Więc poprzedni post zedytowałam - dodałam kilka filmów godnych zobaczenia np. "Moonlight".
W całym podsumowaniu zapomniałam o serialach, a rok 2017 był powiedzmy, że przełomowy, jeśli o nie chodzi. Wcześniej oglądałam tylko "Shadowhunters". Wynikało to głównie z tego, że wolałam się w nie nie wciągać. Było to dla mnie stratą czasu. Wolałam obejrzeć film, który trwał najdłużej trzy godziny, ale kończył się. Seriale, które najczęściej mnie ciekawiły miały albo po kilka sezonów lub około dziesięciu odcinków trwających po około godzinę. Więc mówiłam sobie, że może w wakacje. Może.
Ale okazało się, że będzie następna adaptacja fantastycznej serii - "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Adaptacja serialowa. No i co? Oczywiście chciałam ją obejrzeć. Po co czekać na lipiec... Zwłaszcza, że to serial Netfliksa, czyli wychodziły od razu wszystkie odcinki. Co prawda jeden odcinek trwał około godziny... Ale w pierwszym sezonie jest osiem odcinków. Czyli jeśli oglądać tylko w weekend (sobota-niedziela), jeden dzień - jeden odcinek; wychodził jakiś miesiąc oglądania. Nie tak źle. W praktyce wyszło mniej lub więcej. W tym roku drugi sezon pojawia się pod koniec marca, ale będzie posiadać o dwa więcej odcinki. Trzeba będzie zrobić podobnie.
SNZ to było nic z następnym serialem w którym się zakochałam. Mowa oczywiście o "Sherlocku" z Benedictem Cumberbatchem. Rozmach ten serial miał, nie powiem. Co z tego, że cztery sezony po trzy odcinki, kiedy jeden odcinek trwał... 90 minut. No, to był problem. Dość długo trwało zanim udało mi się skończyć wszystkie sezony. Zwłaszcza, że był problem z ostatnim odcinkiem online. Po raz chyba drugi w swoim życiu oglądałam całkowicie coś po angielsku za pierwszym razem. Nawet nie było, tak źle, ale raczej nie polecam. Chyba, że z kimś, tak jak ja to zrobiłam. Ma się potem odniesienie, czy na pewno dobrze się coś zrozumiało. A serio, tam tyle się dzieje, że... Serio, to jest wyzwanie. #tepowtórzenia Ale opłacało się. Serial jest świetny! Szkoda, że się skończył. Poniekąd... Lepiej, żeby nie było piątego sezonu. Czwarty skończył się, tak, że to wystarczy.
Potem nastąpił czas wakacji. Jak zamierzałam, tak zrobiłam. I tak wyszło, aż z trzy seriale. W tym dwa Netfliksa. Na pierwszy ogień poszła adaptacja "Trzynastu powodów". Rozpisywałam się już na temat. Mówią, że ma być drugi sezon... Zobaczymy, co to będzie. Na razie nie ma zwiastuna.
Na "Skam" natrafiłam przypadkowo. Coś tam słyszałam na temat tego norweskiego serialu, a po filmiku Cat z kanału CatVloguje jeszcze bardziej się do niego przekonałam. Co prawda... Pierwszy sezon jest wg. mnie najsłabszy, co powoduje, że niektórzy zniechęcają się po kilku odcinkach do reszty. Jednym z największych plusów "Skam" jest czas trwania odcinków - są one krótkie, dzięki czemu jeden sezon można nawet w jeden dzień skończyć, jeśli bardzo się chce. Niestety są tylko cztery sezony. Niestety, bo ostatnie dwa bardzo mi się spodobały, a postać Sany - super! :D
Sierpień był poświęcony "Atypowemu". Który jest serialem bardzo nietypowym. Opowiada w końcu o kimś innym, nieprzeciętnym. Ponadprzeciętnym nie w złym stopniu. Jasne, serial ma kilka minusów, ale są one do wybaczenia. Jestem ciekawa, czy będzie następny sezon.
I na "Atypowym" moja przygoda z serialami się skończyła. W między czasie jeszcze oglądałam "Shadowhunters", ale ten serial pomijam, ponieważ to kontynuacja. Dopiero w tym tygodniu obejrzałam pierwszy serial od ok. czterech miesięcy. To "The End of the F***ing World". Cóż... Chyba nie będę tworzyć nowego postu na jego temat.
W wielkim skrócie: chłopak o zadatkach na "psychopatę" wyrusza w świat z dziewczyną, która sporo przeklina. On chce zabić tą dziewczynę. <--- to naprawdę wielki skrót. Ponieważ to dużo bardziej skomplikowane.
Zwiastun nie ukazuje tego skomplikowania. Można napisać, że przedstawia rozrywkową historię, która będzie posiadać swoisty humor.
Okej, pośmiałam się kilka razy. Nawet. Ale fabułę serialu do rozrywkowego bym nie zaliczyła. To poważny serial, który na siłę próbuje nie być poważny. Porusza ważne problemy, ale podejście do postaci Jamesa... Mnie się ona po prostu nie spodobała. Postać Alyssy... Nie wiem nadal, co o niej sądzić. To nie rozkapryszona dziewczynka, która robi, co chce i mówi, co chce. To jest również bardziej skomplikowane zwłaszcza, jeśli prześledzić jej życie i rodzinę. A na tym trochę bardziej skupia się serial. Nie za ciekawie miała dziewczyna. Cieszę się, że mogłam aktorkę, która ją grała, zobaczyć w innej roli, niż dotychczas widziałam. Znaczy widziałam ją tylko w "Hannie". I tam grała irytującą dziewczynkę.
Głównym minusem tego serialu (pominę absurdalne sceny, bo bym musiała zaspoilerować coś), który może dla niektórych nie jest minusem i może to ja się nie znam - są przekleństwa. Nie wychowałam się w innych czasach, rozumiem, że przekleństwa to część języka młodzieżowego. Ale no kurde, bez przesady. Naprawdę. To czasem było, takie na siłę... A dajmy od czapy, jakieś przekleństwo, a co. Boże, to nawet w "Trzech na gigancie" główny bohater, aż tak nie przeklina, a ma chorobę, która polega na ciągłym przeklinaniu (w skrócie). Nie chce mi się wierzyć, że Alyssa ma to samo. Może miało być przez to fajnie...
Podsumowując - przez cały serial miałam wrażenie, że gdzieś to widziałam. Dużo schematów się tu przewija.





