piątek, 31 marca 2017

I co? Nic

Minął około miesiąc... Ponad miesiąc.
Czy coś się zmieniło? Absolutnie nic. Nadal jestem tą samą osobą, wszyscy tak samo mnie traktują. Oczekiwałaś czegoś innego? A kto nie? Marzymy o tym kluczowym dniu w naszym życiu, wszyscy w końcu o nim mówią. W końcu to ważna impreza, moment w życiu. Ale czy na pewno? Z przełomowym momentem wiążemy nie wiadomo, ile nadziei, a ile z nich się sprawdzi? Mniej niż jeden procent - tak uważam. Bez przesady, że nagle z Tym dniem świat się zmienia. Świat pozostaje ten sam i ma głęboko gdzieś, jak starzy jesteśmy. Czymże jesteśmy w obliczu wszechświata? Marnym prochem i cieniem, więc nie róbmy szopki. Może to tylko moje odczucia, może dla innych wszystko się zmieniło. Ale zastanówmy się, co miałoby się zmienić? Dostajesz dowód? Większość nastolatków już ma wcześniej dowód tymczasowy, więc ten prawdziwy jakoś nie zachwyca wtedy. Możesz legalnie "imprezować"? Och, dajmy spokój, że jeśli ktoś chce "imprezować" to go nie obchodzi, ile ma lat, a pełnoletność nie ma przy tym znaczenia. Prawo do głosu w wyborach? Może i to ważna rzecz, jednak... Polityka jest dziwną sprawą i przynajmniej ja wolałabym nie mieć jeszcze tego prawa i decyzji... W końcu wypada śledzić sprawy państwa, a mnie to zwyczajnie przeraża. Może to głupie. Najwidoczniej nie jestem dojrzała. Co jeszcze...? No chyba to najważniejsze sprawy. Myślę, że najfajniejszą rzeczą związaną z pełnoletnością jest prawo jazdy. W dobie technologii i przemieszczania się z miejsca na miejsce, to przydatna rzecz, kto wolałby się tłuc autobusami? Prawdopodobnie moja przyszłość to autobusy...
Urodzinowa impreza... To chyba, jednak mit z wielu, jakimi się zaśmieca umysł nastolatka. W końcu wraz z urodzinkami tyle zdjęć i video na Facebooku... Ma się wrażenie, że każda osiemnastka, tak cudownie wygląda. No i następne marzenie. Co tu ukrywać? Prawdopodobnie właśnie, tak to wygląda... Chyba. Chyba, że jesteś aspołecznym introwertykiem to wtedy jest mała żenada. Niby fajnie, a jednak... A jednak żal się patrzy na te inne imprezy. Nie cofnie się nagle czasu. Wszystko doprowadziło do tego punktu, trza było się szybciej ogarnąć. Teraz... Czekać do czterdziestki? Niby też znaczeniowa data... O Boże, starzejesz się... Martwić to się mogli ludzie żyjący ponad trzysta lat temu, kiedy obchodzili 40. urodziny, a teraz? No nic.
Pesymizm leje się z tego postu... Cóż, po prostu przekonałam się, że nie potrzebnie czekałam na Ten wiek, bo nic po tym. Praktycznie nawet nie mogę sama o sobie decydować (jakkolwiek to brzmi; nie ważne). Raczej nie jestem z tym odosobniona.
Bawią mnie i smucą tylko osoby, które z dniem urodzin nagle się zmieniły. Tak jakby nagle dostali objawienia. Mam te 18 lat i nagle robisz to wszystko, co było niedozwolone, bo nagle... Nie wiem, co. Takie za przeproszeniem odwalenie. Staną się te osoby przez to fajniejsze? Przynajmniej nikt nimi nie pogardzi, bo trza korzystać z życia...

License

sobota, 18 marca 2017

Brak magii

Temat na post powstał w trakcie "rozmowy" z blogerką Tutti. Nie wątpię, że treść tego postu może być bez składu i ładu... Postaram się pisać, jak najbardziej "ogarnięcie". Trzeba w końcu wyrzucić chaos ze swoich wypowiedzi...

Temat głównie dotyczy dwóch serii książek i dzieci. Tak, dzieci. Co to się dzieje ze współczesnym światem, że dzieciństwo, tak szybko zanika? Nawet bajki, czy książki nie dają dzieciom takiej przyjemności jak kiedyś. Gdzie podziała się ta dziecinna wyobraźnia? Magia? Wiara w wróżki i inne postaci fantastyczne? Może po prostu nie potrafimy tego już zaakceptować u dzieci, zapominamy, że sami coś takiego przeżywaliśmy. Wiemy, że świat jest okrutny i chcemy, żeby dzieci dowiadywały się o tym, jak najwcześniej, żeby miały świadomość, gdzie żyją. Z jednej strony to dobrze. W końcu źle żyć z nieświadomością, prawda wtedy bardziej boli. Z drugiej strony... Czy aby na pewno brak świadomości u dzieci jest, taki zły? Dzieci, które przeżyły coś okropnego lub wojnę nie będą już nigdy, takie same, jak kiedyś. Chcąc, nie chcąc ich dzieciństwo zostaje brutalnie zabrane. Praktycznie jest niemożliwe odbudowanie tego na nowo. Więc dlaczego na siłę zabiera się dzieciństwo dzieciom, które mają na nie szansę? Zabawki to nie wszystko. I to nie wina komputera, bez przesady, że to zawsze wina komputera. Czy to ma na celu zbudowanie lepszego społeczeństwa? W czym lepszego? Bardziej zagubionego i sfrustrowanego? Dzieci powinny pozostać dziećmi, jak najdłużej. Głupi przykład: po co dzieciom, tak szybko mówi się, że święty Mikołaj nie istnieje i to nie on przynosi prezenty? Okej, w ten sposób łatwiej wytłumaczyć dzieciom, dlaczego nie dostaną wymarzonego prezentu, ale... Czy naprawdę nie da się inaczej? Może to rodzicom nie chce się w to bawić. Inną kwestią jest to, że jeśli znajdzie się starsza osoba, która nadal wierzy w Mikołaja to jest wyśmiewana przez resztę grupy. Bo to takie niedojrzałe. Och, dobrze, że dojrzalsze jest zgrywanie dorosłego, imprezowanie i picie na umór mając te czternaście lat. Tak, definicja dziecka, młodego nastolatka zmieniła się przez te kilka lat. Teraz nawet wstyd przyznać się, że się ogląda bajki. No chyba, że to są te hiszpańskie serialiki typu Violetta - to są rzeczy na poziomie -_- A ja oglądam czasem bajki, bardziej kiedyś, bo teraz czasu nie mam, ale tak oglądam. A na "Moim bracie niedźwiedziu" nadal potrafię się wzruszyć jak malutkie dziecko.
Nawiązując do dwóch serii książek. I braku fantazji dzieci oraz ich za bardzo dorosłym podejściu do życia. Dlaczego seria "Ulysses Moore" nie jest praktycznie znana przez młodsze pokolenie? O tuż sprawa wyjaśnia się tak, według mnie: to typowa książka, która działa na wyobraźnie, te inne światy, tajemnicze drzwi i klucze... Teraz ludziom, którzy są w wieku głównych bohaterów wydaje się ta seria dziecinna i absurdalna. Przecież to wszystko jest wymyślone. I co z tego? Nie można o tym zapomnieć? Te zabiegi autora... Chociaż wiedziałam w szkole podstawowej, że to tylko książka to i tak uwierzyłam, że to naprawdę są dzienniki Ulyssesa Moore i że ta postać jest rzeczywista. Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy, że te książki napisał, tak naprawdę Pierdomenico Baccalario. Nie ukrywam, że się trochę zawiodłam, kiedy dowiedziałam się o nazwisku autora. Ale to było fajne, chociaż przez chwilę mogłam żyć tymi książkami, jakby ich historia była prawdziwa. I czy stało się coś złego? Nie. Nikomu to krzywdy nie zrobiło. A teraz? Wątpię, czy chociaż połowa dzieci dałaby się ponieść fantazji.
Albo "Seria Niefortunnych Zdarzeń". Pominę kwestię pesymizmu i gotyku w książce, bo to sprawa indywidualna, jak ktoś podchodzi do takich spraw w książkach. A pesymizm w SNZ jest bardzo specyficzny. Postać Lemony'ego Snicketa jest stworzona trochę podobnie, jak postać Ulyssesa Moore'a. W dodatku Snicket jest w fabule narratorem, komentuje historie to jak nie podchodzić z dystansem do tego bohatera? Dlaczego to nie mógłby być prawdziwy autor, który poznał podobną historię?
Może byłam dziwna, że uwierzyłam w takie rzeczy. Może. Ale przynajmniej miałam frajdę z czytania i wymyślania.

Jednak... Uważam, że ta fantazja i wiara ma swoje granice, kiedy stajemy się starsi. Może nie granice, ale... Cóż nie wiem, jak to nazwać. Z dystansem patrzy się na osobę, która już jest starsza i "wierzy" w zaklęcia. Bo wtedy powstaje pytanie, czy ta osoba, tak na serio, czy tylko się zgrywa.


sobota, 11 marca 2017

Podsumowanie sezonów seriali

W poniedziałek był emitowany ostatni odcinek drugiego sezonu "Shadowhunters". Pierwszej połowy drugiego sezonu - dokładniej. Jednak druga część pojawi się już za kilka miesięcy (chyba czerwiec - lipiec).
W trakcie oglądania serialu zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens pisać jeszcze jeden post poświęcony drugiemu sezonowi "Shadowhunters", ale po ostatnim odcinku... Jak widać, co postanowiłam. ;)
Przyzwyczaiłam się już, że serial odbiega od książek i że muszę go traktować po prostu, jako serial. W porządku. Niektóre zmiany wyszły nawet na lepsze, rozwinięcie wątków, czy wprowadzenie innych wątków, które wpływały na rozwinięcie postaci, czy fabułę. Ale nie widzę już sensu w zmianach rzeczy, które są kluczowe (albo i nie) na całą historię o Nocnych Łowcach. To tak, jakby... Nie zważali na fanów książek (a podobno dbają o szczegóły ze względu na nich). Bo... Po co zabijać jednego bohatera, skoro ten bohater ma mocny wpływ na jeden z najważniejszych wątków w trzech częściach? Już chyba pisałam, że na końcu pierwszego sezonu też nagmatwali z losami tego bohatera. Okej, zabili. To czytelnik zastanawia się to, jak rozwinie się ten wątek. A no według mnie beznadziejnie. W ostatnim odcinku zostaje on w połowie ujawniony. I co? Nie wierzę, że ta postać będzie siedzieć cicho przez 1,5 sezonów. W tak ważnej sprawie... A zapowiadało się, tak dobrze. I gra aktorska i efekty specjalne... I nawet statek był, który kilka odcinków przed finałem nagle zniknął. Bo po co... Przecież główne wydarzenia miały miejsce na łodzi. Okej, może w drugiej części będzie łódź i ta superruna. Jednym z dziwnych zdarzeń jest nagły brak krwawienia. Znaczy jedna postać bardzo krwawi i tak dalej, ale wystarczy jedna rzecz (która nie jest opatrzenie rany, ani runa) i nagle jest w porządku. Nie wykrwawia się. Nie pamiętam, żeby to "lekarstwo" miało, aż takie właściwości. Zresztą ta scena mogłaby być naprawdę poważnie rozegrana. W końcu ta postać umierała, w książce to naprawdę była mocna scena (jedna z najważniejszych dla całej serii), a w serialu? Rozpacz przez chwilę. Rach, pach i po sprawię. Wszystko na szybko. Za szybko. Można nie zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło. Ci, co czytali wiedzą, ale ci co oglądają tylko serial? Może być różnie. No przepraszam.
Miecz Anioła... Ten serial sprawia, że mam ochotę przeczytać pierwsze książki jeszcze raz i sobie porównać wszystko. Ale potem nie chciałabym pewnie już go oglądać. xd
Co mogliby zmienić w następnych sezonach? Oprócz tego, żeby trochę bardziej trzymali się książki, to runy. Czasem serialowi Nocni Łowcy rysują sobie runy, ale częściej mają one już na sobie i tylko (jakby) przejeżdżają stelą (taka, jakby różdżka xD) po ich. Dziwnie to wygląda. Zwłaszcza runa, która leczy. Po co mieliby cały czas mieć ją narysowaną?
Ale, co było dobrego? Przedstawienie Żelaznych Sióstr - super! Lepsza broń, taka prawdziwa. Wprowadzenie Mai (wilkołak) - spisali się na medal, jak na razie jedna z lepszych postaci i aktorek. Wpływ emocji i uczuć na przemianę wilkołaków, no i sama przemiana jest o wieeele lepsza. Nie ma magicznej przemiany, tylko taka prawdziwa w bólach. Sceny walk też są lepsze, takie z prawdziwego zdarzenia. To tyle, co mi przychodzi do głowy na tę chwilę.

Skończyłam również oglądać pierwszy sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Serial nie ma porównania z filmem. Może film był bardziej gotycki, a Jim Carrey nie gorszy od Patricka Neila Harrisa, jako hrabia Olaf, ale... No, przy filmie zrobili ten błąd, że w jednym filmie zamieścili trzy części razem. To pomieszanie nie wpłynęło dobrze. I Klaus nie miał okularów. W ogóle taki był nie klausowaty. ;) Serial składa się z ośmiu odcinków z czego dwa odcinki to jedna część książki.
Prawdopodobnie (z moich wyliczeń xD) będą jeszcze dwa sezony. Co najmniej. Aby. Bo serial jest bardzo dobry. Na początku nie byłam przekonana do aktorki, która gra Wioletkę (najstarszą z trójki rodzeństwa). Jakoś mi nie pasowała. Co prawda nadal mi nie pasuje, kiedy porównam ją sobie z rysunkami z książek, ale przynajmniej nie gra źle. Za to przynajmniej aktor grający Klausa jest do niego podobny. Jeśli chodzi o najmłodszą z rodzeństwa - Słoneczko. Rozwesela ten serial. Wiadomo, jak to dziecko - gaworzy sobie, ale są dodane do tego napisy, co tak naprawdę mówi. Bardzo mądre dziecko. W serialu występuje postać, której brakowało filmowi - Lemony Snicket. Czy ktoś, kto czytał książki, może sobie je wyobrazić bez wtrąceń i zniechęceń Snicketa? Bo ja nie! Ta postać może niektórych denerwować lub irytować, cóż... Większość osób to właśnie on zniechęcił do czytania dalej książek w fabule. I tak powinno być, bo pozostał ten nastrój. Twój wybór. Oprócz tego, że serial posiada ponury i pesymistyczny nastrój, posiada nutę absurdalności. W sensie... Nie umiem tego wytłumaczyć. To widać głównie po postaciach, dekoracjach. Ta absurdalność nie jest zła, pasuje do tej całej aury serialu. Właśnie, dekorację są ładne na swój sposób. Zwłaszcza dom hrabiego Olafa. Hrabia Olaf i te jego charakteryzacje! Ludzie musieli nieźle się napracować przy nich. Z jednej strony ucharakteryzować nie do poznania, ale z drugiej, żeby od razu było widać, że to jednak jest hrabia Olaf. Sam aktor też świetnie się sprawdził w tej roli. Były uwagi, że aktor, który gra pana Poe nie jest biały, ale do tego można się szybko przyzwyczaić, ponieważ bardzo pasuje do swojej roli. I na koniec piosenka, która wspaniale podkreśla nastrój historii (fragment piosenki zmienia się, co dwa odcinki). Look away, look away...
Minus? Nie jestem pewna, ale zdaję mi się, że jedno z okien domu ciotki Józefiny było w kształcie oka (mogę się mylić), a w serialu to było zwykłe, nowoczesne okno... Nie pasujące do całego wnętrza domu i w ogóle serialu.
Czekam na następny sezon. :D
Look away, look away...


poniedziałek, 6 marca 2017

Piękny umysł

Pisałam, że ten post będzie wcześniej... Jak zwykle nie jest. xD Tak wyszło. Może nawet nikt nie zauważył tego spóźnienia. :p Zanim przejdę do tematu - może/prawdopodobnie w tym tygodniu skończę nareszcie "Zbrodnię i karę". Ile razy już, tak pisałam? Ale teraz serio. Jeśli skończę tę lekturę to na razie będę miała z nimi (tymi lekturami) spokój. Nie wiem, ile będzie ta przerwa trwała, więc trzeba ją wykorzystać na "Przeklęte dziecko". W wersji angielskiej. A potem Żeromski i "Przedwiośnie"... Ja tylko czekam na "Mistrza i Małgorzatę" oraz "Rok 1984". Nie ukrywam, że chcę bardzo przeczytać te lektury dzięki opinią i recenzjom pewnej blogerki i jednego booktubera. ;)
Wczoraj trafiłam na serial pt. "Sherlock". I co? I mam już serial, który będę oglądać, gdy skończy się jutro "Shadowhunters" sezon 2A i obejrzę ostatnie dwa odcinki SNZ sezonu pierwszego. :D Przeraża mnie tylko długość jednego odcinka... 90 minut.... Tylko weekendy pozostają w takim razie. Zamiast filmu - serial.

Jak pisałam w poprzednim poście - moja klasa posiada pewną listę filmów, które "powinniśmy" obejrzeć. Nie jesteśmy tym zachwyceni. W każdym razie drugi film z tej listy wybraliśmy sobie sami. Jako, że obok filmów jest napisana choroba, jakiej się tyczy film to... Nie trudno raczej się domyślić, że film ze słowem "schizofrenia" nas zaintrygował. Nie, nie patrzcie na to, jakbyśmy się tym zachwycili. Po prostu... Choroby psychiczne są zagadką dla przeciętnego człowieka i mało się o nich mówi. Bo co... O takich, co mieli wypadek i są sparaliżowani, czy na wózku to pełno filmów. Nie, nie krytykuję osób w takim stanie.

"Piękny umysł" jest historią matematyka Johna Nasha, który musiał zmierzyć się ze swoją chorobą -
schizofrenią. A raczej to jego żona musiała, bo to przede wszystkim o niej film. Oczywiście jest p. Nash, jego osiągnięcia, praca, problemy, rozwój schizofrenii, ale w tym wszystkim jest też jego żona, która musiała zmierzyć się nie tylko z chorobą męża, ale też wychowaniem syna.
Reżyser "wciąga" widzów do swojego filmu. Jest tu wiele zawrotów akcji, zaskoczeń... Przedstawienie schizofrenii, tak, że później sami możemy się pogubić. Widz, ma nadzieję, że to jednak realizm lub myśli, że to coś wymyślonego, a tu nagle nie, myślał błędnie. Przez takie zabiegi, można bardziej zrozumieć głównego bohatera, bardziej mu współczujemy. bo, jakże ktoś mógłby powiedzieć, że był "wariatem"? Jak można uznać kogoś za wariata, kto nie jest w stanie odróżnić rzeczywistości od wymysłów mózgu? Z nie swojej winy. W filmie są zdarzeń, wybory bohaterów, które mogą nie spodobać się odbiorcy. Bo są... To kwestie, które wymagają dłuższego namysłu. A przede wszystkim wczucie się w bohaterów. Krytykować można, ale, co z tego, jeśli nie jesteś nimi i nie przeżyłeś tego, co oni. Tak zawsze jest w stosunku do ludzi.
Jeżeli chodzi o obsadę - uważam, że jest bardzo dobra. Skoro nawet aktorzy mieli nominację do Oscara... I Jennifer Connelly go otrzymała. Uważam, że Russel Crowe i Jennifer Connelly wspaniale razem zagrali. Zresztą po kilku latach potem znów zagrali małżeństwo w "Noem: Wybranym przez Boga".  Najbardziej mnie jednak zdziwił jeden aktor, którego znałam tylko z roli Silasa w "Kodzie Leonarda da Vinci" (wczoraj okazało się, że również z roli Smolipalucha w "Atramentowym sercu"). Ciekawie i dziwnie się ogląda niektórych aktorów w całkiem odmiennych rolach. Przynajmniej nie wyglądał, tak upiornie jak, jako Silas.
Reżyserem filmu jest Ron Howard... To ten sam pan, co wyreżyserował filmy o Robercie Langdonie. I teraz moje pytanie. Jak można wyreżyserować, tak dobry film i jednocześnie lata później "Inferno", które... Okej, bez komentarza.