wtorek, 29 lipca 2014

Dargoradskie listy - LIST TRZECI

Być w zamknięciu przez kilkadziesiąt lat... Żadnego towarzysza w podobnym wieku. Żadnego.
      Nie da się normalnie wychować dziecka bez rówieśników. Nauczyciele, lekarz – opiekun, ojciec to nie są osoby, których najbardziej potrzebowałem w dzieciństwie i później. Samotność mnie dobijała. Ile można się uczyć i spędzać czas sam ze sobą? Moja wyobraźnia nie była, aż tak rozwinięta, abym mógł stworzyć niewidzialnego przyjaciela. W ogóle nie miałem i nie mam mocno rozwiniętej wyobraźni. Bo po co miałbym ją szkolić? Według ojca rzeczy, które ją wzmacniały były bredniami. Tak, bredniami.
      Choć trudno w to uwierzyć w Piekle i innych Państwach istnieją bajki oraz baśnie. Są one bardziej rozwinięte niż ich ziemskie odpowiedniki zważywszy, że w moim wymiarze istnieją różnorakie stworzenia.
      
      Melchiades opowiedział mi tylko trzy baśnie. Kiedy miałem napad, chciałem wszystko zniszczyć; wiłem się w łóżku jak opętany, zalany potem. Ale to było po koronacji, po niewinnym dzieciństwie. Przed tym wziąłem sobie za cel znalezienie przyjaciół.
      Cel stał się podwójny. Pierwszy cel spotkałem w wieku około dziewięciu lat1, drugi trochę później. Żadne rozwiązanie sprawdziło się. Nie wiem, które było lepsze, bo z każdego wyniosłem górę błędów. W każdej sytuacji byłem całkiem inny.
      
      Skoro mam być chronologiczny zacznę od lat dziewięciu.
      Całkiem przez przypadek dowiedziałem się, że kuchmistrzyni przyniosła ze sobą do pracy córkę, co było oczywiście zabronione.
      Po prostu włócząc się po zamku i zarazem zwlekając z zejściem do stadniny na lekcję jazdy konno, usłyszałem cichy dziewczęcy głosik. Oprócz mnie pod dachem nie było żadnego dziecka (a przynajmniej żadnego żywego), dlatego nic w tym dziwnego, że udałem się w kierunku głosu.
      Głos doprowadził mnie do obskurnej kuchni.
      Wszystko w niej wyglądało tak jak zawsze, czyli kucharki gotowały i zmywały naczynia (parę z nich sprzątało), blaty, które były brudne odkąd pamiętam, były nadal brudne. To wszystko dawało takie złudzenie, że dopiero po dokładnym się przyjrzeniu zauważyłem postać siedzącą pod długim stołem stanowiącym blat kuchenny,
      Stałem jak słup soli wpatrując się w kogoś podobnego do mnie. Dziewczynka czując na sobie mój wzrok spojrzała w górę.
      Nasze spojrzenia się spotkały.
      Chwila nie trwała dłużej niż sekundę, gdyż dziewczynę musiały przerazić moje tęczówki lub ciemne cienie pod oczami, które oznaczały głód. Może nie byłoby one tak dostrzegalne, gdyby moja skóra była normalnego koloru. Ale tak... Pisk.
      Ogłuszający na minutę pisk, który zbił ulubiony (i zresztą jedyny) puchar pitny taty.
      Rozleciał się. Na drobny pył.
      Kobiety przerwały swoje czynności i podzieliły się na dwie grupki. Pierwsza grupa podbiegła do szklanego prochu próbując stworzyć z niego pierwotną formę, czyli kielich.
      Pozostałe pięć osób ustawiło się w rządku przede mną i zaczęło się tłumaczyć, dlaczego toteż córka jednej z nich została przyprowadzona do pracy. Nie obchodziło mnie to gadanie. Powinny się były tłumaczyć Władcy, nie mi.
      
      Resztę dnia spędziłem w swojej komnacie wraz z Venus – córką kuchmistrzyni.
      Nie musiałem szczególnie jej ukrywać, ponieważ nikogo nie obchodziłem tamtego dnia. Jednak dla jej bezpieczeństwa do mojego pokoju przeszliśmy przez tajne przejście, które ukrywało się za obrazem okna „na świat”. Jeśli wierzyć opowieścią taty, to właśnie specjalnie dla mnie go namalowano. Zagadką jest tylko... kto zrobił tam ukrytą drogę kierującą wprost na korytarz mej sypialni... Nigdy nie odkryłem tej tajemnicy.
      Rozmawialiśmy, bawiliśmy się ludzikami zrobionymi z papieru. Zwykłe czynności, a czułem się jakbym robił coś zakazanego.
      Co chwila odwracałem głowę w stronę drzwi bojąc się, że ktoś zakłóci ten spokój.
      I nie musiałem czekać długo.
      To nie był przypadek. Wyglądało to za... prawdziwie? Normalnie tata nie wchodził mi do pokoju, otwierając drzwi z taką siłą, że górny zawias pękał.
      Chwycił dziewczynę za nadgarstek i z całej siły go wykręcił. Rozległ się chrzęst kości, po którym nastąpiło następne – głośniejsze.
      Jej prawa ręka była wygięta o dziewięćdziesiąt stopni. Córka kuchmistrzyni starała się nie płakać w strachu przed Władcą Demonów, jednak jak później się dowiedziałem łzy nie są najlepszym słuchaczem. Ojciec odebrał je jako skruchę i słabość, dlatego odprowadził poszkodowaną do matki.
      Nie rozumiem co nim kierowało w każdym razie nie zwolnił kucharki, a jej córkę zobaczyłem dopiero na swojej koronacji.
      
      Następne osoby mniej więcej w moim wieku poznałem dzięki lub może lepiej napisać „przez” nauczyciela kaligrafii. Chociaż... to nie było tak całkiem z jego winy, bo to ojciec kazał mu mnie przedstawić jego córce.
      Jego córka była z wyglądu typową przedstawicielką Demonów płci żeńskiej. Czarne długie do kolan włosy, opalona skóra, ciemne jak otchłań oczy i przenikliwy wzrok. Jak na jej rodzinę przystało była niskiego wzrostu, co wyglądało dość zabawnie, spoglądając na resztę Demonów, którzy mieli co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu.
      Demonica nie była zadowolona z nowoprzydzielonego jej zadania. Byłem inny i miałem ograniczone prawa. Przez to nie mogliśmy normalnie spotykać się poza murami zamku, a to utrudniało jej misję powierzoną przez mojego ojca. Miała poznać mnie ze swoimi kumplami i zabrać mnie na każde ich spotkanie.
      Tacie nie było w smak, aby paru rozwrzeszczanych małolatów łaziło mu po domu, gdzie pracował w jednej z komnat, dlatego pozwolił mi teleportować się wprost do aktualnego miejsca posiedzenia grupy, czyli do bezimiennego klubu na ziemi.
      Pierwsze spotkanie było na pełnym dystansie. Przywitaliśmy się, przedstawiliśmy i rozsiedliśmy się na miejsca. Nie pasowałem do tej trójki. Córka nauczyciela i jej chłopak byli tacy idealni... To ich powinien mieć Władca za dzieci. Chłopak umięśniony i wysportowany od pierwszego wejścia zaczął mną pogardzać w przeciwieństwie do tej drugiej o rudych włosach dziewczyny. Ta była... Aniołem.
      Pierwszy raz w życiu widziałem Anioła i nie mogłem się nadziwić, że wygląda tak ludzko... Normalniej od mojej rasy. Zazdrościłem jej tego.
      Spoglądałem na nią ukradkiem przez resztę spotkań, aż do tego, gdzie pojawił się Scott, a ja znów wszystko zniszczyłem.
      
      Od samego początku byłem wściekły na tatę i resztę stworzeń, które mnie przymuszały do pójścia na zgrupowanie. Tłumaczyłem im, że nie mam najmniejszej ochoty iść tam i słuchać przez całą noc gadaniny rozkapryszonych nastolatków. Ale nie... Po co tata miałby mnie słuchać? On wie co dla mnie najlepsze, może ich w końcu polubię? Wątpiłem w to. Dziewczyny jakoś dało się znosić, ale tego chłopaka od Lipitorich i tego nowego, który był Kościotrupem – udręka. Lipitori wszystkiego się przyczepiał, szukał sytuacji do bójki, a co nie było tak z Jamesem? To było jeszcze dziecko, nie wiem ile mógł mieć lat. Może dziesięć? Dwanaście? Z Kościotrupami było tak jak zresztą stworzeń – wolno dorastały, dzięki czemu opóźniały śmierć; od każdego indywidualnie następowało opóźnienie starzenia.
      Spotkanie przebiegało tak jak zwykle, w zmienionym tylko lekko składzie. Nie było Kunegundy.
      Gdy wszyscy już byli pewni, że zakazano jej tam przychodzić, weszła wraz z chłopakiem rozglądającym się ciekawie wokół.
      Lipitori natychmiast napadł na Anielice. „Zgłupiałaś? Po co go tu przyprowadziłaś? Mamy go wszyscy niańczyć?”
      Lawina pytań nie zdołowała dziewczyny.
      Nie panikuj, nic mu się tu nie stanie. Scott jest rozważny, dlatego go wzięłam, a zresztą nie miałam co z nim zrobić. Rodzice dostali jakiś list i zostawili mnie z nim.
      
      - Trzymasz go tu na własną odpowiedzialność, jeżeli coś wywinie jesteś z tym sama. - Zakończył szybko jej rozmówca, bo inni zaczęli się przysłuchiwać tej sprzeczce.
      
      - Mój brat jest starszy od Jamesa. - Wtrąciła się jeszcze Kuna.
      
      Te słowa, jakby uspokoiły chłopaka.
      Rozmówki trwały dalej, a mnie coraz bardziej się nudziło. W końcu wpadłem na głupi pomysł. Chciałem założyć się z Aniołem kto więcej wypije.
      Można się było spodziewać ich reakcji. Ruda spanikowała i odganiała brata od odpowiedzi twierdzącej. Pomagała jej w tym koleżanka, a ich koledzy mówili chłopakowi całkiem co innego.
      Jasnowłosy przyjął wyzwanie.
      
      - Jak wygram to się stąd wynosisz, okay?
      
      - Nie, mój ojciec karze mi tu przychodzić. Sam o tym nie decyduje.
      
      - Musisz przyjąć wyzwanie. - Byłem w pułapce.
      
      - W takim razie, jeśli ja wygram...
      
      - Pocałuje cię.
      
      - Słucham?
      
      - Słyszałeś mutancie.
      
      - Zakład przyjęty.
      
      Scott nie był urokliwym chłopakiem w tamtych czasach. Był... Nie, nigdy nie był przeciętny, ale jako dzieciak miał w sobie coś takiego, co nie wyróżniało go spośród tłumu anielskich chłopców. A jednak jego czar już powoli odziadziałowywał na mnie. To przez to nie zaprzeczyłem jego słowom. Dopóki nie wypowiedział na głos tych słów nie zdawałem sobie w ogóle sprawy ze swoich myśli.
      Trójka przyjaciół nie była zadowolona z propozycji młodego Anioła. Między chłopakami rozległy się szepty, po chwili dołączyła do nich Demonica. Cała trójka zastanawiała się nad sekretnym znaczeniem mojego wyzwania. Chłopak sam sobie proponował karę, a ja nie zaprzeczyłem... Kunegunda mroziła wzrokiem brata.
      W tym czasie poszedłem do baru i zamówiłem parę butelek piwa, wina i wódki.
      Kiedy wróciłem Kuna próbowała ostatni raz namówić brata na odwrót.
      
      - On nie jest Demonem, ani nawet Wampirem. Nie wiadomo czym jest. To przecież jasne, że on wypije więcej od ciebie i jeszcze będzie przy tym trzeźwy. Scott, nigdy nie piłeś alkoholu to źle się skończy.
      
      Źle się skończyło, jednak nie dla niego, a dla mnie.
      Zaczęliśmy pić.
      Odkładaliśmy butelkę po butelce. Ja zawsze byłem o jedną więcej wypitą od niego.
      Wbrew słowom Anielicy, po piętnastej butelce zaczęło mi ciemnieć przed oczami. Przerwałem na chwilę. Na to tylko czekał starszy z chłopaków. „Co? Już nie możesz? Poddajesz się? Biedny Gadzik. Napoje są dla ciebie za mocne? Może zawołaj tatusia, pomoże ci.”
      Przymknąłem oczy. Przesadziłem. Nie wiem co we mnie wstąpiło, żeby wymyślać takie rzeczy. Nigdy wcześniej nie piłem więcej, niż kieliszek szampana. Zaczęło mnie mdlić.
      Uwagę ode mnie odwrócił brat rudej, który zaczął się dziwnie zachowywać. Wpierw gadał różne głupoty i śpiewał bzdurne piosenki, a następnie biegał po całym klubie robiąc z siebie głupka. Nikogo szczególnie by to nie obchodziło, gdyby nie to, że za dwie minuty stawał na oparciu krzesła, bawił się szkłem – robił niebezpieczne rzeczy.
      W momencie, kiedy przyjaciele i siostra ściągali go ze stołu, pobiegłem do łazienki. Nie wytrzymałem.
      Wychodząc z kabiny natknąłem się na nowego wroga.
      
      - Widziałeś co narobiłeś? - Powiedział do odbicia w lustrze.
      
      - Skąd miałem wiedzieć, że tak wyjdzie?
      
      - Trzeba było użyć długonieużywanego mózgu. To jeszcze dziecko.
      
      - Jeśli dobrze sobie przypominam to ty również kazałeś mu przyjąć wyzwanie.
      
      - Owszem, ale to nie zmienia faktu, że ty naraziłeś go na zgubę. - Czarnowłosy nadal rozmawiał z lustrzanym odbiciem.
      
      - Nie stanie się alkoholikiem.
      
      Demon odwróciwszy się do mnie, uderzył mnie w twarz. Nie spodziewałem się ciosu, Zdezorientował mnie. Na to tylko czekał.
      Przydusił moje ciało do kafelkowej ściany i zaczął zadawać więcej ciosów. Złamał mi nos. Narobił parę siniaków. Nic wielkiego... I jeszcze była przecięta warga.
      Gdy w końcu znudziło mu się okładanie pięściami, skorzystałem z tego i uciekłem do klubowej sali.
      Tam ku mym zdziwieniu było spokojnie. Anioł zachowywał się, jakby nigdy nie był pijany.
       Oszukał wszystkich. Pozostali śmiali się razem z nim. Oszukał mnie. Tylko mnie.
      Nie mogłem podejść do nich zachowując się, jakby nic się nie zdarzyło.
      Skompromitowali mnie. Znów zostałem poniżony. Tym razem przez rówieśników.
      Wybiegłem przeciwstawiając się woli ojca, abym nigdzie nie wychodził z klubu. Cokolwiek by się stało.
      W drodze do drzwi wyjściowych usłyszałem wysoki ton głosu wołający mnie.
      Czego on chciał? Nic już się nie dało wytłumaczyć. Nic!
      Byłem załamany.
      Czego się spodziewałem? Czego? Nie pasuje nigdzie. Jestem tylko obiektem śmiechu. Powinienem zamieszkać był w cyrku. W nim przynajmniej bym się przyzwyczaił do takiego traktowania. Tata miał rację. Do niczego się nie nadaję.
      Mój tok myślenia za czasów uwielbienia ojca.
      Usiadłem w jednym z zaułków na błotnistej ziemi. Nie przejmowałem się, że było brudno, miałem tyle par spodni, że mogłem wytapetować nimi ściany w swoim pokoju.
      Usłyszałem powolne kroki. Miałem nadzieję, że to będzie ojciec, który mnie stąd zabierze...
      Białe włosy zostały schowane za ucho, dzięki czemu moje oczy spotkały spojrzenie tych zielonych.
      
      - Przepraszam, że...
      
      Krzyknąłem zwijając się z bólu.
      Scott mówiąc dotknął palcami mojej dłoni. Jego magia była o wiele silniejsza od mojej – sielnie mnie oparzyła.  Nie panował nad nią.
      Anioł ponownie przeprosił. Wytłumaczył, że jego siostra zamieniła alkohol w jego butelkach w wodę, aby się nie upił, ani nie przegrał zakładu. Oprócz niego i Kuny nikt już o tym niewiedział, dlatego, kiedy zaczął grać pijanego przyjaciel jego siostry tak zareagował. Nie spodziewali się takiej reakcji na tę szopkę.
      Nie chciało mi się w to wierzyć.
      
      - Kłamiesz.
      
      - Dlaczego miałbym cię okłamywać? Nie kłamię, naprawdę. - Zbliżył swą twarz ku mojej. - Wygrałeś zakład. Wypiłeś więcej ode mnie.
      
      Zapiekły mnie usta, jakby ktoś przyłożył do nich rozżarzone węgle, z ust ból rozszedł się na kark i tę samą dłoń co wcześniej. Bolało, choć nie tak bardzo jak pierwsze dotknięcie.
      Nagle gwałtownie postawiono mnie za włosy na nogi. Po chwili ta sama osoba, co mnie podniosła rzuciła mną na odległość pięciu metrów.
      Głowa uderzyła o ceglany murek. Spróbowałem wstać, ale długie mocne ręce przetrzymywały mnie.
      Wiedziałem już, że mam kłopoty.


Drugiej części tu nie ma, więc nie warto szukać jej wśród postów pod etykietą "Twórczość", jeśli kogoś to interesuje można ją przeczytać TUTAJ, a przynajmniej mam nadzieję, że będziecie mogli odczytać ten link. Duże zmiany zamierzam zrobić na tym blogu w nowym roku szkolnym (ale o tym kiedy indziej), dlatego cieszcie się mą twórczością póki możecie. :p W któryś dzień usunę "Dargoradskie listy" stąd, tak samo poprzednie opowiadanie.
A więc miłego czytania oraz komentowania!
Obrazek jest z Internetu.

niedziela, 27 lipca 2014

"Terminal"



Tytuł filmu: Terminal
Tytuł oryginału: The terminal
Reżyser: Steven Spielberg
Scenarzyści: Sacha Gervasi, Jeff Nathanson
Czas trwania filmu: 128 minut
Produkcja: USA
Data światowej premiery: 9 czerwca 2004 r.
Data polskiej premiery: 10 września 2004 r.
Wybrani aktorzy:
Tom Hanks – Wiktor Naworski
Catherine Zeta-Jones – Amelia Warren
Stanley Tucci (znany z roli Caesara Flickermana w ) – Frank Dixon
Diego Luna - Enrique Cruz
Kumar Pallana – Gupta Rajan

Opis filmu: Wiktor Naworski pochodzi z (wymyślonego) kraju zwanego Krakozją (wg. Wikipedii nazwa pochodzi od polskiego Krakowa, co może być prawdą…). Niestety do czasu, kiedy Naworski ląduje w USA w jego kraju dochodzi do wojny domowej, co skutkuje nie ważnością wiz (nie wiem jak się pisze te słowo) i paszportu. Stany Zjednoczone nie uznają na razie Krakozji jako państwa. Wiktor Naworski nie może przekroczyć amerykańskiej ziemi, musi… zamieszkać na lotnisku.

Film leciał wczoraj w telewizji, jeśli dobrze sobie przypominam na TVNie lub Polsacie. Jest dość lekki i śmieszny, choć przecież zabawnym nie jest, że facet musi siedzieć na lotnisku do nie  wiadomo kiedy. Fabuła pokazuje, jak się do tego przygotowywał. Skąd główny bohater brał pieniądze na jedzenie itp. Ogólnie jego życie na lotnisku. Film byłby raczej nudny, gdyby nie był komedią. Myślę, że na początku było najśmieszniej. Język Krakozji jest chyba mieszanką języków słowiańskich, dlatego można usłyszeć w filmie parę zwrotów podobnych do polskich. Naworski nie umie za dobrze języka angielskiego, dlatego wynikają z tego różne głupie sytuacje.
Nie ukrywam, że i tak przez cały film Tom Hanks kojarzył mi się z rolą Roberta Langdona  z adaptacji książek Dana Browna.

Film był z lektorem, co moim zdaniem jest chyba lepsze, niż dubbing, zważywszy, że jak p. Hanks mówił coś zrozumiałego dla polskich widzów, zwyczajnie lektora nie było. Nie wiem jak jest z dubbingiem, ale raczej takich rzeczy nie ma. 

wtorek, 22 lipca 2014

Zdjęcia z Niemiec







Zdjęcia zrobione w kopalni i koksowni węgla w Essen, nad Deutsches Eck i przy/na piramidzie widokowej.

poniedziałek, 21 lipca 2014

"Złodziejka książek"



Tytuł: Złodziejka książek
Tytuł oryginału: The Book Thief
Autor: Markus Zusak
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania:ogólnie 2008, ale, że okładka filmowa 2014
Ilość stron: 495

"Odwaga, wobec której brak słów."

Od razu zastrzegam, że książkę przeczytałam troszeczkę wcześniej, niż piszę recenzję. Recenzja pojawia się o pięć dni później przez wyjazd za granicę, gdzie nie miałam jak pisać postów. Jutro dodam zdjęcia z wyjazdu, jeśli zdążę je lekko wyprostować w photoshopie (tak to jest jak się robi zdjęcie na szybko).

Na książkę natrafiłam, dzięki jej adaptacji. To właśnie jest według mnie jeden z plus filmów stworzonych na podstawie książek. Bez niego nie dowiedziałabym się najprawdopodobniej nigdy o Złodziejce książek, a nie żałuję przeczytania jej.
Myślałam, że książki o wojnach niezbyt mi się spodobają, ale jak na razie spotykam się z zaskoczeniem. Dywizjon 303, Złodziejka książek, w trzeciej klasie jeszcze chyba dwie... Właśnie. Złodziejka książek.
 O czym ona opowiada?
Liesiel Meminger ma ok. dziesięciu lat, kiedy jej młodszy brat umiera w pociągu, znajduje pierwszą książkę i zostaje przeniesiona do innej rodziny, która ma jej zapewnić lepszy byt. Hm, początek troszeczkę przypominający "Anię z Zielonego Wzgórza". Jest dziewczynka, która jest... jakby nie chciana, zastępcza matka, która jest oschłą osobą i ten dobry mężczyzna. Tutaj mąż Rosy (teraz już matka Liesel). Przez większość stron dowiadujemy się o życiu dziewczynki, o jej dorastaniu w zastępczej rodzinie, wojnie i jej skutkach. Piszę "przez większość książki", ponieważ parę stron zajmują opisy zdarzeń nie związanych z dziewczyną.
Liesel jest Niemką i wychowuje się w hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Można by od razu napisać, że była surowa, poważna i nienawidziła wszystkich tych co Adolf Hitler. No cóż... mylne spostrzeżenia. Dziewczyna i jej rodzina jest wbrew przykładowi Niemców. Zaprzyjaźnia się z Żydem. Przyjaźń niebezpieczna w tamtych czasach.
Fabuła mówi... o dzieciństwie w czasie II Wojny Światowej, dorastaniu, miłości, przyjaźni. Przy pewnym momencie się popłakałam. Nie napiszę na jakim, bo to spoiler. Na sto procent polecam tę książkę. Może, gdyby miałaby mniej stron byłaby lekturą szkolną, ponieważ z pewnością jest o czym po niej rozmawiać.
Jeszcze tylko wrócę do narratora. Narrator nie spotykany. W niektórych wydarzeniach nie brał udziału, a w niektórych tak i piszę jako obserwator, a jeszcze kiedy indziej udziela się w narracji pierwszoosobowej. Postać narratora jest owiana w pewnym sensie tajemnicą, choć pierwszy rozdział już daje nam małą podpowiedź kim on jest...
Ocena: 10/10

Zwiastun filmu:


"Po co są słowa? Świat bez słów wyglądałby inaczej. Bez słów Führer byłby niczym. Nie byłoby kulejących więźniów, nie byłoby potrzeby pocieszania się oszukańczymi słowami.
No więc po co są słowa?
Liesel powtórzyła to jeszcze raz na głos, mówiąc do ścian oświetlonej na pomarańczowo biblioteki:
- Po co są słowa?"