ma się czego bać". Myślę, że jednak te osoby nie posiadały, aż takiej nieśmiałości, jak im się wydaje lub po prostu szybko zapomnieli, jak to jest. A nie jest fajnie. Chyba najgorzej podejść mi do osób, które są w grupce (a nawet w parze). Bo nie będę im przeszkadzać. Tak dobrze się przecież bawią. Nie będę robić problemów. Problem w tym, że jedna osoba przeważnie łączy się z innymi osobami, a co za tym idzie trudno znaleźć samotnika. A jeśli ta samotna osoba jest jakaś dziwna w złym sensie? I milion pytań w głowie. Jednak w gruncie rzeczy jedna osoba lepsza niż wiele. Na szczęście dotychczas miałam niewiele sytuacji, gdzie musiałam z kimś obcym zagadać. Piszę - przeważnie, takie sytuacje są na Zlotach. Tylko nie "muszę", ale "chcę". Najgłupsza sytuacja była, wtedy, kiedy zobaczyłam jedną dziewczynę z którą pisałam i można powiedzieć, że znałam/kojarzyłam, i nie podeszłam od razu się przywitać. A wypada, nie? Czasem zastanawiam się, jak wyglądałaby moja rozmowa w cztery oczy z jedną blogerką. Hmmm, interesująco. [mistrz sarkazmu] 

Gadanie, co wpadnie do głowy
Jest grupa osób, która dziwi się, jeśli usłyszy ode mnie, że jestem nieśmiała. Przecież dużo rozmawiasz, taka rozgadana jesteś. Hm, no tak. Moje gadanie bez opamiętania (niestety) wynika z
a) przyzwyczaiłam się po prostu do tej osoby, więc się nie krępuję
b) ktoś w końcu mnie słucha (jakkolwiek to brzmi)
A jednak, taka prawda! Nie wiem, jak tylko mam wrażenie, że ktoś chce mnie słuchać, rozmawia ktoś ze mną to gadam i gadam. Przez to są różne głupie sytuacje. Głupie, no za dużo gadam. Nie zawsze to co powinnam. Można powiedzieć, że byle co, byle by nacieszyć się tym, że z kimś gadam. Boże... To brzmi serio dziwnie. Mam nadzieję, że da się zrozumieć, co chcę przekazać. 
To nie znaczy, że mi ludzie zabraniają mówić. Chodzi o to, że skoro boję się zagadać do nich, to jak już w końcu zacznę prowadzić rozmowę to może pójść to właśnie w taki kierunek. Nie jestem z tej gadatliwości zadowolona, dlatego strach przed tą gadatliwością i mówieniem (moim zdaniem) bzdur powstrzymuje mnie przed rozmową z obcymi. 



I strach przed popełnieniem błędu. Jakiegokolwiek. Jeżeli chodzi o zmówienia itd. to rzecz jasna, że ktoś mnie nie zrozumie, źle usłyszy itd. itp.. No, a normalnie... Da się zauważyć , że zdarza mi się popełnić błędy gramatyczne lub po prostu literówki (przekręci mi się słowo). To nie byłoby nic takiego, gdyby nie... Czy to naprawdę jest, taki powód do żartów lub do wytykiwania? Skoro się wie, że ktoś nie robi tego specjalnie, że się komuś najzwyklej w świecie przekręciło? 
Ale 3/4 Polaków może mówić "włanczać" i jest dobrze. xd [ta...]

PS. Skończyłam czytać "Przedwiośnie"! :D 

sobota, 24 czerwca 2017

Zakończenie drugiej klasy

I oficjalnie zakończyła się szkoła, a zaczęły wakacje - czas odpoczynku. Albo i całkowite lenistwo. Lenistwo do potęgi entej, gdzie nie ma miejsca na czytanie książek nie byle jakich, niestety. Jestem zobowiązana przeczytać (aż) cztery lektury szkolne. Znając mnie zajmie mi to całe wakacje, a tak chciałam się zabrać za młodzieżówki... No nic, może zdążę. Gdyby, tak nie było Internetu i MP3... Na pewno dam znać, gdy skończę wszystko czytać. Pozostałe plany? Oprócz tego i zlotu (o którym raczej już pisałam) to już nie mam żadnych planów. No tak, chcę jeszcze zakończyć serial "Trzynaście powodów". "Sherlocka" w pewnym sensie skończyłam... (Ostatni odcinek obejrzałam po angielsku, więc słabo [tzn. nic] zrozumiałam, a po polsku na razie nigdzie nie mogę znaleźć online.)

To trzecie to "Lalka"


Przechodząc do zakończenia, jakże cudownej klasy drugiej.... Odebrałam świadectwo z biało-czerwonym paskiem. Średnia chyba 4.9... Nie jest źle, oczekiwałam gorszej. Dobra o tyle, że nie podwyższona religią, zresztą i tak by wyszło na to samo, ale jednak. Czwórka tylko z niemieckiego, ale i tak nie oczekiwałam piątki. Lekcje języka niemieckiego to po prostu, byle przetrwać do dzwonka, więc... Może coś tam bym się dogadała w bardzo podstawowych kwestiach. Gdyby oczywiście Niemiec mówił bardzo powoli. Nie tak jak na tych nagraniach z płyt. Do świadectw raczej dołączają książki... Nie żadne ciekawe, bo masz się po prostu cieszyć uczniu, że w ogóle szkoła ci daje nagrodę, chociaż to może zależy od szkoły. Dotychczas nie spotkałam się z jakimiś ciekawymi nagrodami... Chociaż w poprzednim roku koleżanka dostała mitologię grecką, co jest bardzo interesujące... Moja książka została wydana w 1998 roku i jest poświęcona wydarzeniom, które miały znaczący wpływ na historię świata. Ogólnie ładnie wydana. Nie było by nic złego, gdyby nie rok... Ale to oddzielna kwestia dla której nie ma tutaj miejsca.
Zakończenie roku nie było nawet, takie złe. Pomijając deszcz i to, że nie było praktycznie miejsc siedzących. Pogoda pogodą nic nie zrobisz, ale z tymi miejscami to przesada. Ja rozumiem, że rodzice przychodzą z dziećmi, ale... Czy rodzice (a nawet całe rodziny) nie mogliby przemyśleć sprawy i nie zabierać miejsc uczniom szkoły? Serio, to jest komiczne. A jeśli już nie siedzą to stoją w przejściu i zagradzają drogę. Trochę zrozumienia... Plus taki, że nie musiałam z klasą siedzieć w tym zatłoczonym pomieszczeniu i się dusić od tego tłumu. Minusem było tylko, że musiałam wyjść po odbiór świadectwa, a to... Było małą misją. Bo nie widać przecież, że człowiek idzie z nauczycielem, ponieważ będzie prawdopodobnie wyczytywany zaraz... Przeciskajmy się przez dzieci i nauczycieli łokciami, bo trza zrobić zdjęcia. Szczęście, że to ostatnie zakończenie ze wszystkimi. Za rok już urocze, w mniejszym gronie.
W ogóle, co mnie zaskoczyło... Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam. Według mnie brak szacunku. Ludzie, którzy dostali świadectwo najzwyczajniej w świecie wychodzili. I nagle pod koniec apelu sala prawie opustoszała. Czy tych ludzi zbawi te kilka minut?
Po apelu nadeszła pora na pożegnanie z wychowawczynią, rozdanie reszty świadectw i danie kwiatów pozostałym nauczycielom. Cieszę się bardzo, że koniec trzeciej klasy jest inny. Ostatni raz kupuje kwiaty w supermarkecie. To jakaś tragedia. Liście po spadały, takie żenujące te kwiaty. Głupio się czułam dając je nauczycielom. To nie moja wina w końcu była, nic takiego tym różom nie zrobiłam. Były w wodzie, a potem... No taki długi ten apel.
Teraz trzeba czekać na trzecią klasę. Mówią, że szybko mija... Mam poniekąd taką nadzieję. Naliczyłam o 16 godzin mniej niemieckiego, więc są plusy w następnej klasie. Wszystko się okaże za parę miesięcy, a teraz trzeba być dumnym, że przetrwało się drugą (klasę) z ogarniętą średnią.  :)

niedziela, 7 maja 2017

Uniwersytet versus szkoła policealna

Chciałam dodać ten post w trakcie matur... Głównych matur - żeby nie było. Dobra, został jeszcze angielski, więc poniekąd się wyrobiłam. 
Za 362 dni moje matury się zaczną... A za 2 miesiące koniec roku szkolnego! :D 

Skąd pomysł na ten post? A no, nadal się zastanawiam, gdzie iść po liceum. Zakładając, że zdam maturę. :p W dużej mierze chciałabym pójść na studia, ale jakoś marnie siebie tam widzę... Zresztą najpierw tam trzeba się dostać, a tu poniekąd trzeba mieć szczęście. Bo co ci po zdanej maturze skoro nie dostaniesz się tam, gdzie chcesz. Jasne, dobrze mieć wybrany kierunek na który też warto składać papiery... Tylko, co mi po tym, skoro tak trudno wybrać kierunek studiów? xD Na razie mam po prostu wybrane cztery kierunki, które mi się podobają. Trzy filologiczne i jeden związany z przestępczością oraz kolokwialnie pisząc trupami. Prawdopodobnie przez rok ten kierunek odpadnie... Myślałam nad filologią węgierską, ale w gruncie rzeczy to byłoby mocno naciągane, więc no... Odpada od razu. Podobają mi się jeszcze cztery inne kierunki, a nawet pięć, ale no... Podobanie się, a przyszłość to niestety dwie różne rzeczy. Najkrócej pisząc: po nich jest większe
prawdopodobieństwo bezrobocia, niż po innych. Tak, w tym sławna psychologia. Niby wbrew wszystkiemu społeczeństwo coraz częściej cierpi na choroby psychiczne, więc powinno się to równać potrzebie specjalistów, a jednak... Większość ludzi idzie, bo moda, i potem jest takie zawyżenie i ogólne mniemanie o tym kierunku. W ogóle przeraża mnie to, że sporo osób uważa i mówi, że humaniści nie mają przyszłości. Kierunki humanistyczne nie mają przyszłości. Że teraz w techno-informatycznym świecie kładzie się nacisk na przedmioty ścisłe. Zawód przyszłości to programista i informatyk. I co? Jaki ze mnie ścisłowiec? Na jakimś tam marnym poziomie umiem matematykę i na tym bajka się kończy. Kiedyś chciałam zostać astrofizykiem. Ha ha ha, marne marzenia. Fizyki praktycznie nie ogarniam. Astronomie w miarę, znaczy wszystko tylko nie obliczenia. Po prostu nie liczby i literki. Biologii i chemii nie cierpię. Geografia? Nie. Co zostaje? Humanistyczne przedmioty. I pech. Okej, języki zawsze będą przydatne i będzie potrzeba ludzi umiejących dany język. Angielski angielskim, ale czasem obcokrajowiec chce mówić po swojemu i wtedy angielski nie pomoże. Wiadomo o co mi chodzi. xD Nie wybieram się na filologię angielską. Jakoś... Mój angielski nie jest perfekcyjny. Są o wiele lepsi ludzie, których znam. Więc no... Aha, no tak, kryminologia wiąże się z biologią... No cóż... Ale jakoś w tym, by mi ona nie przeszkadzała. xd Pisałam, że pewnie to odpadnie do maja następnego.
A tak szczerze po co studia? Okej, wyższe wykształcenie - wow, można się pochwalić, inaczej na ciebie patrzą. Też czujesz się może inaczej. Do niektórych zawodów (okej) jest naprawdę potrzebne wyższe wykształcenie. Takie osoby mają super - wiedzą, co chcą robić w przyszłości. A reszta studentów? Nie ukrywajmy, że idą, bo idą. W sensie wybierają byle co, byle nie zmarnować tych ok 85 zł (ta, wg. moich informacji na dwóch kierunkach tyle kosztuje wpis, nie wiem, jak w innych uniwersytetach). Albo inaczej: nie to, że idą na byle co; tylko na to, co im się po prostu podoba i nie patrzą w przyszłość. A niestety przyszłość może pokazać, że takiego kogoś z takim wykształceniem nie chce. Ale też nie ukrywajmy, że wyższe wykształcenie nie czyni z ludzi bogów. Istnieje grupa ludzi, którzy są bezrobotni z konkretnego powodu - skończyłem studia, nie będę pracować za taką kasę. Jestem ponad to. Hmm, wątpię, żeby pierwsze prace nagle były super płatne. W ogóle to na kasie, czy w przysłowiowym Macu ktoś musi pracować, co tu ukrywać.



A może po prostu lepiej iść do szkoły policealnej? Skończyć jakiś konkretny zawód i robić coś konkretnego? Według mnie to jest dobre. Sama myślę, żeby iść do szkoły policealnej, gdybym się nie dostała na studia (a to jest bardzo prawdopodobne). Nie przesiedzę roku, czy dwóch. Oczywiście, można też od razu iść do pracy. ;) Oczywiście, szkoła policealna nie gwarantuje pracy. Ale otwiera więcej ścieżek. Jeszcze to zależy, jaki zawód wybierzemy... Osobiście chciałabym pójść na zawód fotografa, ale co tu ukrywać? Teraz jest tyle sprzętów i programów do obrabiania zdjęć, że no, marny z tego zawód. Jako dodatkowy - ok. Ale przyszłością bym tego nie nazwała. Teraz nikogo nie obchodzi, czy masz papierek, że jesteś fotografem. Sesje zdjęciowe robią nawet dzieci. Ludzie niby chcą ładne i pomysłowe zdjęcia, ale... Jednak mało jest ludzi, którzy rzeczywiście wybierają tych lepszych fotografów.
Można się śmiać, ale ja myślę o florystyce. Co? Nagle kwiaty pójdą w zapomnienie? Każdy zacznie sam sobie układać bukiety i wieńce? No wątpię. Kwiaty kupuje się na każdą okazję. Chcemy, żeby ładnie wyglądały. I co? Dobry, dobry wybór. :) A zresztą to jedyny kierunek w policealnych, który mi się jeszcze podoba. Taaak, wielkie mam wymagania. xD Znaczy zainteresował mnie jeszcze grafik komputerowy, ale... Nie jestem pewna swoich umiejętności.

PS. Obejrzałam "Łotra" i... spodobał mi się. Nawet bardzo. W porównaniu z "Assasin's Creed" to film świetny. Aczkolwiek ten komputerowy Tarkin... Nie, to było okropne.

piątek, 31 marca 2017

I co? Nic

Minął około miesiąc... Ponad miesiąc.
Czy coś się zmieniło? Absolutnie nic. Nadal jestem tą samą osobą, wszyscy tak samo mnie traktują. Oczekiwałaś czegoś innego? A kto nie? Marzymy o tym kluczowym dniu w naszym życiu, wszyscy w końcu o nim mówią. W końcu to ważna impreza, moment w życiu. Ale czy na pewno? Z przełomowym momentem wiążemy nie wiadomo, ile nadziei, a ile z nich się sprawdzi? Mniej niż jeden procent - tak uważam. Bez przesady, że nagle z Tym dniem świat się zmienia. Świat pozostaje ten sam i ma głęboko gdzieś, jak starzy jesteśmy. Czymże jesteśmy w obliczu wszechświata? Marnym prochem i cieniem, więc nie róbmy szopki. Może to tylko moje odczucia, może dla innych wszystko się zmieniło. Ale zastanówmy się, co miałoby się zmienić? Dostajesz dowód? Większość nastolatków już ma wcześniej dowód tymczasowy, więc ten prawdziwy jakoś nie zachwyca wtedy. Możesz legalnie "imprezować"? Och, dajmy spokój, że jeśli ktoś chce "imprezować" to go nie obchodzi, ile ma lat, a pełnoletność nie ma przy tym znaczenia. Prawo do głosu w wyborach? Może i to ważna rzecz, jednak... Polityka jest dziwną sprawą i przynajmniej ja wolałabym nie mieć jeszcze tego prawa i decyzji... W końcu wypada śledzić sprawy państwa, a mnie to zwyczajnie przeraża. Może to głupie. Najwidoczniej nie jestem dojrzała. Co jeszcze...? No chyba to najważniejsze sprawy. Myślę, że najfajniejszą rzeczą związaną z pełnoletnością jest prawo jazdy. W dobie technologii i przemieszczania się z miejsca na miejsce, to przydatna rzecz, kto wolałby się tłuc autobusami? Prawdopodobnie moja przyszłość to autobusy...
Urodzinowa impreza... To chyba, jednak mit z wielu, jakimi się zaśmieca umysł nastolatka. W końcu wraz z urodzinkami tyle zdjęć i video na Facebooku... Ma się wrażenie, że każda osiemnastka, tak cudownie wygląda. No i następne marzenie. Co tu ukrywać? Prawdopodobnie właśnie, tak to wygląda... Chyba. Chyba, że jesteś aspołecznym introwertykiem to wtedy jest mała żenada. Niby fajnie, a jednak... A jednak żal się patrzy na te inne imprezy. Nie cofnie się nagle czasu. Wszystko doprowadziło do tego punktu, trza było się szybciej ogarnąć. Teraz... Czekać do czterdziestki? Niby też znaczeniowa data... O Boże, starzejesz się... Martwić to się mogli ludzie żyjący ponad trzysta lat temu, kiedy obchodzili 40. urodziny, a teraz? No nic.
Pesymizm leje się z tego postu... Cóż, po prostu przekonałam się, że nie potrzebnie czekałam na Ten wiek, bo nic po tym. Praktycznie nawet nie mogę sama o sobie decydować (jakkolwiek to brzmi; nie ważne). Raczej nie jestem z tym odosobniona.
Bawią mnie i smucą tylko osoby, które z dniem urodzin nagle się zmieniły. Tak jakby nagle dostali objawienia. Mam te 18 lat i nagle robisz to wszystko, co było niedozwolone, bo nagle... Nie wiem, co. Takie za przeproszeniem odwalenie. Staną się te osoby przez to fajniejsze? Przynajmniej nikt nimi nie pogardzi, bo trza korzystać z życia...

License

piątek, 16 września 2016

Worek z napisem niepełnosprawność

Zakładam z góry, że większość z Was będzie miała całkiem odmienną opinię ode mnie.
Zakładam też, że na 99% osoby, które będą komentować ten post są pełnosprawne.

Ale na poważnie, bo wcale nie bawi mnie ten temat.
Większość osób (nie ukrywajmy tego) uważa, że niepełnosprawni są dziwni, że wszyscy są tacy sami, a ich myślenie różni się od myślenia osób pełnosprawnych. Nastały czasy, że ludzie kierują się równaniem niepełnosprawny równy się upośledzony. Oczywiście to absurd. Jest różnica między niepełnosprawnym tylko ruchowo, a tym intelektualnie. Takie myślenie jest krzywdą dla ludzi, którzy są nawet ponadprzeciętnie inteligentni, ale niepełnosprawni i przez to mniej doceniani.
Ale chwila, skąd to się wzięło, że całą grupę ustawiono na jednym poziomie?
Po pierwsze wychowanie. Rodzice nie są winni? A od kogo uczymy się różnych zachowań, komu zadajemy pytania? Przepraszam bardzo, ale jeśli nie umie się odpowiedzieć na pytanie dziecka, dlaczego to dziecko wygląda inaczej/jeździ na wózku/ma "patyki" (kule) to... Nie musimy opowiadać niestworzonych historii. Nie zbliżaj się, bo ona/on cię zarazi. Tak, na pewno cię dziecko, ktoś zarazi chociażby porażeniem dziecięcym. Tak, jeszcze są ludzie na świecie, którzy uważają, że niepełnosprawnością można się zarazić jak chorobą zakaźną. Gapiostwo. Świat to jedno wielkie zoo? Dlaczego ktoś może się gapić bezczelnie na niepełnosprawnego, ale niepełnosprawny już nie może skomentować tego gapiostwa? Oh, może powinien zachować się kulturalnie i mieć to gdzieś? Boże, męczennikami nie jesteśmy. Niedługo będziemy musieli przykleić sobie kartkę: długie patrzenie na mnie grozi wypadkiem. Odszkodowania nie daję. Nie wątpię, że nie jeden raz jakieś dziecko/starsze dziecko było narażone na wypadek przez to, że się gapiło. Prawie wlecenie na chodnik, wejście w krzaki, czy płot, pod samochód - to chyba norma. W niektórych przypadkach, kiedyś mnie bawiły takie sceny. Po prostu... Rodzic nie umie, nie wie, jak zareagować na takie zachowanie swojego dziecka, czy pytania. Niepełnosprawni... To nadal jest chyba temat skomplikowany. Tak, naprawdę rzadko na co dzień spotyka się osoby niepełnosprawne. Może ktoś ma jakąś w rodzinie, ale to głównie pewnie wózek, może kule. W każdym razie inaczej jest, kiedy ma się do czynienia z taką osobą. A tak... Szczerze - jakim obrazem niepełnosprawności jesteśmy otoczeni? Głupia telewizja, co nam podaje? Biedne dzieci, które często niewyraźnie mówią, wyglądają przez chorobę, jak wyglądają, albo są w dodatku też głęboko upośledzone. I co? Człowiek tyle się naogląda, naczyta tego, że jego mózg w końcu koduje, taki obraz, a nie inny. I jak spotyka na ulicy... osobę, która jest niepełnosprawna, ale różni się ona od tego, co daje telewizja to jak człowiek reaguje? Gubi się i zaczyna pajacować np. gapić się. Okej, ja rozumiem, że te dzieci potrzebują pieniędzy i w ogóle, ale zadbajmy też o lepszy obraz osoby niepełnosprawnej. Zresztą telewizja, tak ma, że woli pokazywać te "gorsze" przypadki. Kiedy telewizja przychodzi robić program do telewizji o mojej szkole to praktycznie pod uwagę nie są brani ci zwykli niepełnosprawni, tylko ci drudzy, bardzo często z upośledzeniem. Nieupośledzeni tylko są, kiedy trzeba logicznie udzielić wywiadu. Bo tak jest u ludzi. Niepełnosprawność niepełnosprawności nie równa. Tu jesteś nie dość niepełnosprawny. Na to jesteś za niepełnosprawny. Just niektóre niepełnosprawności bardziej się docenia. Jeśli, tak mogę to nazwać. Chociażby wózki. Praktycznie ludzie na wózku mogą uprawiać, każdy sport, jaki chcą. Nawet szermierkę... Inni mają trochę gorzej, bo praktycznie są nie doceniani, albo nie pozostaje im nic innego, jak szachy. Okej, szachy nie są złe, ale... Dobra, mam nadzieję, że kiedyś będę mogła spełnić jakieś swoje marzenie i ktoś kiedyś dostosuje pewne sprawy w tych marzeniach do mnie.
Porównywanie ludzi niepełnosprawnych. Cóż... Ludzie pełnosprawni mają to do siebie, że lubią to robić. I dołować tym adresatów tych słów. Każdy jest indywidualnością, to nie jest motywacja, kiedy powiesz komuś, że ten to umie, a ty nie. To ja ci powiem, dlaczego nie umiesz się pięknie czesać, skoro twoja siostra potrafi? Głupi przykład, ale taki przyszedł mi do głowy tylko. Porównywanie to coś najgorszego, co można zrobić przy niepełnosprawnych. Nie wszyscy są leniami. Niektórzy chcą robić więcej, ale cóż... Nein.
Ostatnio jest trochę szumu, a przynajmniej był wokół pewnego filmu i książki. Piszę tu o "Zanim się pojawiłeś". Nie czytałam JESZCZE książki, ale byłam w kinie na filmie, więc wiem o co jest ta cała nagonka. Nie bójcie się, nie będę spoilerować. Oh, błagam tych ludzi. Po co to wszystko? Czy wszystko musi być słodkie i tak nierealistyczne, że aż płakać się chcę? Książki obyczajowe powinny trzymać się realności życia, a... jeden z wątków "Zanim się pojawiłeś" jest po prostu rzeczywisty. Bądźmy szczerzy nikt nie ma obowiązku godzić się ze swym losem. Nie oczekujmy, że osoba niepełnosprawna, czy to po wypadku, czy od urodzenia wymaże przeszłość/alternatywną przyszłość, będzie żyć z uśmiechem na twarzy, pogodzi się z losem. Nic nikt nie musi i nie ma obowiązku. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie jesteśmy wybrańcami (jak niektórzy dziwni chrześcijanie uważają: masz dziecko szczęście). 

Tak wyszło, że jest to post o kilku sprawach. Jeszcze wczoraj wieczorem myślałam, żeby napisać tylko o jednej rzeczy, żeby to nie był chaos. Jak wyszło, sami oceńcie.
Tak, chciałabym kiedyś spróbować szermierki. Tak, chciałabym polecieć w kosmos. Tak, chcę dostać się na któryś z trzech polskich uniwersytetów.

(Szukam obrazka do postu... Pod ogólnym hasłem wyskakuje tylko przysłowiowy wózek...)
To chociaż z Glee...

środa, 31 sierpnia 2016

Podsumowanie sierpnia

Prawdopodobnie w tym właśnie czasie jestem w drodze do szkoły, aby zacząć następny etap nauki w liceum... 

Zobaczymy, jak to będzie w tym roku. Moja pesymistyczna część umysłu mówi, że ten rok szkolny zapowiada się gorzej niż poprzedni... Blog nie będzie ubolewał na tym, że zaczyna się szkoła, ponieważ kilka tygodni temu spisałam wszystkie tematy o których chciałabym napisać na blogu (plus jeden - dwa od Tutti), więc... trzy-cztery posty w miesiącu powinny wyjść. Rzecz jasna można się ich spodziewać w weekendy. Mam wielką nadzieję, że wyjdą te plany, ponieważ... No, z roku na rok postów pojawia się coraz mniej i pora w końcu z tym skończyć.

Sierpień minął pod hasłem IV Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców (poprzedni post dotyczy tego wydarzenia) i odliczaniem do niego. Nieświadomie i świadomie codziennie myślałam o Zlocie, co nie sprzyjało zbytnio czytaniu... Zmierzam do tego, że w tym miesiącu przeczytałam tylko dwie książki:
"Inferno"
"Star Wars: Lordowie Sithów"
Moim skromnym usprawiedliwieniem jest to, że "Inferno" jest grubą książką. A grube książki nawet,
jeśli są dobre to i tak czytam długo. Pech. Ale nie żałuję, że przeczytałam tą książkę, bo... Lubię książki o Robercie Langdonie i na razie nic tego nie zmieni. Może i są podobne do siebie, ale... te symbole, historia, fakty... Jeśli znacie podobne książki, których autorem nie jest Dan Brown - napiszcie w komentarzu. Zresztą... musiałam przeczytać "Inferno" w wakacje, ponieważ w październiku odbędzie się premiera filmu i muszę pójść do kina na adaptację. :D I wolałam przeczytać książkę najpierw, a nie tak jak to było z "Aniołami i demonami" oraz "Kodem Leonarda da Vinci". O "Lordach Sithów" zbytnio nie chcę pisać, ponieważ mam mieszane odczucia po tej książce. Z jednej strony nudna, ale z drugiej porusza ważne tematy i buduje ciekawych bohaterów. Aczkolwiek te tematy mogłyby być bardziej opisane... Ale to SW, a nie powieść fantasy, czy obyczajowa.

Może przeczytałam mało, ale za to filmów obejrzałam więcej... Wychodzi następny powód tylu przeczytanych książek. Zamiast czytać to ja oglądałam. Trudno. Uwielbiam oglądać filmy, tak samo jak czytać książki.
"Batman: Początek"
"Trafiony piorunem"
"Batman: Mroczny rycerz powstaje" 
"Las samobójców" 
O Batmanie nie będę pisać. Chyba każdy zna Batmana, nawet, jeśli nie oglądał filmów, kreskówek i nie czytał komiksów. Pierwszą część Batmana obejrzałam po raz pierwszy... Tak, bo tylu latach poznałam dopiero historię, jak to Batman stał się Batmanem (nie mam głowy do imion i nazwisk). Ale lepiej późno niż wcale. Na "Trafionego piorunem" trafiłam całkiem przypadkowo. Na filmwebie patrzyłam sobie w jakich filmach grali aktorzy z Glee... W "Trafionym piorunem" gra główną rolę
Chris Colfer (to ten, co grał Kurta, jakby ktoś ogarniał ten serial) i postanowiłam obejrzeć ten film. Nie trwa on długo, bo ok. 90 minut. Według mnie ten czas jest okej, może i mógłby być ten film dłuższy, bardziej rozwinięty, ale... Mogłoby to być już na siłę, a wiecie, jak jest rozwlekaniem fabuły, żeby trwała, jak najdłużej. Dlatego dobrze jest jak jest. Film opowiada o chłopaku, którego po prostu strzelił piorun. To nie spoiler, że umiera. W obliczu śmierci chłopak wspomina całe swoje życie... To nie jest głupi film, zwłaszcza morał na końcu. Komuś może ten film się nie podobać, mogą go ludzie uznać za płytki. Cóż... Filmy, które miały na siłę coś przekazać i wyszły marnie mi się nie spodobały. Tam nie ma nic na siłę. I na koniec... Chris Colfer napisał scenariusz do tego filmu. :) I zamierzam kiedyś przeczytać pierwszą część serii książek dla dzieci (10-13 lat) po angielsku jego autorstwa.
"Las samobójców" to horror. Horror z tych słabszych. Sami oceńcie jego słabość, napiszę tyle, że nie oglądam horrorów. Jedynym horrorem, jaki obejrzałam oprócz tego, to są to "Uśpieni", gdzie gra Sam Claflin. Cóż... Uważam, że mogli bardziej rozwinąć wątek Lasu samobójców (nie pamiętam nazwy japońskiej), bo to naprawdę ciekawe miejsce i poniekąd ten film opiera się na faktach. Ten las to rzeczywiste miejsce, które ma interesującą i mroczną historię.

Co jeszcze... We wrześniu zacznę piąty sezon Glee. Czwarty sezon był, taki średni. Słabiej są opisane postacie, niż w poprzednich sezonach. Aczkolwiek moim ulubionymi postaciami nadal pozostają Kurt i Blaine. Z nowszych postaci polubiłam wszystkich. Czasem, kogoś zachowanie mnie drażni, ale tak po prostu zostały te postacie stworzone, żeby ludzie lubili je i nienawidzili. Zastanawiam się ciągle, czy po skończeniu całego serialu, nie napisać o nim czegoś więcej, ale z drugiej strony to byłby prawdopodobnie krótki post... Okej, jeszcze 37. odcinków przede mną. ;) Potem zabiorę się za Degrassi, albo American Horror Story, albo... kurcze, zapomniałam, jak się nazywa ten serial... Pola pisała o nim... Stranger Things! :D