niedziela, 28 maja 2017

"The Circle"

I jest! Udało się! :D Już myślałam, że nie uda mi się zobaczyć tego filmu. Najpierw cudnym trafem jedna z sieci kin przeniosła "Krąg" na godziny wieczorne/nocne, a potem... Rozchorowałam się. Na szczęście w jeden dzień zdążyły przejść najgorsze objawy i... obejrzałam film.
Lecz, czy było warto? Tyle czekania...

Trzeba napisać, że z kilka tygodni przed premierą filmu zaczęły pojawiać się w internecie artykuły o jakże ciekawych tytułach, jak np. że rzekomo taka firma, jak The Circle rzeczywiście istnieje. Nawet jeden ze zwiastunów opatrzony był komentarzem: po tym filmie usuniecie konto z Facebooka. Wzbudza to zainteresowanie, co? Mnie to jakoś szczególnie nie zachęcało, no, ale dawało do przemyślenia o czym będzie fabuła.

Sama tematyka bardzo wpasowuje się we współczesne czasy, gdzie ludzie żyją Internetem i publikują w nim, co się da. Nawet zdjęcia nie wystarczają, powstają nagrania, vlogi...
W świecie w którym jest firma The Circle praktycznie nie ma prywatności. Chociaż nie, jest. Do czasu. Na początku argumentacja nie jest banalna, bo który obywatel nie chciałby wiedzieć, chociażby, co się dzieje z państwem lub podatkami, które musi płacić? Albo działania przeciw wojnom, czy terroryzmowi? Niby interesujące... Tylko, czy rzeczywiście trzeba zabierać prywatność politykom i podsłuchiwać każdą, każdą rozmowę telefoniczną, czytać każdy e-mail, a może i śledzić każdy krok?
Główna bohaterka - Mae jest przykładem świetnego, ambitnego pracownika, który z tygodnia na tydzień jest coraz lepszy. To ona ma pokazać, że udostępnianie całego życia w czasie rzeczywistym w Internecie może być czymś dobrym. Każdy może oglądać i... komentować. Na początku zawsze jest super. Tylko, czy tak się da żyć? I, czy przede wszystkim wszyscy z jej otoczenia chcą być upubliczniani w Internecie?
Każdy powinien pozbyć się prywatności... Na pewno? Nikt się nie zdziwi, jeśli napiszę (uważam, że to nie jest spoiler), że dyrektorzy firmy nie są już tacy skorzy do ujawniania tajemnic... Przecież można brać zyski z czyiś tajemnic...
Do czego może doprowadzić pogoń do pokazywania wszystkiego w Internecie? Czy prywatność jest w ogóle teraz nam potrzebna?
Film nie do końca odpowiada na te pytania. Bardziej pasuje do fabuły zdanie, że każdy wynalazek może być dobry, jak i zły. Zależy, kto go używa.
Poniekąd... A nawet całkowicie zawiodłam się na filmie. Spodziewałam się chyba, czegoś znacznie głębszego... W fabule zostały poruszone ważne kwestię, ale nie zostały one dokładnie wyjaśnione. Powiedziałabym, że jest kilka luk. Moim zdaniem czasami za szybko się coś działo. Najdziwniejsze było, jak Mae ma rozmowę kwalifikacyjną i nagle pojawia się scena, że idzie pierwszego dnia do pracy. Może coś przegapiłam... Lub zdawkowe "dobrze" było "przyjmujemy cię/masz tę pracę"... Niektóre rozmowy były... Cóż mi osobiście trudno było się odnaleźć w sensie rozmowy... Okej, Mae była inteligentna, tak samo Bailey, ale no... Nie wszyscy są, takimi geniuszami. Jasne, ważne, że oni wiedzą o co drugiemu chodzi. Spoko.
Jeżeli chodzi o Mae... Ja jej nie rozumiem. To postać skacząca z jednego krańca na drugi. Raz nie zgadza się z tym, co prezentuje The Circle, widzi, że coś nie gra. Chce ich powstrzymać. A zaraz z nimi współpracuje i tworzy nowe "wynalazki". Niby cierpi, a jednak... Cierpienie nie pomaga jej całkowicie przejrzeć na oczy. Miałam nadzieję, że przyjaciółka i chłopak będą powodem dla którego coś zrobi, ale nie... Znaczy niby coś tam zrobiła, ale poniekąd wyszło na to samo. Dla mnie przynajmniej.
Jeśli już mowa o przyjaciółce... To była postać na której mogło się zobaczyć prawdziwe działanie The Circle. Od sukcesu do wykorzystywania pracownika kosztem jego zdrowia. Na szczęście dziewczyna miała włączone myślenie... Nic dziwnego, że znienawidziła całą tę firmę i brak prywatności. Moim zdaniem to jedna z najlepszych postaci w tym filmie.
Na koniec chciałabym poruszyć sprawę, która była jednym z najbardziej poważnych powodów do upubliczniania wszystkiego, co się ludziom przydarza. Ludzie niepełnosprawni. Niektórzy, może większość nie będzie mogła przeżyć niektórych rzeczy, co może osiągnąć zwykły człowiek. Poprzez, takie nagrania można mieć wrażenie, że jest się ich uczestnikiem. Czy to nie jakaś pomoc dla tych ludzi? Okej, można to krytykować. Jacyś obrońcy (czyt. "optymiści") powiedzą, że niepełnosprawni nie są gorsi i nie pozostaje im tylko gapić się w ekran, że mogą spełnić swoje marzenie, bo to tylko w twojej głowie... Ta, jasne. Jakoś w to nie wierzę. Przepraszam, ale nie jestem, aż takim śmiesznym marzycielem. Jeśli kogoś obraziłam to przepraszam. Mam nadzieję, że spróbujecie mnie zrozumieć.

Reżyseria: James Ponsoldt
Scenariusz: James Ponsoldt, Dave Eggers
Premiera światowa: 26 kwietnia 2017 r.
Polska premiera: 19 maja 2017 r.
Dwójka wybranych aktorów:
Emma Watson - Mae
Tom Hanks - Bailey (akurat do tej postaci nie mam zarzutów)
Ocena: 6/10


sobota, 20 maja 2017

Eurowizja 2017

Jednak następny filmowy post będzie za tydzień :)

Siedem dni temu odbył się finał Eurowizji. Ludzie mają różną opinię na temat tego konkursu. Głównie, że to wszystko jest ustawione i że na tym konkursie są same dziwaki. Cóż... Zależy kogo nazwać dziwakiem... Każdy wygląda jak wygląda. Niektórzy zrobią wszystko byle, by stać się sławnym... Przypomniał mi się przedostatni odcinek "Sherlocka" czwartego sezonu... Ale przede wszystkim powinno się mieć talent... Cóż, Conchita przynajmniej umiała śpiewać. Piosenka, którą śpiewała nie była w gruncie rzeczy, taka zła. W porównaniu z reprezentantem Czarnogóry w tym roku. Jeśli ktoś oglądał pierwszy półfinał to powinien go kojarzyć - mężczyzna z długim warkoczem, który szczerze pisząc nie wiem, co wyczyniał  na scenie. Według mnie to było po prostu komiczne. Żeby to jeszcze jakoś świetnie śpiewać umiał, albo piosenka w miarę okej była... A tu tylko show. Nie ukrywam, że się cieszyłam, że nie przeszedł do finału.
Słyszałam też o nieprzychylnych opiniach dotyczących piosenki Rumunii. Cóż... Nie była to szałowa piosenka, ale mnie się ona nawet podobała. Według mnie nie była zła. Bo jodłowanie było, to od razu źle. Nietypowo to wyszło, a kobieta, która jodłowała, już w śpiewie nie była, tak dobra, ale całość mi się spodobała.

Hmmm, tak. Jeżeli chodzi o wygraną piosenkę... Zawiodłam się. Nie widzę nic nadzwyczajnego w piosence Portugalczyka. Może się nie znam. W dodatku jego sposób bycia na scenie... No, dla mnie dziwny, ale okej. Myślę, że ta jego wygrana trochę jest naciągana. Nagle większości krajom, tak się spodobała ta piosenka, że przyznawali jej po 12 punktów... Magia. Zresztą nie pierwszy raz. Chociaż kilka lat temu (chyba dwa) była przynajmniej mała rywalizacja w punktach pomiędzy Szwecją, a Rosją - do końca nic nie było wiadome. A tu... Drugie i trzecie miejsce było świetne. Ale to zaraz.
Polacy krytykowali wybór Kasi Moś na Eurowizję. Znaczy ją i jej piosenkę. Że to nudne i smętne. No bez przesady, ta piosenka nie jest, taka zła. Mogliśmy wysłać "My Słowianie", a tego nie? To pierwsze wg. mnie było beznadziejne. Udany występ miała Kasia Moś na Eurowizji. To, że tak nisko oceniono tę piosenkę... No, cóż - konkurs. Bez przesady, żeby to było, tak ważna impreza, że Polacy muszą za wszelką cenę ją organizować. Cieszmy się, że byliśmy w finale. A krytyka jest zbędna, bo "Color of your life" też nie był żywiołowy.
Ostatnia część postu to piosenki, które  spodobały mi się najbardziej w trakcie Eurowizji. Jedne się dostały, drugie nie... Kilka z nich porównam do piosenek zeszłorocznych. W sensie z tego samego kraju i że rok temu też mi się spodobały... Zobaczycie zaraz o co mi chodzi.
Kolejność nie ma znaczenia.

Irlandia
2017: Dying To Try  (grubą czcionką zaznaczam piosenki, które wygrały ten pojedynek)
2016: Sunlight


Łotwa
Line

Azerbejdżan
2017: Skeletons
2016: Mircle


Francja
2017: Requiem
2016: J'ai cherché 

Bułgaria
2017: Beautiful Mess
2016: If Love Was A Crime

Węgry
2017: Origo
2016: Pioneer

Holandia
Lights and Shadows

Finlandia
2017: Blackbird
2016: Sing It Away

Cypr
2017: Gravity
2016: Alter Ego

Mołdawia
Hey Mamma


Belgia
City Lights

To naprawdę przypadek, że rok temu podobały mi się również piosenki, które z tamtych państw i nie tylko. :D





niedziela, 14 maja 2017

"Przyrzeczenie"

Dawno nie pisałam tutaj o filmach... I nawet szybko nie zamierzałam o nich pisać. W gruncie rzeczy przysłowiowe recenzje filmów trudniej mi się pisze, niż książek. No i nie ukrywajmy, że częściej oglądam filmy, niż czytam książki. Tak jakoś wyszło... Póki co.
W każdym razie, byłam wczoraj w kinie na filmie pt. "Przyrzeczenie". Nie planowałam tego szczególnie, to w pewnym sensie na spontanie wyszło. Mam koleżankę, która również Turcją (zaraz, zaraz przejdę do opisu) się interesuje i tak jakoś postanowiłyśmy się wybrać na ten film.



Film dotyczy głównie konfliktu ormiańsko-tureckiego, który miał swój punkt kulminacyjny na początku I wojny światowej. Ten punkt to jedno z największych ludobójstw w historii nowożytnej.
Głównym bohaterem historii jest Ormianin Michael (lub Mikael, z różną pisownią się spotkałam), który chce zostać lekarzem i zacząć studiować medycynę na uniwersytecie w Konstantynopolu. Niestety, jego rodzina mieszka w małej wiosce i chłopak nie ma możliwości, żeby spełnić swoje marzenie. Jednak jest pewne rozwiązanie... Chłopak oświadcza się innej Ormiance, która w posagu ma tyle pieniędzy, że Michael może zacząć studiować w Konstantynopolu. Jak widać... Między nimi nie ma żadnej miłości. Przynajmniej ze strony głównego bohatera. Ten, udaje się do Konstantynopola, gdzie poznaje całkiem inne życie. I również poznaje tam Anę - guwernantkę swoich kuzynek, również Ormiankę oraz amerykańskiego dziennikarza, który jest jej mężem. Wszystko jest w najlepszym porządku. Można by było, tak przynajmniej myśleć, bo powoli w Imperium Osmańskim zaczyna się zmieniać. Wraz z przystąpieniem Imperium do wojny, dochodzi w nim do przymusowego poboru Ormian do wojska. Niby nic takiego, ale... Czy to na pewno tyle? Nie ma, co ukrywać - Michael cudem nie zostaje wysłany do wojska, ale to nie znaczy, że nie odczuje najgorszej strony konfliktu.
Ana ma o tyle dobrą sytuację, że ma męża Amerykanina, który zrobi wszystko by ochronić żonę. Ten mężczyzna nie raz zadziwi swoją rozwagą, czy schowaniem swojej dumy w sytuacji, kiedy każdy mężczyzna po prostu by nie wytrzymał. To nie jest spoiler: w filmie występuje swoisty trójkąt miłosny. Czasem jest on trochę irytujący, zważywszy, że się wie, że przecież Michael ma narzeczoną, ale... rozwiązanie tego wątku nie jest jakieś banalne. Zachowania męskich bohaterów również nie są banalne.
Jednak najważniejsze, co do fabuły: Anie będzie zależeć bardziej na życiu innych, głównie dzieci, niż jej własnym.
I to właśnie ta część historii jest chyba najbardziej przerażająca, jak próbują uratować garstkę dzieci. Uciekają przez lasy i góry, aby dotrzeć do upragnionego statku.

Film jest mocny. Raczej nie dla ludzi o słabych nerwach. Może nie, aż tak brutalny jak "Wołyń", jednak... Te konflikty mają jakieś elementy wspólne wg. mnie. Ciekawe jest przedstawienie najpierw czynników i zdarzeń poprzedzających to wydarzenie. Przecież nie stało się ot tak nagle. Nic nie dzieje się nagle.

Co jeszcze może przygnębić widza? Koniec filmu. Zdjęcia i informacje, które potwierdzają, że to nie jest wymyślona historia. Że takie ludobójstwo miało miejsce. Uśmiech pojawia się tylko, że niektórzy z tych ludzi dali radę przeżyć.

Obce wydarzenie w historii? Może nie, tak bardzo... W polskiej literaturze też pojawia się ten konflikt ze śmiertelnymi skutkami. Mowa o "Przedwiośniu", gdzie Ormianie zostają całkowicie wybici z wioski głównego bohatera.

Reżyseria: Terry George
Scenariusz: Terry George, Robin Swicord
Produkcja: Hiszpania, USA
Premiera światowa: 11 września 2016 r.
Premiera polska: 5 maja 2017 r. (oklaski poproszę [sarkazm])
Wybrani aktorzy:
Oscar Isaac (on grał w Ex Machinie :o nie rozpoznałam go :o) - Mikael Boghosian
Charlotte Le Bon - Ana Khesarian
Christian Bale (kojarzyłam nazwisko... Filmweb pomógł - grał Batmana) - Chris Myers

I jeszcze wspomnę, że podobała mi się wymowa tych ormiańskich nazwisk i imion. :) Miła odskocznia od tych anglojęzycznych imion, które są w każdym filmie.

Ocena: 9/10

Prawdopodobnie w następnym tygodniu pojawi się jeszcze jeden filmowy post. ;) To będzie też ważny film. Tym razem dotyczący teraźniejszości i przyszłości... Wspominałam o nim w poście z podsumowaniem roku 2016. Czekałam na niego kilka miesięcy, jestem ciekawa, czy Ten film również mnie zachwyci. Kto wie o jakim tytule mowa? ;)

niedziela, 7 maja 2017

Uniwersytet versus szkoła policealna

Chciałam dodać ten post w trakcie matur... Głównych matur - żeby nie było. Dobra, został jeszcze angielski, więc poniekąd się wyrobiłam. 
Za 362 dni moje matury się zaczną... A za 2 miesiące koniec roku szkolnego! :D 

Skąd pomysł na ten post? A no, nadal się zastanawiam, gdzie iść po liceum. Zakładając, że zdam maturę. :p W dużej mierze chciałabym pójść na studia, ale jakoś marnie siebie tam widzę... Zresztą najpierw tam trzeba się dostać, a tu poniekąd trzeba mieć szczęście. Bo co ci po zdanej maturze skoro nie dostaniesz się tam, gdzie chcesz. Jasne, dobrze mieć wybrany kierunek na który też warto składać papiery... Tylko, co mi po tym, skoro tak trudno wybrać kierunek studiów? xD Na razie mam po prostu wybrane cztery kierunki, które mi się podobają. Trzy filologiczne i jeden związany z przestępczością oraz kolokwialnie pisząc trupami. Prawdopodobnie przez rok ten kierunek odpadnie... Myślałam nad filologią węgierską, ale w gruncie rzeczy to byłoby mocno naciągane, więc no... Odpada od razu. Podobają mi się jeszcze cztery inne kierunki, a nawet pięć, ale no... Podobanie się, a przyszłość to niestety dwie różne rzeczy. Najkrócej pisząc: po nich jest większe
prawdopodobieństwo bezrobocia, niż po innych. Tak, w tym sławna psychologia. Niby wbrew wszystkiemu społeczeństwo coraz częściej cierpi na choroby psychiczne, więc powinno się to równać potrzebie specjalistów, a jednak... Większość ludzi idzie, bo moda, i potem jest takie zawyżenie i ogólne mniemanie o tym kierunku. W ogóle przeraża mnie to, że sporo osób uważa i mówi, że humaniści nie mają przyszłości. Kierunki humanistyczne nie mają przyszłości. Że teraz w techno-informatycznym świecie kładzie się nacisk na przedmioty ścisłe. Zawód przyszłości to programista i informatyk. I co? Jaki ze mnie ścisłowiec? Na jakimś tam marnym poziomie umiem matematykę i na tym bajka się kończy. Kiedyś chciałam zostać astrofizykiem. Ha ha ha, marne marzenia. Fizyki praktycznie nie ogarniam. Astronomie w miarę, znaczy wszystko tylko nie obliczenia. Po prostu nie liczby i literki. Biologii i chemii nie cierpię. Geografia? Nie. Co zostaje? Humanistyczne przedmioty. I pech. Okej, języki zawsze będą przydatne i będzie potrzeba ludzi umiejących dany język. Angielski angielskim, ale czasem obcokrajowiec chce mówić po swojemu i wtedy angielski nie pomoże. Wiadomo o co mi chodzi. xD Nie wybieram się na filologię angielską. Jakoś... Mój angielski nie jest perfekcyjny. Są o wiele lepsi ludzie, których znam. Więc no... Aha, no tak, kryminologia wiąże się z biologią... No cóż... Ale jakoś w tym, by mi ona nie przeszkadzała. xd Pisałam, że pewnie to odpadnie do maja następnego.
A tak szczerze po co studia? Okej, wyższe wykształcenie - wow, można się pochwalić, inaczej na ciebie patrzą. Też czujesz się może inaczej. Do niektórych zawodów (okej) jest naprawdę potrzebne wyższe wykształcenie. Takie osoby mają super - wiedzą, co chcą robić w przyszłości. A reszta studentów? Nie ukrywajmy, że idą, bo idą. W sensie wybierają byle co, byle nie zmarnować tych ok 85 zł (ta, wg. moich informacji na dwóch kierunkach tyle kosztuje wpis, nie wiem, jak w innych uniwersytetach). Albo inaczej: nie to, że idą na byle co; tylko na to, co im się po prostu podoba i nie patrzą w przyszłość. A niestety przyszłość może pokazać, że takiego kogoś z takim wykształceniem nie chce. Ale też nie ukrywajmy, że wyższe wykształcenie nie czyni z ludzi bogów. Istnieje grupa ludzi, którzy są bezrobotni z konkretnego powodu - skończyłem studia, nie będę pracować za taką kasę. Jestem ponad to. Hmm, wątpię, żeby pierwsze prace nagle były super płatne. W ogóle to na kasie, czy w przysłowiowym Macu ktoś musi pracować, co tu ukrywać.



A może po prostu lepiej iść do szkoły policealnej? Skończyć jakiś konkretny zawód i robić coś konkretnego? Według mnie to jest dobre. Sama myślę, żeby iść do szkoły policealnej, gdybym się nie dostała na studia (a to jest bardzo prawdopodobne). Nie przesiedzę roku, czy dwóch. Oczywiście, można też od razu iść do pracy. ;) Oczywiście, szkoła policealna nie gwarantuje pracy. Ale otwiera więcej ścieżek. Jeszcze to zależy, jaki zawód wybierzemy... Osobiście chciałabym pójść na zawód fotografa, ale co tu ukrywać? Teraz jest tyle sprzętów i programów do obrabiania zdjęć, że no, marny z tego zawód. Jako dodatkowy - ok. Ale przyszłością bym tego nie nazwała. Teraz nikogo nie obchodzi, czy masz papierek, że jesteś fotografem. Sesje zdjęciowe robią nawet dzieci. Ludzie niby chcą ładne i pomysłowe zdjęcia, ale... Jednak mało jest ludzi, którzy rzeczywiście wybierają tych lepszych fotografów.
Można się śmiać, ale ja myślę o florystyce. Co? Nagle kwiaty pójdą w zapomnienie? Każdy zacznie sam sobie układać bukiety i wieńce? No wątpię. Kwiaty kupuje się na każdą okazję. Chcemy, żeby ładnie wyglądały. I co? Dobry, dobry wybór. :) A zresztą to jedyny kierunek w policealnych, który mi się jeszcze podoba. Taaak, wielkie mam wymagania. xD Znaczy zainteresował mnie jeszcze grafik komputerowy, ale... Nie jestem pewna swoich umiejętności.

PS. Obejrzałam "Łotra" i... spodobał mi się. Nawet bardzo. W porównaniu z "Assasin's Creed" to film świetny. Aczkolwiek ten komputerowy Tarkin... Nie, to było okropne.