sobota, 30 sierpnia 2014

Obawy dotyczące trzeciej klasy ;)

Może to wydawać się śmieszne, ale ja naprawdę mam małe obawy przed ostatnią klasą gimnazjum. ;) Nie są one jakoś przejmujące, chyba większość trzecioklasistów miała/ma/będzie mieć podobne. Nie paraliżują mnie, ale są i postanowiłam sobie o nich napisać. Jeden z zaplanowanych postów.

Zacznę od tego co najbliżej, czyli balu trzecioklasisty przed zimowym feriami. Wydawać się to może odległy temat, ale... Na balu trzeba będzie zatańczyć poloneza! A co z tym się wiążę – zatańczyć z którymś z chłopaków. Niestety dziewczyn jest więcej w mojej klasie, dlatego te co zostaną będą musiały zatańczyć z którymś chłopakiem z drugiej lub pierwszej klasy. Podobno nie można zapraszać jakiegoś z zewnątrz. Na dodatek głównie trzeba się będzie dobrać pod wzrost. Jestem jedną z najniższych dziewczyn w klasie i jeśli patrzeć na chłopaków (z mojej klasy) pod względem wzrostu to znajdzie się tylko jeden o mniej więcej pasującym wzroście. A przynajmniej tak było przez ostatnie dwa lata, może urósł przez wakacje. Nawet, jeśli nie urósł to jest tylko jeden. A dziewczyn niskich (ze mną) jest co najmniej trzy. Któreś będą musiały mieć kogoś z innej klasy. Właśnie, boję się, że to będę ja... Nie chciałabym tańczyć z jakimś obcym chłopakiem. W gruncie rzeczy, jeżeli zna się kogoś dwa lata to jest inaczej, nawet jeśli jest łobuzem. No i oczywiście te dziewczyny co są w normalnym wzroście i chłopaki będą mieli większy i lepszy wybór partnera/partnerki do tańca.
Dziewczyna nie może mieć spodni na balu. Cóż... Dawno... Dawno nie nosiłam sukienki. Nie lubię tego typu rzeczy. W tym roku szkolnym miałam ją tylko raz i to nawet była sportowa sukienka. Bardziej tunika. A tutaj... I jeszcze rajstopy... Masakra. Aha, i jeszcze baletki. Dziewczyny umówiły się, że mają być na obcasie/obcasiku... Ostatni raz buty na podwyższeniu miałam na pierwszej komunii. Po prostu nie jestem dziewczyną, która lubi takie rzeczy. Ale trzeba będzie to przeżyć...
Słowo „bal” mówi samo za siebie. Oprócz poloneza będą jeszcze inne tańce i zabawy. Hm, nie lubię tańczyć i jakoś nie bawi mnie to. Powtórzę początek zdania. Nie jestem typem zabawowca.

Testy trzecioklasisty. Trzy dni udręki. Oczywiście, jeśli się uczyłam to nie ma czego się bać. Może nie tyle się boję, że nie będę czegoś umiała, co że zabraknie mi czasu. Najgorzej mi chodzi o zadania otwarte z polskiego, matematyki i angielskiego. W matematycznych trzeba obliczać różne rzeczy, a spieszyć się... Jak się uczeń spieszy to popełnia błędy. W pozostałych przedmioto -zadaniach trzeba wymyślić jakiś logiczny tekst. A wymyślić na poczekaniu piękny i pasujący tekst wcale tak łatwo nie napisać.
Mam nadzieję, że nie będzie również tak jak na próbnym próbnego sprawdzianie trzecioklasisty w drugiej klasie, że dużo osób przeszkadzało innym. Rozumiem, każdy się denerwuje, ale zacięte pstrykanie długopisem, czy stukanie butem o podłogę, naprawdę rozprasza. Albo głosy z zewnątrz, a zwłaszcza wtedy, kiedy można się ich pozbyć, ale nie zrobią tego nauczyciele, chociaż większości to przeszkadza. Ale teraz będzie naprawdę, czyli raczej będzie okay.

Co tam jeszcze...
Pożegnanie szkoły może być smutne. Znowu te pożegnania, kwiaty... Ledwo co było przecież zakończenie podstawówki, a tu ponownie... Dlaczego tak musi być? Ta klasa jest naprawdę w porządku. Ma swoje minusy, ale jednak... :)

piątek, 29 sierpnia 2014

"Anioły i demony" (póki co, na razie ostatnia recenzja)



Tytuł: Anioły i demony
Tytuł oryginału: Angels and demons
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Albatros i Sonia Draga
Rok wydania: 2005
Ilość stron: 560

I następne spotkanie z Robertem Langdonem i jego twórcą… Tak się kończy wycieczka do biblioteki, gdzie polecają ci „Pamiętniki Wampirów”. ;)
Ale jakoś nie żałuję tego, że sięgnęłam po następną książkę Dana Browna. Nawet zdaję mi się, że Anioły i demony są lepsze niż Kod Leonarda da Vinci. Co prawda parę elementów jest podobnych, ale to da się odkryć dopiero po przeanalizowaniu tekstu i pomyśleniu. O w poprzedniej książce było coś podobnego!

Tym razem harvardzki profesor ma tylko parę godzin na rozwiązanie zagadki zniknięcia czterech kardynałów oraz ich uratowanie, napiętnowania starożytnym symbolem księdza – naukowca i odnalezienia antymaterii – przeciwieństwa materii, która niezabezpieczona, może siać wielkie zniszczenie. Tak… Bo wszystko zaczęło się od niej. Dwoje naukowców z CERN-u (taki ośrodek naukowy w Szwajcarii) odkryło wcześniej wymienioną antymaterię, któregoś dnia dyrektor ośrodka znajduje jednego z nich martwego. Na piersi zamordowanego jest wypalony napis (ambigram) Illuminati. Od tej chwili do akcji wkracza badacz religijnych symboli – Robert.

Cały podstęp pięknie zakamuflowany. Czy naprawdę Iluminaci powrócili i chcą zemsty? A może to jedno wielkie oszustwo? Walka nauki i religii. Czy można te dwie dziedziny połączyć? Jedna z osób w książce tak bardzo zapiera się, że nie, że… Hm, tak bardzo wierzy w swoją misję, że to wydaje się już chore.

Cytaty:
„ – Czy wierzy pan w Boga, panie Langdon?
(…)
- Chciałbym wierzyć – usłyszał własny głos.
- To dlaczego pan nie wierzy? – W głosie Vittorii nie było osądu ani prowokacji.
Zaśmiał się krótko.
- No, cóż to nie takie proste. Żeby posiadać wiarę, trzeb wierzyć w rzeczy niemożliwe do sprawdzenia, zaakceptować istnienie cudów, niepokalanego poczęcia i boskiej interwencji. Poza tym są jeszcze kodeksy postępowania. Czy weźmiemy pod uwagę Biblię, Koran czy Torę… wszędzie znajdziemy podobne wymagania i podobne kary. Według nich, kto nie żyje zgodnie z odpowiednimi zasadami, pójdzie do piekła. Nie potrafię wyobrazić sobie Boga, który by w taki sposób rządził.”

„Natura posiada wiele tajemnic, które dopiero zostaną odkryte.”

„(…)
- No, właśnie! – Chartrand wiedział, że kamerling go zrozumie. – Na świecie dzieją się straszne rzeczy. Ludzkie tragedie świadczą raczej o tym, że Bóg nie może być jednocześnie wszechmocny i mieć dobre intencje. Gdyby nas kochał i posiadał moc, by zmienić naszą sytuację, to uchroniły nas przed cierpieniem, prawda?
Kamerling zmarszczył brwi.
- Czy rzeczywiście?
(…)
- No… jeśli Bóg nas Kocha i potrafi nas chronić, to musiałby to robić. Wygląda na to, że jest On albo wszechmocny i o nas nie dba, albo łaskawy i nie ma mocy, by nam pomóc.
- Ma pan dzieci, poruczniku?
Chartrand zaczerwienił się.
- Nie, signore.
- Wyobraź sobie, że masz ośmioletniego syna… Kochałbyś go?
- Oczywiście.
- Czy zrobiłbyś wszystko, co w twojej mocy, żeby uchronić go przed cierpieniem w życiu?
- Oczywiście.
- Czy pozwoliłbyś mu jeździć na desce?
To pytanie go zaskoczyło. Kamerling zawsze był dziwnie >>na czasie<< jak na księdza.
- No, chyba tak – odparł. – Oczywiście, że bym mu pozwolił, ale przestrzegłbym go, żeby był ostrożny.
- Zatem jako ojciec tego dziecka udzieliłbyś mi pewnych podstawowych dobrych rad, a potem pozwoliłbyś mu odejść i popełniać błędy?
- Nie biegałbym za nim i nie rozpieszczał go, jeśli o to ojcu chodzi.
- A jeśli upadłby i zdarł sobie kolana?
- Nauczyłby się bardziej uważać.
Kamerling uśmiechnął się.
- Zatem chociaż posiadałbyś moc, żeby interweniować i uchronić swoje dziecko przed bólem, zdecydowałbyś się okazać mu miłość, pozwalając mu uczyć się samemu?"

wtorek, 26 sierpnia 2014

"Noe: Wybrany przez Boga"



Tytuł filmu: Noe: Wybrany przez Boga
Tytuł oryginalny: Noah
Reżyseria: Darren Aronofsky
Scenariusz: „Darren Aronofsky i Ari Handel na podstawie komiksu pt.: "Noe. Za niegodziwość ludzi"
Produkcja: USA
Premiera światowa: 26 marca 2014 r.
Premiera polska: 28 marca 2014 r.
Wybrani aktorzy:
Russell Crowe – Noe
Jennifer Connely – Naameh
Anthony Hopkins – Matuzalem
Logan Lerman – Cham
Douglas Booth – Sem
Emma Watson – Ila
Ray Winstone – Tubal-Kain (to jest jedna rola)

Wszyscy znają chyba historię Noego i potopu. Nie ważne, czy z Biblii, czy z opowieści dla dzieci (chodzi mi o takie wersję Biblii dla dzieci, gdzie wszystko tam jest opisane w łatwy sposób i wszystkiego tam nie ma) lub bajek, czy z filmów. Większość ludzi ją zna. Przepraszam, teraz tak czytam i Noe występuje również w Koranie i Torze. Tak więc większość ludzi na Ziemi „zna” go.

Nie znam za dobrze tej historii z Biblii. Wiem tylko to co najważniejsze, to co przeczytałam jak byłam młodsza. Niestety (hm, przepraszam, że to napiszę), ale na religii w podstawówce, czy w gimnazjum nie ma za dużo o Starym Testamencie i to mi się wydaję dziwne, skoro wiara katolicka jest oparta na dwóch częściach Pisma Świętego. Nie wiem jak u Was, ale u mnie w mieście i na rocznice pierwszej komunii świętej, i na bierzmowanie dostaje się tylko Nowy Testament. Przez to też zdziwiło mnie, gdy na początku oprócz wymienionych synów Adama i Ewy: Abla i Kaina, powiedzieli o Setcie (nie wiem jak odmienić to imię). Słychać o historii dwóch braci, ale jestem ciekawa, czy tyle samo ludzi słyszało o tym trzecim.
Okej, dlaczego piszę o tym? Ponieważ Noe jest/był którymś pokoleniem Seta.

Wracając już tak naprawdę do filmu. ;) Moim zdaniem jest ciekawy. Co prawda są momenty, które mi się nie podobały np. jest taki moment, gdzie pojawia się film, czarnieje i tak kilka razy. To nie wina odtwarzacza. ;) Czasami również było troszeczkę za ciemno, ale to drobnostka.
Ogólnie może film nie pokazuje całej, prawdziwej historii Noego. Chyba. Ale jest wart obejrzenia. W kinie efekty 3D musiały być niezłe! J
Jedna z moich ulubionych scen to ta, gdzie Noe (Russell Crowe) opowiada o stworzeniu świata, pierwszym grzechu i Kainie oraz Ablu. Historia stworzenia Ziemi jest pokazana… Ziemia kształtuje się z pyłów w kosmosie. Bardzo ciekawie jest to wszystko pokazane, a moment, kiedy Kain ma zabić Abla, jest tak jakby ukazany w ciągu wielu lat. Okej, pomieszałam. Jest Kain i Abel. I później szybko zmieniają się postacie między innymi żołnierze. A broń Kaina zamienia się w szpady, miecze, pistolety. 

niedziela, 24 sierpnia 2014

II Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców

Jak może już wiecie (chyba wiele razy się tym chwaliłam :-/ xD) wczoraj, czyli 23 sierpnia byłam w Poznaniu na zlocie NŁ. :D
Najpierw musiałam wstać o ok. szóstej rano, ponieważ pociąg z przesiadką do Poznania miałam na prawie siódmą. Szybciej by było jechać samochodem, ale później trzeba by było szukać parkingu i w ogóle, a tak problem z głowy. Zwłaszcza, że zlot odbył się na Międzynarodowych Targach Poznańskich, a stamtąd jest blisko do dworca PKP.
Pierwsza i zarazem ostatnia przesiadka była w Pile. A z Piły już prosto do Poznania! :)
Na miejscu byłam już o 10 (cała godzina do zbiórki), dlatego zdążyłam jeszcze coś wypić gorącego i pochodzić. Jednak po chyba pół godzinie już poszłam na zbiórkę. Jak się spodziewałam już byli ludzie.
Jeśli dobrze mi się zdaję to punktualnie o ustalonej godzinie organizatorki wpuściły polskich Nocnych Łowców na teren zlotu. Oczywiście najpierw trzeba było przejść przez bramki, odczekać się w kolejce... ;) Na dzień dobry, każdy uczestnik dostawał paczkę startową, gdzie był między innymi plakat, długopis i identyfikator.
Każda grupa miała swój kolor. Ja - jako Fairchild miałam zieloną tasiemkę/wstążeczkę do identyfikatora.

Zlot był świetny! Nie wiem jak inni, ale ja się nie nudziłam, choć nie brałam udziału w zabawach (no może w jednej obowiązkowej). Po prostu nie jestem z tych ludzi, co się rwą do takich rzeczy. ;) Może za rok (jeśli będzie następny, a mam nadzieję, że tak) będzie lepiej. Co chwila jakieś konkursy, rywalizacje grup. Śmiech. Po prostu bomba! :D
Minusem może było tylko to, że było trochę za dużo ludzi. Był czasem hałas i nic nie dało się usłyszeć. Ale to nie wina organizatorek, bo one prosiły (nawet raz dość donośnie xD), ale niektórzy i tak swoje.
Prawie gdzieś w środku zlotu pojawił się obiad. No dobrze, każdy musiał podejść po niego. xD Tak więc wszystko zapewnione: picie, jedzenie.

Pewnie/ może bawiłabym się lepiej, gdybym nie musiała iść szybciej (pociąg). :-/ Akurat wtedy były zdjęcia i czas na wymienianie się telefonami i mailami... No trudno.

Ale zlot był świetny! DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY TAM BYLI ZA UDANY DZIEŃ! A FAIRCHILDOWIE WYGRALI! :D


piątek, 15 sierpnia 2014

Zloty

UWAGA: Nie piszę w tym poście o: II Ogólnopolskim Zlocie Nocnych Łowców, takich na serio prawdziwych zlotach. Piszę ze strony osoby, która przegląda różne zloty i chciałaby w jakimś uczestniczyć. Nie piszę jako uczestnik.


Podstawowe pytanie: czym dla mnie jest zlot? Zlot to według mnie duża impreza (nie w sensie dosłownym), która gromadzi ludzi o tych samych zainteresowaniach.
Chyba dużo ludzi chciałoby zorganizować taki zlot. Niestety niektórzy wprowadzają ten plan w życie i wychodzi jak wychodzi. Żeby zorganizować zlot musisz mieć pewne cechy (oprócz pełnoletności): pracowitość, zaradność i takie tam. Dlaczego? Sprawa jest prosta. Zorganizowanie takiego przedsięwzięcia wymaga czasu, zorganizowania, pomysłowości. To nie jest projekt - już, teraz. Jeśli chodzi o wiek... No przydałoby się, żeby byli jacyś dojrzali opiekunowie skoro nie ma ograniczonego wieku wstępu. Rodzice raczej nie puszczą dzieci w ręce małolatów, a zresztą gdy się gdzieś zgłasza taką imprezę (tak, trzeba zgłaszać takie rzeczy) to raczej jest wymagana pełnoletność. Warto również jakoś fajnie to wszystko zorganizować. Salę, datę (bez przekładania terminów, bo człowiek się później gubi), atrakcję. Zaplanować sobie pogody nie możemy, dlatego wynajęta sala jest najodpowiedniejsza. Atrakcję... One mogą być różne: konkursy, współzawodniczenie grup. To jest bezsensu, jeśli ludzie sobie siedzą na krzesełkach i ciągle słuchają organizatorów albo oglądają ich kolekcje zebranych rzeczy.

A teraz tak oglądając niektóre zloty (fandomów książek lub filmów).
1. Nie umieją zrobić reklamy zlotu i zwyczajnie mało ludzi o nim wie. Po prostu robią wydarzenie na Facebooku i tyle. No może jeszcze na swojej stronie na fb wzmiankują o tym. Niektórzy są tak genialni, że nie robią wydarzenia tylko grupę, którą blokują i zwykły śmiertelnik i nie może sobie zobaczyć, czy go to interesuje, czy nie. Musi wysłać prośbę o przyjęcie do grupy.
2. Fandomy się nie zgrywają. Mam na myśli to, że oczywiście na fejsie jest dużo podstron dla fandomów. Chyba nigdzie nie ma tylko jednego. Jakaś mniejsza strona nie zauważy, że inna robi już takie zloty, albo widzi, ale nadal się upiera przy swoim i powstaję następny zlot o tym samym!
3. Zloty powinny być dla większości Polaków. A jednak te mniejsze zloty robią sobie coś takiego, że spotykają się w jakimś tam mieście co roku i... no cóż z innej części Polski ludzie nie mają już dostępu do niego. Lub może inaczej. Może mieliby, gdyby on był lepszy. Często takie zloty to po prostu spotkanie grupki osób i tyle. Nawet zlotem tego nie można nazwać.
4. Jeśli się planuje zlot to musi być wcześniej wybrane miejsce, a nie dopiero ustalane. To się tyczy raczej tych pomniejszych zlotów.

Nie wiem czemu miał służyć ten post, ale... Ludzie ogarnijcie się z tym zakładaniem zlotów. Przemyślcie sobie sto razy tę decyzję. Zobaczcie, czy taki zlot istnieje i może udajcie się na niego. Jeśli tak bardzo chcecie wziąć udział inaczej w zlocie to spytajcie się organizatorów, czy nie potrzebują pomocy. Może akurat to będzie lepsze rozwiązanie, niż mieszanie ludziom w głowach.


czwartek, 7 sierpnia 2014

"Kod Leonarda da Vinci"

Tytuł: Kod Leonarda da Vinci
Tytuł oryginału: The da Vinci Code
Autor: Dan Brown
Wydawnictwo: Sonia Draga, Albatros A. Kuryłowicz
Rok wydania: 2005
Ilość stron: 561 + rozdzialik jakiegoś Polaka na temat fabuły książki

To pierwsze moje spotkanie z tego typu książką i autorem. Dlatego nie mogę porównać do inny utworów tego typu. ;) Książka dość... kontrowersyjna. Zwłaszcza dla ludzi mocno wierzących i tych co nie rozumieją, co to fikcja literacka. Jedni będą gadać na Dana Browna, że obraził kościół i takie tam, tak jak ten Polak na końcu książki (przynajmniej w moim mniemaniu nie spodobała się temu człowiekowi fabuła), a inni... no, po prostu książka. Gdybyśmy wyszukiwali się w każdej lekturze czegoś... Jakby zakazanego, to nieźle by było. Autor nie musi pisać prawdy. To nie jest książka historyczna.

No dobrze, ale najpierw Wam przybliżę mniej więcej fabułę. Pewnego wieczoru w Paryżu zostaje zabitych czterech ludzi. Jednym z nich jest kustosz Luwru - Jacques Sauniere (nad pierwszym "e" powinna być taka kreska nachylona w prawo). Zostawia on tajemniczą wiadomość dla kryptologa i badacza symboli - Roberta Langdona. Ogólną tematyką jest św. Graal, zagubiona w historii boskość kobiety i Zakon Syjonu.
Strzelam, że każdy coś słyszał na temat Graala, a o Zakonie Syjonu chyba mniej, więc tak: Zakon Syjonu naprawdę istnieje, jest tajnym stowarzyszeniem w Europie, został założony 1099 r. według znalezionych dokumentów Les Dossiers Secrets jednym z ich mistrzów był Leonardo da Vinci. Jeśli dobrze pamiętam występują w książce trzy obrazy malarza, jeden szkic i parę jego wynalazków.

Ogólnie rzecz biorąc co może się komuś nie spodobać? Pogląd autora na kościół katolicki. Jest on ukazany z tej gorszej strony. Co jakoś szczególnie mnie nie zaskakuje, ponieważ kościół to taka instytucja, która hm, nie jest do końca chyba znana wszystkim w stu procentach. Ma swoje tajemnice. Kiedyś chrześcijaństwo, nie było takie jak dzisiaj, a i teraz nie jest bez skaz. Niektórych autorów może to inspirować. Oczywiście zaraz ktoś powie, że autor chce się sprzedać, mieć kasę, być popularnym, dlatego wziął się za taki temat. Cóż... może i popularność Browna wzrosła po tej książce, ale, czy naprawdę o to chodzi? Nie on jeden inspirował się taką tematyką. Ale też trzeba umieć napisać dobrze. Co z tego, że chwytliwi temat, skoro źle napisany? A zresztą popularność swoją drogą, ale pewnie jeszcze jest nienawiść. Z tym też muszą się liczyć tacy autorzy.

Jeśli chodzi o fabułę to nie mam zastrzeżeń. Może tylko do tego, że od jednego momentu już wiedziałam, kto jest zagadkową postacią Nauczyciela, który nikomu się nie ujawniał. Może to wina autora, może moja, że jestem taka bystra. xD
Spodobało mi się podejście do symboli. W sensie takim, że są one inaczej pokazane... Och, mam na myśli, że wg. definicji symbol ma wiele znaczeń, a nasze społeczeństwo często się opiera na jednym. Mogłabym podać przykład spotkania w mojej szkole z teologiem na temat symboliki antychrześcijańskiej, ale nie mam ochoty, bo po upływie czasu stwierdzam, że ten teolog tylko nam mówił co sobie sataniści wzięli za swoje symbole i tyle. Nie było nic na temat innych znaczeń, historii, nic. W internecie jak szukałam innych symboli takich anty, to wyszła nawet Gwiazda Dawida, więc... no, to jest już chyba dziwne. Ktoś narysuje taką gwiazdę i co? Już to jest zło? A przecież to symbol judaizmu. Więc już widzicie.
Zeszłam już z tematu..., dlatego już kończę. ;)

Uwagi mam jeszcze do tego tłumaczenia. W rozdziale Polaka jest napisane, że w związku z taką tematyką musieli pozmieniać trochę w tłumaczeniu. Słucham? Jakim prawem wydawnictwo, czy tłumacz zmienia sobie treść książki. Może w małym stopniu, ale jednak. Fabuła jest autora. Ludzie tłumaczący nie powinni kierować się wiarą przy tłumaczeniu. Zabrzmiało to gorzko, ale taka prawda. Czytelnik chce czytać prawdziwe tłumaczenia i to od niego zależy, czy go to urazi, czy nie. Właśnie, nie rozumiem, dlaczego dołączyli ten rozdział jakiegoś tam Polaka, i to jeszcze (miałam wrażenie) subiektywny. Dlaczego ludziom nie da się zdecydować, samemu wybrać? Wiadomo, że po przeczytaniu subiektywnych opinii, często mamy podobne, albo mniej więcej. Moje recenzję są takie i nie piszę, że nie. Każdy ma swój gust i inaczej patrzy na książkę. Ale po co to w książce? Okej, Polak pisze, że treść niektórych dokumentów się nie zgadza z książką, no, ale czy kogoś to szczególnie obchodzi? 

Cytat:
"-(...) - Nowa, kształtująca się władza przeważnie przejmuje istniejące symbole i z czasem degraduje je, by zatrzeć ich znaczenie. W zmaganiach między symbolami pogańskimi a symbolami chrześcijańskimi poganie przegrali; trójząb Posejdona stał się widłami diabła, szpiczasty kapelusz mądrej starej kobiety stał się symbolem wiedźmy, a pentagram Wenus znakiem szatana. - Langdon przerwał. - Niestety armia Stanów Zjednoczonych również sprofanowała pentagram; jest teraz naszym najważniejszym symbolem wojny. Malujemy go na wszystkich odrzutowcach bojowych i zawieszamy na ramionach generałów. - To wyczerpuje kwestię o bogini miłości i piękna."


wtorek, 5 sierpnia 2014

Absurdalność ocen szkolnych

Obiecałam, więc piszę. Ten temat ciąży mi od roku szkolnego. Może nie tyle oceny, co gratisowe opinie nauczycieli do nich. Nie piszę tylko o swoich ocenach, o swoich kolegów i koleżankach też. Zwłaszcza, że przez te dwa lata bardziej się ich zna, niż nauczyciele. Oni patrzą głównie na uczniów przez pryzmat oceny. No, przynajmniej niektórzy. Przykład? Czy jest ktoś kto nie spotkał się nigdy w życiu z takim czymś?: Jakaś osoba dostała jedynkę (zwykły uczeń, który nie należy do skrajności nauki) i już nauczyciel mówi: "nie uczyłeś się!" i tym podobnie. A nie zawsze tak jest, że złą ocenę dostajemy przez to, że się nie uczyliśmy! Owszem, są osoby, które nie lubią się uczyć i mają gdzieś, że dostaną jedynkę, ale myślę, że te też się zgrywają, że niby go to nie obchodzi. W każdym razie, czy to nie uprzedzenie? Od dawna się przyjęło, że ten co ma słabe oceny, nie uczy się. A może nie ma jak lub kiedy? Są różne sytuacje życiowe. Czasem człowiek jest nimi tak zdołowany, że nie ma siły sięgnąć po książkę i wkuwać. A kogo to obchodzi w szkole? Wątpię, aby na serio kogoś. Może interesują się wtedy, kiedy z szóstkowego ucznia robi się (niech będzie) dwójkowy. Wtedy naprawdę widać. A tak?

Przykład takich przedmiotów jak fizyka, chemia, matematyka, język polski... Głównie przedmioty ścisłe. Uczymy się wzorów, a później piszemy sprawdziany i kartkówki. Wiemy, że się uczyliśmy, pamiętamy wzory i...
1. W momencie, gdy dostajemy kartkę - pustka! Kurcze, przed chwilą pamiętałam, a teraz... No, zdarza się. Najgorzej jest tylko jak później się wytłumaczyć nauczycielowi. Nie da się. Ocenił twoją wiedzę i bum.
2. Jakieś niestworzone zadania daje w których niby tylko trzeba się kierować wzorami... A idź! Mam/miałam (sama nie wiem, czy będzie uczył w następnym roku) takiego nauczyciela, który dawał dodatkowo tylko do obliczenia... Jest wzór i trzeba podzielić liczby. A te liczby są tak długie i dziwne, że musi minąć jakieś dziesięć minut, aby wynik ci wyszedł z liczbami po przecinku. Przecież takie coś zajmuje więcej czasu, niż zadania! A później, że nie rozwiązałeś większości zadań...

Jest tyle przykładów na świecie, w Polsce... nie umiesz jednego na milion i już koniec. Bo przecież znałeś metodę. Ale czasem się nie da zrobić wszystkiego. To moim zdaniem jest złe. Co z tego, że umiem 90% innych podobnych zadań, skoro nie umiem 10%, które są na teście? Nikomu później tego nie wytłumaczysz!

W związku z tym jestem zdynstansowana do testów kończących trzy lata nauki. Nie ma takiej opcji, aby co roku były na tym samym poziomie! Jednego roku jest trudniejszy, a jednego łatwiejszy i tyle. Te testy układają ludzie. To tylko ludzie, nie wiem, co by musieli robić, żeby wszystko było jednakowe. Chcąc nie chcąc tak jest. I to boli. Ponownie przykład: parę z miliona.

Jedna z moich nauczycielek powiedziała kiedyś, że oceny muszą być, żeby uczniowie się uczyli. Gdyby ocen nie było nie byłoby nauki. Może i racja, ale również racja, że mogą one zniechęcić człowieka.