W trakcie oglądania serialu zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens pisać jeszcze jeden post poświęcony drugiemu sezonowi "Shadowhunters", ale po ostatnim odcinku... Jak widać, co postanowiłam. ;)
Przyzwyczaiłam się już, że serial odbiega od książek i że muszę go traktować po prostu, jako serial. W porządku. Niektóre zmiany wyszły nawet na lepsze, rozwinięcie wątków, czy wprowadzenie innych wątków, które wpływały na rozwinięcie postaci, czy fabułę. Ale nie widzę już sensu w zmianach rzeczy, które są kluczowe (albo i nie) na całą historię o Nocnych Łowcach. To tak, jakby... Nie zważali na fanów książek (a podobno dbają o szczegóły ze względu na nich). Bo... Po co zabijać jednego bohatera, skoro ten bohater ma mocny wpływ na jeden z najważniejszych wątków w trzech częściach? Już chyba pisałam, że na końcu pierwszego sezonu też nagmatwali z losami tego bohatera. Okej, zabili. To czytelnik zastanawia się to, jak rozwinie się ten wątek. A no według mnie beznadziejnie. W ostatnim odcinku zostaje on w połowie ujawniony. I co? Nie wierzę, że ta postać będzie siedzieć cicho przez 1,5 sezonów. W tak ważnej sprawie... A zapowiadało się, tak dobrze. I gra aktorska i efekty specjalne... I nawet statek był, który kilka odcinków przed finałem nagle zniknął. Bo po co... Przecież główne wydarzenia miały miejsce na łodzi. Okej, może w drugiej części będzie łódź i ta superruna. Jednym z dziwnych zdarzeń jest nagły brak krwawienia. Znaczy jedna postać bardzo krwawi i tak dalej, ale wystarczy jedna rzecz (która nie jest opatrzenie rany, ani runa) i nagle jest w porządku. Nie wykrwawia się. Nie pamiętam, żeby to "lekarstwo" miało, aż takie właściwości. Zresztą ta scena mogłaby być naprawdę poważnie rozegrana. W końcu ta postać umierała, w książce to naprawdę była mocna scena (jedna z najważniejszych dla całej serii), a w serialu? Rozpacz przez chwilę. Rach, pach i po sprawię. Wszystko na szybko. Za szybko. Można nie zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło. Ci, co czytali wiedzą, ale ci co oglądają tylko serial? Może być różnie. No przepraszam.Miecz Anioła... Ten serial sprawia, że mam ochotę przeczytać pierwsze książki jeszcze raz i sobie porównać wszystko. Ale potem nie chciałabym pewnie już go oglądać. xd
Co mogliby zmienić w następnych sezonach? Oprócz tego, żeby trochę bardziej trzymali się książki, to runy. Czasem serialowi Nocni Łowcy rysują sobie runy, ale częściej mają one już na sobie i tylko (jakby) przejeżdżają stelą (taka, jakby różdżka xD) po ich. Dziwnie to wygląda. Zwłaszcza runa, która leczy. Po co mieliby cały czas mieć ją narysowaną?
Ale, co było dobrego? Przedstawienie Żelaznych Sióstr - super! Lepsza broń, taka prawdziwa. Wprowadzenie Mai (wilkołak) - spisali się na medal, jak na razie jedna z lepszych postaci i aktorek. Wpływ emocji i uczuć na przemianę wilkołaków, no i sama przemiana jest o wieeele lepsza. Nie ma magicznej przemiany, tylko taka prawdziwa w bólach. Sceny walk też są lepsze, takie z prawdziwego zdarzenia. To tyle, co mi przychodzi do głowy na tę chwilę.
Skończyłam również oglądać pierwszy sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Serial nie ma porównania z filmem. Może film był bardziej gotycki, a Jim Carrey nie gorszy od Patricka Neila Harrisa, jako hrabia Olaf, ale... No, przy filmie zrobili ten błąd, że w jednym filmie zamieścili trzy części razem. To pomieszanie nie wpłynęło dobrze. I Klaus nie miał okularów. W ogóle taki był nie klausowaty. ;) Serial składa się z ośmiu odcinków z czego dwa odcinki to jedna część książki.
Prawdopodobnie (z moich wyliczeń xD) będą jeszcze dwa sezony. Co najmniej. Aby. Bo serial jest bardzo dobry. Na początku nie byłam przekonana do aktorki, która gra Wioletkę (najstarszą z trójki rodzeństwa). Jakoś mi nie pasowała. Co prawda nadal mi nie pasuje, kiedy porównam ją sobie z rysunkami z książek, ale przynajmniej nie gra źle. Za to przynajmniej aktor grający Klausa jest do niego podobny. Jeśli chodzi o najmłodszą z rodzeństwa - Słoneczko. Rozwesela ten serial. Wiadomo, jak to dziecko - gaworzy sobie, ale są dodane do tego napisy, co tak naprawdę mówi. Bardzo mądre dziecko. W serialu występuje postać, której brakowało filmowi - Lemony Snicket. Czy ktoś, kto czytał książki, może sobie je wyobrazić bez wtrąceń i zniechęceń Snicketa? Bo ja nie! Ta postać może niektórych denerwować lub irytować, cóż... Większość osób to właśnie on zniechęcił do czytania dalej książek w fabule. I tak powinno być, bo pozostał ten nastrój. Twój wybór. Oprócz tego, że serial posiada ponury i pesymistyczny nastrój, posiada nutę absurdalności. W sensie... Nie umiem tego wytłumaczyć. To widać głównie po postaciach, dekoracjach. Ta absurdalność nie jest zła, pasuje do tej całej aury serialu. Właśnie, dekorację są ładne na swój sposób. Zwłaszcza dom hrabiego Olafa. Hrabia Olaf i te jego charakteryzacje! Ludzie musieli nieźle się napracować przy nich. Z jednej strony ucharakteryzować nie do poznania, ale z drugiej, żeby od razu było widać, że to jednak jest hrabia Olaf. Sam aktor też świetnie się sprawdził w tej roli. Były uwagi, że aktor, który gra pana Poe nie jest biały, ale do tego można się szybko przyzwyczaić, ponieważ bardzo pasuje do swojej roli. I na koniec piosenka, która wspaniale podkreśla nastrój historii (fragment piosenki zmienia się, co dwa odcinki). Look away, look away...
Minus? Nie jestem pewna, ale zdaję mi się, że jedno z okien domu ciotki Józefiny było w kształcie oka (mogę się mylić), a w serialu to było zwykłe, nowoczesne okno... Nie pasujące do całego wnętrza domu i w ogóle serialu.Czekam na następny sezon. :D
Look away, look away...
























