Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 maja 2018

"Kształt wody"

W podsumowaniu Oscarów pisałam, że zamierzam pójść do kina na film, który zdobył nagrodę w głównej kategorii. Tzn. na "Kształt wody". O mało, co nie zobaczyłabym tego filmu, ale dobrze mieć małe kina koło siebie w których niektóre filmy lecą grubo po premierze. I gdzie bilety są tańsze.
Jak zwykle to nie będzie, taka typowa filmowa recenzja. Zwłaszcza, że od seansu minął ponad miesiąc, a film (tak, już piszę z wyprzedzeniem) nie zachwycił mnie.

Właściwie o czym jest ten film? Akcja dzieje się (chyba) podczas zimnej wojny, w Ameryce. Elisa pracuje, takiej jakby bazie, laboratorium, które (jak to laboratorium) robi różne dziwne eksperymenty. Zwłaszcza, jeśli chodzi o ten jeden, który odmieni życie głównej bohaterki.
Pewnego do laboratorium zostaje przywieziony tajemniczy obiekt. Sekretne stworzenie, które zwiąże swój los z życiem Elisy...

Brzmi to trochę jak bajka? Poniekąd to jest bajka. Mroczna bajka dla dorosłych. Która albo serio jest dziwna, albo po prostu ja jej nie zrozumiałam i to, że uważam, że niektóre sceny były niepotrzebne to głupie gadanie. Okej, nie twierdzę, że rozumiem każdy film... Chociaż chyba ten jest mniej dziwny niż np. "Dziecko w czasie". Tamtego filmu w ogóle nie da się dobrze opisać.

Historia sama w sobie nie jest szczególnie przejmująca. Były wampiry, wilkołaki, jest coś odmiennego: morskie stworzenie. To wszystko już gdzieś się widziało. Nawet można przewidzieć, jak niektóre wątki się zakończą. Dla mnie nie było zaskoczeń w fabule. Oczekiwałam nawet jakiegoś rozwinięcia, jeśli chodzi o wątek Elisy, która nie potrafiła mówić przez wypadek, który zdarzył się jej w dzieciństwie. Bo naprawdę ten wątek jest trochę zagadkowy... Nie mogę się za bardzo rozwinąć na ten temat. A... Albo o nim zapomniano, albo go umniejszony. Lub to ja go zgubiłam.

Co właściwie trzyma fabułę według mnie? Postacie. Właściwie to relacje, które są między nimi. Ilość bohaterów nie poraża, więc teoretycznie nie jest sztuką ukazać to, co się dzieje pomiędzy czterema postaciami, ale to błąd. Wymaga to zdolności. Nawet jeśli jakiś bohater pojawia się epizodycznie to od razu widzimy tę relację: kto z kim i jaki ma stosunek do niego. Uważam, że należy się temu wyróżnienie, duży plus. Zwłaszcza początkowa więź Elisy z morskim stworzeniem. Ale początkowa.

Pod całą fabułą występują inne różne wątki, które są ważne lub nie. Potrzebne lub dodane ot, tak. Nie mnie to oceniać właściwie. Jeśli ktoś chcę obejrzeć ten film to niech to zrobi i sam oceni. Sam spróbuje znaleźć drugie dno, coś więcej. Myślę, że, tak został skonstruowany "Kształt wody".

Film posiada coś jeszcze lepszego, niż relacje międzyludzkie. Czym właściwie "Kształt wody" stoi. Większą część zawdzięcza efektom, wystrojowi i atmosferze. A nawet muzyce. To znaczy całej tej otoczce, która ma dopełnić fabułę, a tu po prostu ją tworzy. Gdyby nie było tych poszczególnych elementów, które nadają pewnego rodzaju mroku to nie byłoby to samo. To byłby inny film.

Nie będę rozważać na temat tego, czy to dobrze, czy nie, że "Kształt wody" dostał Oscara za najlepszy film, ponieważ.... Było, minęło. Myślę, że da się wyciągnąć moją opinię na ten temat z tekstu.


poniedziałek, 5 marca 2018

Podsumowanie Oscarów 2018

Nic nie pojawiło się przez luty... It doesn't matter. :D

Oscary śledzę, tak już z trzeci rok. Wcześniej to nie miało dla mnie jakiegoś dużego znaczenia. Okej, fajnie było obejrzeć jakiś film, który zdobył Oscara, ale poza tym... Jednak w pierwszej klasie liceum coś się zmieniło, zaczęłam bardziej śledzić nominacje i rozdanie nagród. Ale... Najczęściej nie wiedziałam o jakich filmach jest mowa podczas, że tak napiszę gali. 
Bo z tymi filmami jest problem w Polsce. To znaczy... Chodzi mi o to... Na pewno to zauważyliście: rzadko, który film, który dostaje nominacje (te główne między innymi) jest w w polskich kinach. Lub ma premierę po rozdaniu. Lub dopiero, jeśli dostanie Oscara. I to najczęściej seans trwa przez jeden, góra - kilka dni. Ale najczęściej przeciętny widz nie zobaczy tych filmów w kinach szeroko znanych. No bo po co ściągnąć film. Przecież i tak ludzie wolą rozrywkę... Tak było np. z "Patersonem" - był może jeden dzień? Rozumiem, że na premierę nikt nie ma wpływu, tzn. góra decyduje. Ale no... Jednak mogłoby się coś poprawić... 
W każdym razie w tym roku po raz pierwszy udało mi się obejrzeć większość filmów nominowanych w głównej kategorii (najlepszy film). Konkretnie 4 na 9. xD Mam swoją definicję większości. xD Ale resztę chcę obejrzeć. "Czwartą władzę" prawie bym obejrzała... Ale kino pozmieniało godziny seansów na te, które mi nie pasowały... Ale ogólnie słyszałam o reszcie filmów. Może na jeden jeszcze uda mi się pójść w marcu. A resztę jakoś znaleźć w Internecie... Jakoś. Bo tak właśnie obejrzałam poprzednie cztery (oprócz jednego)... No cóż, nie zawsze ma się okazję pójść do kina. I z kim. A w ogóle to bilety są drogie. Niestety. 



Krótka wypowiedź na temat niektórych kategorii:

1. Najlepszy film - nie oglądałam jeszcze "Kształtu wody", ale trzymałam kciuki za "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Ten film... Był, taki inny, odmienny. I nawet nie przeszkadzały przekleństwa. Czasem dla mnie był trochę dziwny, ale... Ta dziwność miała w sobie to coś. Nie odpychała.

2. Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Cóż... Mało filmów widziałam z Garym Oldmanem. Szczerze mówiąc, głównie go kojarzę z roli Syriusza Blacka. Ale myślałam, że może będzie nominowany za inny film w którym ma może i przeciętną rolę, ale dla mnie wyszedł tam fantastycznie ("Kosmos pomiędzy nami")... Wtedy jeszcze nie znałam "Czasu mroku", znaczy się tylko zwiastun. Po obejrzeniu filmu pomyślałam, że jednak ta rola jest lepsza. I rzeczywiście zasługuje na tę nominację. A nawet i na Oscara. W zastawieniu nie wiem, co robi Timothee Chalamet. Nic nie mam do chłopaka, jednak serio nominacja za rolę w "Call me by your name"? Mam specyficzne zdanie o tym filmie. Oraz o zachowaniu/grze tego aktora. Zatrzymam, jednak opinię dla siebie. Krótko mówiąc, to nie ten film. 

3.  Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - jak najbardziej Oscar zasłużony dla Frances McDormand! Była świetna w "Trzech billboardach..."! Co do Saorise Ronan... Znów się nie udało, niestety. Ale dziewczyna ma jeszcze czas, aby nadal grała w bardzo dobrych produkcjach, a na pewno dostanie, kiedyś Oscara. (Chociaż "Byzantium" było słabe...)

4. Najlepszy aktor drugoplanowy - również uważam, że Oscar zasłużony dla Sama Rockwella. Chociaż (jak w przypadku Frances McDormand) nie oglądałam nic więcej z jego udziałem. W każdym razie jego rola w "Trzech billboardach..." była bardzo dobra. Innych panów w swoich rolach nie widziałam. Oprócz Woody'ego Harrelsona.

5. Najlepsza piosenka - okej, rozumiem, że piosenki z bajek są fajne. Wpadają w ucho, ale to takie oczywiste... Prawie zawsze, jak jest nominowana piosenka z bajki to wiadomo, że ona wygra. Nie słyszałam tej piosenki ("Remember Me" z "Coco") i może nie mam prawa się wypowiadać, ale... To nie jest np. ten szum, co np. przy "Let it Go", gdzie rzeczywiście ta piosenka była czymś, wszędzie ona była. Praktycznie każdy ją zna. Okej, przesłucham teraz "Remember Me"... Nie mój styl. Trzymałam za nastrojową i ładną w moim mniemaniu piosenkę z "Call me by your name" - "Mystery of Love" Sufjana Stevensa. 

6. Najlepszy długometrażowy film animowany - naprawdę się zawiodłam. "Twój Vincent" to coś innego! To nie zwykła kreskóweczka, jakich wiele. Czy wcześniej był, taki film jak "Twój Vincent"? A takich bajek jak "Coco" było wiele i tyle na ten temat. Okej, jeśli nie "Twój Vincent" to chociaż "The Breadwinner"... Nic.




I to byłby koniec. Myślałam, że bardziej nagrodzą "Dunkierkę"... Chociaż, szczerze pisząc nie podobała mi się. Może napiszę post na temat tego sławnego "Kształtu wody", jeśli pójdę do kina na ten film. 

niedziela, 7 stycznia 2018

Pięć lat z blogiem




Nastała okrągła rocznica bloga. Jak to niektórzy mówią - urodziny. Akurat pokrywa się to z podsumowaniem roku 2017. Może to i lepiej, że jest to w tym samym czasie. Mniej więcej. Prawdopodobnie nie stworzyłabym osobnego postu, żeby oznajmić, że blog ma pięć lat. Bo po co. Post wyglądałby, tak samo jak podsumowanie roku. Może trochę dłuższe. Patrząc na cudowny licznik mało osób by o tym przeczytało. Chociaż jakoś chyba nigdy nie dbałam o promocję bloga... Patrząc na to, co było z poprzednim blogiem. Patrząc na niektóre okoliczności.
Tak, to nie jest mój pierwszy blog. Wcześniej... Chyba przez rok lub półtora posiadałam blog na interii. Niby było spoko, ale jednak czegoś w nim brakowało... Głównie tego, że nie mogłam śledzić komentarzy, gdzie jaki się pojawił. To było dużym utrapieniem zwłaszcza, kiedy młodsza ja postanowiła pisać od czapy na temat o których miała słabe pojęcie. A nawet, jeśli nie to pisałam to w, tak opłakany sposób... W każdym razie przeniosłam się na bloggera. W czasie, w którym posiadałam tego bloga, założyłam jeszcze kilka, które nie miały racji bytu. Jakiegoś ze zdjęciami i chyba opowiadaniem, ale nie jestem pewna, co do tego drugiego. Był nawet tumblr. Chyba, gdzieś nadal jest w Internecie z tego, co pamiętam. To było bardzo bezsensu. Jeśli chodzi już o zakładanie kont... Mniej więcej w czasie w którym założyłam bloga, założyłam konto na DeviantArcie. To taka strona do upubliczniania swojej twórczości, gdyby ktoś nie wiedział. Ostatnimi czasy zaniedbałam to konto. Założyłam też konto na LubimyCzytać, żeby zobaczyć, ile tak naprawdę czytam książek. Ponieważ sporo osób, kiedyś mówiło mi, że dużo czytam... Czasy się zmieniają. Ale przynajmniej mogę na koncie zapisywać książki, które mi się podobają i które w przyszłości chciałabym przeczytać. Inaczej chyba nie dałabym rady tego z pamiętać. Na ten moment jest tych książek ponad 120. Nie ukrywam, że czasem się załamuję, kiedy widzę licznik z przeczytanymi książkami.
Tematyka bloga w miarę upływu czasu powoli się zmieniała. Najpierw nie chciałam zbytnio pisać o swoim życiu, ale jakoś łatwo to mi minęło. Czas gimnazjum. Nie jestem z tego zadowolona. Może pewnego dnia usunę te posty. Dodawałam oprócz tego wiele recenzji książek, które później zdominowały bloga w taki sposób, że powiedziałam "stop" i na książki założyłam osobnego bloga. Ten... Miał być czymś innym, o czymś innym. Sama nie wiem o czym. W pewnym momencie zaczęłam dodawać swoje opowiadanie, które... Jest niedopracowane i ma tyle błędów, że nie wiem, jak mogłam to gdziekolwiek pokazywać i się tym chwalić.  Ale za to koniec jest bardzo dobry... Usunęłam opowiadanie stąd. W pewnym czasie pojawił się zalew tagów... Tagi były wszędzie, każdy do każdego nominował. Na początku to było fajne, ale potem mi się to znudziło. Więc póki co ich nie ma. Raz na kiedyś dodaję też recenzję filmów. Nie zawsze najwybitniejszych. Tych najlepszych filmów nie ma recenzji. Po prostu nie umiem się wypowiedzieć na ich temat. Język się plącze. Nie wyszłoby to, tak jakbym chciała.
Na uwagę też zasługuje cykl postów o "Gwiezdnych Wojnach", który zawiera na razie pięć postów. W tym te najważniejsze, czyli jak to się stało, że się nimi zainteresowałam.




Co wydarzyło się szczególnego w 2017?
Zaczęłam ostatnią klasę liceum i powoli zbliżam się do studniówki. Czyt. poloneza. Może też matury. Ale to na razie nie ważny temat.
Odbył się V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. I może będzie następny. Mam nadzieję. Wiem, jestem dziwna.
Przeczytałam prawie wszystkie lektury. Zostały mi dwie.
Zapisałam się do samorządu... Nieciekawe zajęcie.
Zdobyłam jedno z ważniejszych stypendiów w Polsce. Chyba. Nie znam się.
Byłam w Warszawie i jadłam indyjskie jedzenie.
Pisałam po angielsku z kilkoma osobami.
Zaczęłam się bardziej ogarnięcie uczyć tureckiego.
Piszę nowe opowiadanie.
Pojawiło się więcej postów niż w ostatnich dwóch latach.

---
Nie mam zbyt wielu sukcesów i zdarzeń. Ten rok nie był za ciekawy. Nie liczę na to, że ten będzie lepszy. Już się nie zapowiada, tak powiem. It doesn't matter.


Czy jest sens podsumowywać książki? Jest ich osiem. Na szczęście nie ma wśród nich najgorszej książki. Są tylko dobre. No i dwie najlepsze: "Zbrodnia i kara" oraz "Zapiski z Rakki". Wszystkie recenzje na drugim blogu.




Za to rok 2017 był rokiem filmów. Obejrzałam ich ok. 55. Długo by je wymieniać, więc wymienię te od oceny 8 wzwyż.
Piękny umysł
Ghost in the shell
Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie
Przyrzeczenie
Dziewczyna z pociągu
Jutro będziemy szczęśliwi
Slumdog. Milioner z ulicy
Niesamowity Spider-Man
Król Artur. Legenda Miecza
Mroczna wieża
Captain Fantastic
Ojcowie i córki
Człowiek, który poznał nieskończoność
Split
Django
Szkoła dla łobuzów
Thor. Ragnarok
X + Y
Lot nad kukułczym gniazdem
Między nami kosmos
Ukryte działania
Moonlight
Tajemnice Brokeback Mountain

To od razu filmy na które czekam w 2018:
Ocean's 8
Mamma Mia! Here we go again
Aquaman
Dziadek do orzechów i cztery królestwa
Hotel Transylwania 3
Piotruś Królik
Iniemamocni 2
Anihilacja 
Twój Simon
Pasażer
Venom
X men: Dark Phoenix
Nowi mutanci
Avengers: Wojna bez granic
Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda 
Czarna Pantera

Sporo tych filmów. Oczywiście, patrzyłam na daty premier światowych, ponieważ niektóre filmy miały premierę już w 2017, ale w Polsce dopiero teraz będą, więc ich nie pisałam.

Jeżeli chodzi o muzykę... Zaczęłam słuchać piosenek Troye'go Sivana i zespołu Welshly Arms. Kupiłam sobie najnowszą płytę zespołu The Script... I to chyba jest to wszystko... Bo nie pamiętam od kiedy słucham tureckiego piosenkarza/rapera Norm Endera. Czy od 2017, czy od 2016. Więc to by było wszystko.




I krótkie podsumowanie by Blogger:
Wyświetlenia: 13 391
Najbardziej czytany post był podsumowaniem sierpnia. Przez 5 lat podkreślam.
Oprócz Polski, głównie ludzie trafiali na bloga z USA i Rosji. Nie wiem na ile to prawda. Bo te statystki są bardzo dziwne.

Statystka statystyką, ale jednak jeśli porównać pierwszy rok bloga z tym, co jest teraz... Zdecydowanie bardziej jest on pusty. To znaczy, nikt go praktycznie nie czyta i nie zostawia komentarzy. Ale żyje się dalej!

sobota, 30 grudnia 2017

Nowa era Jedi #5

[to nie będzie typowa recenzja]

Kilka tygodni temu... (Aż dwa) była w kinie na następnym epizodzie "Gwiezdnych Wojen". Nie należę do grupy fanów GW, którym nowa trylogia nie podoba się. Wiem, widzę tę różnicę między
główną trylogią o Luke'u Skywalkerze, a tymi filmami o Rey. Jednak... No te filmy nie są, takie złe. Chociaż... dość przewidywalne. Aczkolwiek horrory też ludziom się podobają, a króluje tam przewidywalność. Przynajmniej w większości z nich.

Postać Kylo w poprzedniej części była dość znikomo przedstawiona. Jakiś tam pseudo czarny bohater, w masce, która mu wcale nie jest potrzebna. Postać wahająca się nad dobrą i złą stroną mocy. W "Ostatnim Jedi" cofnięto się trochę w przeszłość chłopaka, próbując pokazać, dlaczego postąpił, tak, a nie inaczej. Pokazać, że jeszcze jest szansa... I tak przez większość filmu można uważać, jednak... To nie jest typowa postać, która nie wie, jak ma postąpić. To nie tyle chodzi o wybór, który się już dokonał... A... pokazaniu, że jest się kimś. Że można czegoś dokonać... Ostatnia walka Kylo i Rey przypominała mi te wszystkie rewolucje, nie ważne, czy to historyczne, czy kulturowe. W końcu znajduje się osoba, która chce przewalić wszystko, to co istniało dotychczas i stworzyć coś nowego... Dodać do tego jakieś zagubienie... Uważam, że mogłoby się jeszcze bardziej rozwinąć tego bohatera. Jest lepiej niż wcześniej, ale nadal jest jakaś luka. Bardziej historia skupia się na tym, jak pewno wydarzenie z życia Kylo wpłynęło na innego bohatera. Cóż... Jakoś nigdy za tym bohaterem nie przepadałam i jakoś nie byłam szczególnie zaskoczona jego końcowymi losami. W końcu... Tu chodzi o nowe pokolenie, innych bohaterów. Nie potrzebnie skupiać się ciągle na tych starych. To znaczy na tych, którzy jakoś nie oddziałują szczególnie na fabułę. Poplątanie... Tak to jest, kiedy się nie chce spoilerować. Chodzi o to, że np. Leia ma więcej do odegrania w całej historii, niż inni starzy bohaterowie zważywszy na to, że jest duchem walki, bez niej wszystko by się rozsypało, no i jest ważną osobą dla Kylo. A może i też dla Rey...



A np. Luke... Luke może niektórych rozczarować w tej części. To już nie jest ta sama osoba, którą był kiedyś. W końcu tyle lat minęło... Poniekąd jego zachowanie irytuje, ale też jest zrozumiałe. Ale... Już po pierwszej scenie już widz może się domyślić, że Rey będzie mogła liczyć głównie na siebie.
Właśnie, Rey. Chyba bardziej ją polubiłam. To silna bohaterka, trochę zagubiona, ale nie ma, co się jej dziwić. Dużo osób chce nią pogrywać, ale nie daje się. Chociaż na początku wydaje się, jakby się poddała temu wszystkiemu. Ciekawa sytuacja jest z jej rodzicami, którzy są nie znani... Hm, są widzowie, którzy uważają, że owszem wiadomo. Bo tak, w pewnej rozmowie jest wzmianka o jej rodzicach... Ale... Wystarczy spojrzeć na to kim jest osoba, która z nią rozmawia. Na całą tą otoczkę rozmowy! Nie wierzę w to, że to prawda. Zobaczycie, w ostatniej części będzie wielkie wooow, bo wyjdzie prawda. Otwieram drzwi teoriom filmowym.

Najbardziej przewidywalny wątek prawdopodobnie ma generał Hux. (Ta "okropna" charakteryzacja...) Nie będę na ten temat się rozpisywać. Wystarczy przeanalizować jego postać podczas całego "Ostatniego Jedi".
Poe i Finn... Nadal za nimi szczególnie nie przepadam. Oczywiście, wnoszą dużo do filmu. Ale dla mnie nie wyróżniają się, czymś szczególnym.
Za to nowa bohaterka GW, czyli Rose miała to coś. Szkoda, że nie było jej od samego początku. Rose wniosła do fabuły inne spojrzenie na rebelię i Najwyższy Porządek. Był Finn, były szturmowiec, Poe, czyli pilot... Ponadprzeciętni bohaterowie. A tu Rose, która jest zwykłą rebeliantką, która na własnej skórze odczuła zło Porządku. Scena na planecie... Nigdy nie pamiętałam tych nazw... Na planecie, która była niczym ziemskie Las Vegas, była cudowna (ta scena tzn). Według mnie ta scena miała podobną moc, jak stara trylogia. Chodzi mi o nawiązania historyczne.



Może nie było wielu walk na miecze... Może rzeczywiście "czas Jedi przeminął", ale za to nowe stworzenia, chociaż trochę to wynagradzają. Te kryształowe liski... Albo coś, a la chomik latający. xD

sobota, 9 września 2017

Atypowy

Kto by się spodziewał, że w wakacje obejrzę, "aż" tyle seriali? Chociaż... mało książek przeczytałam, więc się wyrównało [ikonka śmiechu przez łzy {ten sarkazm}].

Tytułowy serial mogę uznać za jeden z najlepszych seriali obejrzanych w tym roku (bo nic nie przebije "Sherlocka" i Cumberbatcha). Zwiastun nie do końca obrazuje serial. To znaczy... Oczywiście, pokazuje ogólny wątek serialu, zachęca widza... Hm, szczerze pisząc mnie średnio zachęcił. Po zwiastunie myślałam, że to będzie typowo młodzieżowy amerykański serial, który będzie po prostu płytki. To znaczy nie będzie prawdziwie podchodził do problemu, że autyzm będzie w pewnym sensie tylko dodatkiem. Nie wiem, czy mnie rozumiecie...
Ale postanowiłam dać szansę. Za bardzo mnie zainteresował główny bohater, żeby odpuścić temu serialowi. Zwłaszcza, że posiada tylko osiem odcinków, więc nie tak źle.
 I czy się opłacało "zmarnować" dwa dni z życia?
Tak, opłacało się. Może to nie jest jakieś arcydzieło, ale przynajmniej pokazuje rzeczywistość, którą... Myślę, że oczekuje większość nastolatków. Chodzi mi o głównego bohatera - Sama. Rozmawiałam z koleżanką na temat "Atypowego" i właśnie to nam się podobało - Sam nie jest biednym chłopcem, ani też "superbohaterem". Sam jest zwykłym nastolatkiem z autyzmem. Chodzi do zwykłej szkoły (to już bardziej prywatne, dlaczego, tak to napisałam; nieliczni zrozumieją, dlaczego dla mnie było to, takie ważne), ma przyjaciela i chce znaleźć dziewczynę. Tylko... że to wszystko jest trochę inaczej u Sama niż u przeciętnego nastolatka. Dla Sama znalezienie dziewczyny jest trudniejsze. Nawet nie chodzi o to, że ona powinna go zaakceptować. Chodzi o to, że... Sam nie potrafi, tak funkcjonować społecznie jak większość ludzi. Z góry piszę, że nie chcę urazić osób z autyzmem i jeśli coś, źle zabrzmi to przepraszam. Nie będę tłumaczyć, jak to wygląda, ponieważ nie potrafię właściwie tego nie wytłumaczyć. Trzeba obejrzeć.
Jednak... Sam ma wcześniej wspomnianego przyjaciela, który chce mu pomóc. Taaak, zabawny jest trochę jego przyjaciel. Trochę. Troszkę.

Chociaż większą część serialu zajmuje wątek dziewczyny i poszukiwaniu jej, to jednak "Atypowy" skupia się też na bohaterach drugoplanowych. Poznajemy dogłębnie rodzinę Sama. Widzimy, jak wpływa na nią to, że Sam ma autyzm. Rodzic nie musi pogodzić się z innością dziecka, tylko dla tego, że jest ich dzieckiem i się z tym ono urodziło. Rodzeństwo i rówieśnicy nie muszą, a nawet i nie powinni traktować inaczej, takiej osoby. Każdy członek rodziny zmierza się ze swoimi problemami, które dotyczą w jakieś części autyzmu Sama.
Może postać matki pod pewnym kątem jest przerysowana i może się nie podobać, ale.... Można w jakieś mierze ją zrozumieć. Przecież trzeba pamiętać, że to serial. On nie pokazuje, że w każdej rodzinie, gdzie jest dziecko autystyczne, ludzie, tak się zachowują. Nie ukrywajmy zresztą: przez to jest "więcej emocji". Widzowie chcą oglądać dalej, jak to się wszystko potoczy... Zresztą wątek związany z matką Sama daje jakąś nadzieję na to, że będzie drugi sezon.
Tak, bo to jest ten minus z serialami amerykańskimi. I w dodatku Netfliksa. Obejrzysz w kilka dni cały sezon, a na następny musisz czekać z jakiś rok. Może też się okazać, że nie będzie drugiego sezonu, więc zostajesz z pustką. Bo... Ile można oglądać to samo? Jeśli o mnie chodzi to rzadko oglądam kilka razy ten sam film, a serial tym bardziej. Mam wielką nadzieję, że jednak będzie następny sezon i będzie on posiadał więcej odcinków, chociaż nic na siłę. Nie chciałabym, czegoś na siłę i przerysowanego.



PS. Zapomniałam napisać, że jeszcze jest przedstawiony wątek terapeutki (?) Sama,

środa, 23 sierpnia 2017

Skam

Serial sławny i niesławny. Z jednej strony wiele osób wie o tym serialu, kiedy się pytam, a z drugiej... Większość wie o nim tylko tyle, że taki serial istnieje i dotyczy grupy przyjaciół. Jednych zachwyca, drudzy uważają, że to nudy.



Na "Skam" głównie natrafiłam, dzięki filmiku Cat (link). Potem podpytałam znajomych. I koniec końców postanowiłam obejrzeć jeden odcinek. Na początku nie wiedziałam, czy to na pewno ten odcinek, a nie jego połowa, ponieważ trwa on ok. 20 minut. Później okazało się, że odcinki mniej więcej, tak trwają: od 20 do 50 minut. Dzięki temu można z łatwością obejrzeć kilka odcinków w jeden dzień, chociaż są osoby dla których nie ma znaczenia, jak długi jest odcinek, bo i tak obejrzą kilka ciągiem.
(Skam pokazuje życie pięciu przyjaciółek: Evy, Sany, Chris, Vilde i Noory.)
Pierwszy sezon najmniej mi się spodobał z wszystkich czterech. Nie był bardzo nudny, jednak jak się okazało po obejrzeniu całego "Skam" - główna bohaterka pierwszego sezonu, czyli Eva jest postacią, którą najmniej lubię. Nie jest płytka, jej losy można śledzić może zapartym tchem, chociaż... Tylko w tym jednym sezonie. Gdy Eva idzie na dalszy plan okazuje się, że to jest "typowa" nastolatka, którą przedstawiają media i filmy dla młodzieży. Jasne, istnieją, takie dziewczyny w rzeczywistości, ale jednak... Bohaterka serialu powinna coś wnosić do niego, no nie wiem. Może ktoś ją bardziej zrozumie (chodzi mi o Evę w pozostałych trzech sezonach), jeśli tak, chętnie przeczytam tę opinię w komentarzu. Dla mnie to było żenujące, kiedy Eva chodziła od jednej imprezy do drugiej i się na niej upijała lub całowała się z chłopakami (bardziej to pierwsze). Ekhem, co, kto woli.
Pozostałe sezony są kolejno poświęcone: Noorze, Isakowi i Sanie. I tak jak przy Evie już irytował jej związek i problemy z nim związane to przy Noorze wcale. Było to leciutko ubarwione, ale oprócz wątku związku dodano inne ważne wątki i problemy. Do końca sezon trzyma w napięciu. Nawet mnie interesowało, czy w końcu Noora będzie z Williamem, czy nie. Obie ciekawe i skomplikowane postaci. Chociaż... Noora wydaje się być wyidealizowana. Nie zgadzam się z tym. Nawet, jeśli nie widać u niej wad to przynajmniej nie zadziera nosa, pomaga wszystkim. Chociaż sezon drugi pokazuje, że ona też potrzebuje rady, pomocy. Polubiłam tę bohaterkę, jednak ma u mnie pewien minus... Optymizm, siła optymizmem, siłą, ale bez przesady. Dewiza życiowa Noory średnio mi się podoba, zwłaszcza, kiedy cytuje to osobie, która wiele przeszła i ona nie zna tej osoby całej historii, nie wie, co ta osoba przeżyła... Nie można od nikogo wymagać uśmiechu na twarzy, cokolwiek się zdarzyło.



Trzeci sezon jest wyjątkiem, ponieważ dotyczy osoby spoza dziewczęcej grupy przyjaciół - Isaka. Przy nim nie trzeba długo się zatrzymywać. Sezon dotyczy (to będzie spoiler?) homoseksualizmu chłopaka. Fajne jest to, że nie został tutaj pokazany stereotypowy gej. Isak pokazuje, że gejem najcześciej jest zwykły chłopak, który niczym się nie wyróżnia. Chłopak jest ciekawą postacią, jednak, czy na osobny sezon? O wiele bardziej interesujący jest Even - chłopak Isaka, który ma chorobę dwubiegunową. Szkoda, że nie ma o nim sezonu, ale jest o Isaku. A przez to widzimy, jak wygląda związek z osobą chorą ze strony partnera, takiej osoby.
Ostatni (i to naprawdę ostatni) sezon jest o Sanie, która jest muzułmanką. To najciekawszy sezon. Dziesięć odcinków pokazuje, że wcale nie jest łatwo być muzułmanką w kraju niemuzułmańskim, pogodzić zasady religii ze zwykłym życiem typowej nastolatki. Przepraszam, jeśli to źle zabrzmiało. Nie miało to na celu nikogo urazić. Trzeba zaznaczyć, że Sana jest bardzo wierzącą osobą i trzymającą się swoich zasad. No i jest pokazane, jak wygląda związek i miłość u młodej muzułmanki. A wygląda to trochę inaczej, niż u chrześcijanek.

Jak można zauważyć: wszystkie sezony łączy to, że każdy główny bohater jest w związku. Można by było powiedzieć, że to będzie nudne: wzloty i upadki, ale wcale, tak nie jest. Każdy związek jest inny. Oprócz tego ważnym wątkiem jest grupa pięciu przyjaciółek, które chcą stworzyć bus... Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Chodzi o to, że Skam pokazuje norweską tradycję busów w szkołach (chyba nasze liceum), które organizują imprezy itd. A przy okazji, ile młodzież wydaje kasy na takie rzeczy. Czyli, jak można wywnioskować - jest dużo imprez, bardzo dużo. Nie wiem, czy w rzeczywistości, tak jest i nie chcę analizować prawdy w tym serialu. Podobno scenarzystka i producentka Skam przyłożyła się, żeby przedstawić prawdziwe życie młodych Norwegów, ale... No nie można też patrzeć, tak na to, że wszystkie nastolatki, tak żyją itd.
Co jest bardzo ważne - aktorami są tu amatorzy, przynajmniej ci główni. To osoby w wieku 16-20 lat. Zagrali lepiej, niż nie jeden prawdziwy aktor. I naprawdę, czy nie można by tak? Żeby robić otwarte castingi dla wszystkich?

Co mi się najbardziej nie podobało? To, że bohaterowie mieli po 16-17 lat, a żyli tak... Nie jeden 18-latek nie ma takich "przygód" i życia jak oni.

środa, 16 sierpnia 2017

Mroczna wieża

Nie czytałam serii na której podstawie został stworzony ten film. Pewnie nie prędko to nadejdzie. W każdym razie... Nie znam różnic i elementów
podobnych adaptacji do książek. I może to i lepiej - podeszłam do "Mrocznej wieży" (po prostu) jak do filmu. Niczego nie oczekiwałam. Wcześniej też nie czytałam żadnej recenzji. (Przeczytałam je po obejrzeniu filmu.) Co prawda, chciałam, jednak po natrafieniu na zbyt szczegółowe streszczenie (po co streszczać ludziom, automatycznie odbierając im radość z oglądania?) zrezygnowałam. Pewnie dobrze zrobiłam. Dzień po obejrzeniu filmu okazało się, że na niektórych stronach "Mroczna wieża" nie ma przychylnych opinii. Cóż... O nowym "Królu Arturze" też niektórzy pisali, że klapa, a jednak mnie on bardzo się podobał.
Chcę od razu zaznaczyć, że ten post nie będzie recenzją, tylko, taką o "pogadanką".

Opis: Jake miewa sny - koszmary o tajemniczej Mrocznej Wieży, Mężczyźnie w Czerni oraz Rolandzie, który jest rewolwerowcem. Chłopak ma pewność, że to, co się dzieje w jego snach jest rzeczywistością i trzęsienia ziemi mają z tym związek. Oczywiście nikt mu nie wierzy. Jake'owi pozostaje działanie na własną rękę. Chłopak zamierza odszukać miejsce ze snu... A to będzie dopiero początek historii...

Przede wszystkim film traktuję, jako poniękad film dla młodych odbiorców. Film fantasy, który bez przerażenia w oczach może oglądać młodsza młodzież. Dla mnie ta adaptacja jest jakimś przełomem w filmach dla młodzieży. Każdy może mieć swoją opinię... Główny bohater nie jest superbohaterem - sam nagle nie zbawia świata. Nie ma naciąganego romansu, który jest chyba w każdym filmie. A to już się robi naprawdę nudne.
Tak naprawdę... Mamy tu dwóch bohaterów, którzy są na równi ważni w tej historii i to byłoby nie fair pisać, że któryś był ważniejszy. I Jake, i Roland nie poradziliby sobie bez siebie, ta historia potoczyłaby się na pewno inaczej. Może dla niektórych ważniejszy będzie Jake, skoro od niego zaczyna się historia, ale nie. Trzeba obejrzeć film do końca, żeby się przekonać.

Aktorzy... Cóż, dla mnie większość aktorów jakoś się nie wybiła, nie zagrała, aż tak, że chciałabym od razu oceniać ich grę w skali 7-10. Według mnie przeciętnie, ale też nie jestem jakimś specjalistą lub krytykiem filmowym. Według mnie wśród wszystkich wybija się Matthew McConaughey w roli Mężczyzny w Czerni (albo jak kto woli Waltera). Pasował on do roli bardzo dobrze. Był takim prawdziwym czarnym charakterem. Sporo "kontrowersji" wzbudziło wybranie Idrisa Alby do roli Rolanda... Hm, rozumiem fanów książek. Z tego co rozumiem książkowy opis postaci nie pasuje do aktora... A raczej odcień jego skóry, ale tak wybrano i już nie ma sensu się rozwodzić, dlaczego to akurat on został wybrany, a nie kto inny. Stało się. Zresztą... Idris Alba wcale nie zagrał najgorzej, nawet nie zagrał źle. Według mnie udało mu się "wejść" w rolę.
Żeby nie było - film posiada również u mnie minusy. To nie tak, że ja się tylko nim zachwycam.
1. Gdzieś w połowie fabuły akcja zaczyna minimalnie za bardzo przyspieszać. Winą tego jest to, że w jednym filmie chciano zmieścić całą serię. I to w półtora godzinnej produkcji! Wielki błąd, któru powoduje niedociągnięcia, czy rozwinięcie akcji.
2. Nie chcę spoilerować, ale jest jeden moment w filmie, który jest dla mnie dziwny. Lub po prostu nie wyjaśniono sytuacji w należyty sposób... Jednego bohatera atakuje demon. Rana jest bardzo ciężka, ale... Nie aż, tak dla ludzkiego, zwyczajnego szpitala i jego leków. Dla mnie to trochę absurdalne... Niby fajnie, śmieszna scena, ale jakby nie patrzeć powoduje kilka pytań.
3. Magiczne efekty. Hm, na co to komu? Czy naprawdę trzeba dawać efekty niczym z "Matrixa"? Przez większość filmu ich nie było. Ta magia nie była przesadzona, ale potem chyba się komuś przypomniało o nich... Okej, nie są złe, jednak dla mnie nie potrzebne (mam na myśli końcową scenę i magię Waltera).
Ocena: 8/10

Zaznaczam raz jeszcze - to moja subiektywna ocena. Nie czytałam serii, więc na niej się nie opierałam. Bo nie ma sensu opierać się na czymś, czego dokładnie się nie zna. Jednak film, złe opinie oraz pewna osoba z booktube zachęciły mnie do przeczytania pierwszego tomu "Mrocznej wieży". Nie wiem, kiedy to nastąpi, ale mam tę serię w planach czytelniczych. ;) A może akurat spodoba mi się cała seria?
Jeśli chodzi o wszystkie opinie i recenzje na temat tego filmu... Każdy ma inny gust i naprawdę niewarto, aż tak kierować tym wszystkim, czy to opinia będzie na plus, czy tym bardziej na minus. Zresztą to dotyczy wszystkiego. Wielu osobom nie spodobała się "Mroczna wieża", następne tyle osób nawet nie obejrzy tego filmu lub pójdzie ze złym nastawieniem. I po co? Bo te osoby mają świętą rację i ty już wiesz, że jak im się nie spodobało, to tobie też nie. Okej, niektórzy mają podobny gust. Niektórzy. To również, tak naprawdę dotyczy każdego filmu, czy książki. Najbardziej filmu.
Zauważyłam zresztą, że jest zawsze od górna jakaś opinia na dane dzieło. Albo nagle coś wszystkim się podoba i jest to wychwalane, albo wręcz przeciwnie. Nie piszę, że ktoś komuś narzuca daną opinię, bo nie twierdzę, że tak jest. Ale jednak jakąś odgórną łatkę film dostaje.

niedziela, 2 lipca 2017

"Trzynaście powodów"

Rok temu przeczytałam książkę o tymże tytule (LINK). Wtedy to jeszcze na skrzydełku okładki widniała informacja, że powstanie film oraz, że główną bohaterkę zagra Selena Gomez. Szczęśliwa z doboru aktorki nie byłam. Ale minęły dwa lata (książkę dostałam w 2015 r., ale przeczytałam w 2016) i nic o filmie nie było słychać. Któregoś dnia na BookGeek pojawił się zwiastun do serialu Netflixa. Cóż, zwiastun zapowiadał się ciekawie (Ruelle - Monster <3), zwłaszcza, że pokazywał, że w serialu będą ukazani koledzy oraz koleżanki Hannah nie tylko od strony historii. Miałam nadzieję, że adaptacja będzie lepsza od książki. Hm, nie myliłam się.

1. Przede wszystkim duży plus za to, że produkcja nie skupiła się tylko na historiach, ale że rozwinęła wątki poboczne poszczególnych bohaterów. Skupili się na tym, co się działo po śmierci Hannah, reakcje na kasety i jej śmierć. A może przede wszystkim reakcje na Clay'a.
Bardzo to mi się spodobało, ponieważ w książce tego nie ma. Czytelnik zapoznaje się tylko z emocjami Clay'a, a on akurat mało przeżył w porównaniu z kilkoma innymi. Zresztą według mnie ten chłopak jest po prostu nijaki. Jakiś taki... Nie polubiłam go szczególnie.
A naprawdę, mieli jak rozwijać wątki postaci... Przyłożyli się do tego. Chociaż... To poniekąd zaszkodziło ogólnej opinii na temat serialu, ale o tym potem.

2. Rodzice.
To jest oczywiste, że śmierć córki załamała rodziców. Że domagali się sprawiedliwości od szkoły oraz, że wszczęli proces w tej sprawie. Znowu bardzo dobry wątek, który w książce nie był, tak bardzo poruszony. Nie można oceniać tych ludzi, że nie martwili się o swoje dziecko, bo właśnie sceny z ich udziałem pokazują, że zależało im na Hannah. I to nie "o bo umarła", zawsze zależało.

3. Proces.
Właśnie proces pokazuje chyba najbardziej bezradność szkoły. Nie, nie bezradność, po prostu brak empatii. Nie przejęli się szczególnie śmiercią uczennicą. Nic nie zrobili przed, ani po jej śmierci. Serial pokazuje, jak bardzo szkoły i psychologowie są nie nauczeni radzenia sobie w takich sprawach, jak nie umieją pomóc uczniom w prawdziwych problemach. "Prawdziwe problemy" mogą być dla dorosłych śmieszne, ale jednak nie należy ich zamiatać pod dywan. Zwłaszcza ostatni odcinek pokazuje, że nie wystarczy wyuczyć się "fragmentu podręcznika" i mówić to jak katarynka, skoro się współpracuje z ludźmi, trzeba podejść do nich jak człowiek. No i ostatnie: szkoły, tak naprawdę nie wiedzą, co się w nich dzieje.
Według mnie to nie tyle chodzi o to, żeby młodzież obejrzała "Trzynaście powodów", ale też ludzie związani z placówkami oświaty.
A mówią, że gimnazja to zło. xd 

4. Rozłożenie w czasie. 
No tak. Jeśli dobrze pamiętam w książce czas akcji to chyba jedna noc, może kilka. Na pewno przesłuchanie kaset nie zajmuje, tak wiele dni jak w serialu. Sądzę, że serialowy czas jest bardziej realny. W końcu chłopak miał obawy, a jak już zaczął słuchać to momentami musiał przestawać, ponieważ treść była, tak szokująca, że to po prostu nie da się ot, tak przesłuchać. A nawet, jakby dał to były załamany psychicznie po tym wszystkim.

O co chodziło z tym przedstawieniem bohaterów? Że to niby na minus? A no... Po przeczytaniu książki wahałam się z oceną Hannah Baker, próbowałam zrozumieć te kasety, ale po serialu... Po tym, jak ukazane zostały reakcje, chociażby Alexa... Okej, chłopak źle zrobił, ale kaseta to była
ponad jego siły. Już wystarczająco przeżył śmierć swojej byłej przyjaciółki... Okej, pokazali, że dzięki kasetom niektórzy się zmienili, albo jaki wpływ ogólna tajemnica miała na całą resztę. Ale... Nie jestem przekonana do takiego rozwiązania problemu. Rozwinięcie wątków pokazało, że ci bohaterowie mieli również swoje problemy z którymi też niełatwo im było żyć. Więc poniekąd da się ich wytłumaczyć Niektórych. Nie ukrywajmy, że nie wszystkich.
Clay.... Irytujący niczym Hannah w serialu. Nie wiem, po co on tam był na tych kasetach. Poniekąd był tym najlepszym z kaset. "Wszyscy coś zrobili, ale ja nie". To na nad wyraz określenie, ale jego zachowania nie umiem inaczej opisać.

Podobno ma powstać drugi sezon. Szczerze to nie wiem, po co. Po obejrzeniu wszystkich odcinków, wiem po co, ale... Nie rozumiem, dlaczego, tak to zakończyli. Nie mogli zostawić książkowego zakończenia? Treść kaset została przeniesiona, więc drugi sezon nie byłby już adaptacją, a oddzielnym serialem. Intryguję mnie, co będzie w dalszych odcinkach, ponieważ jeden z bohaterów wydaje się mieć potworny plan, który chyba wdrożył w życie pod koniec pierwszego sezonu. Mam nadzieję, że sprawa zakończy się wygraną, bo rozwlekanie jej dalej, nie wiem, czy ma sens.
Ocena: 6/10

środa, 28 czerwca 2017

"Sherlock"

Jak widać, obejrzałam wszystkie odcinki Sherlocka. Wszystkie, jeśli nie zostanie stworzony następny sezon... Co jest raczej mało prawdopodobne. Może to dobrze? A może nie?...
Z jednej strony jestem ciekawa dalszych przygód Sherlocka Holmesa i postaci Moriartiego (spokojnie, nie będzie spoilerów), a z drugiej... Niech, tak zostanie. Czwarty sezon, akurat zamyka całość serialu. Nie chciałabym też milionów sezonów, ponieważ wtedy nawet najlepszy serial potrafi się znudzić. Według mnie serial powinien mieć z góry mniej więcej ustaloną liczbę sezonów. Najgorsze są w tym wszystkim te seriale obyczajowe, które mogłyby zakończyć się po góra trzech sezonach. Ale to i tak nie ma znaczenia, bo przestałam oglądać te "tasiemce".
Przechodząc do serialu głównego...
Sherlock dzieli się na cztery sezony po trzy 90. minutowe odcinki. Więęęc tak jakby się oglądało dwanaście filmów. Nie oglądałam nigdy dwóch odcinków pod rząd. Nie tyle chodzi w o czas trwania odcinku, ale o to, że w trakcie oglądania trzeba być cały czas skupionym. Bardzo skupionym. A i tak idzie się pogubić. Serial nie dla głupich. Najbardziej skomplikowanym i za wirowanym odcinkiem wydaje mi się drugi odcinek czwartego sezonu. Mega. Nie wiadomo do końca, co jest grane i kto mówi prawdę.
Głównym bohaterem (przepraszam za ten chaos) jest oczywiście tytułowy Sherlock Holmes. Postać dziwna, nietypowa. Bez emocjonalna i nad wyraz inteligentna. Czasem się zastanawiałam, czy ta inteligencja nie jest jednak utrapieniem, "nagrodą", która ma okropne skutki. Zachowanie Sherlocka nazwałabym poniekąd autystycznym, ale żeby to zrozumieć trzeba by było obejrzeć, chociaż jeden sezon.
Towarzyszem Holmesa jest doktor Watson. Niegłupi, jakby się zdawało. Bardziej... O wiele bardziej człowieczy od swojego przyjaciela.
Różni praktycznie wszystko tych mężczyzn, ale różnice właśnie to coś, co ich łączy.
Chciałam napisać o tym serialu, a teraz braknie mi słów... 

Każdy odcinek to oddzielna historia, oddzielna sprawa do rozwiązania. Odcinki łączą tylko główni i drugoplanowi bohaterowie. A wśród drugoplanowych postaci znajduje się czarny charakter, czyli Jim Moriarty, który wygrywa ten serial. Nie wiele o nim wiemy. Wziął się praktycznie znikąd... Okej, nie tak do końca z powietrza, ale jednak nagle w życiu Sherlocka. Dla mnie zabawne było trochę ich pierwsze spotkanie...
Humor. Każdy ma inne poczucie humoru, ale jak ktoś może obejrzeć Sherlocka bez (chociaż) uśmiechu? Ten sarkazm jest cudowny. :D Nawet jeśli to nie ma być sarkazmem, a całkowitą powagą to i tak jest zabawnie. Albo ja mam dziwne poczucie humoru.
Zagadki są według mnie stworzone świetnie. Czasem zastanawiałam się, czy jestem głupia, czy co, że czegoś tam nie zauważyłam. Ciekawa o tyle jest cała fabuła, że w pewnym sensie jest stworzona od nowa. Wzięto ileś dziewiętnastowiecznych opowiadań o Sherlocku, wybrano kilka elementów i dostosowano je do świata współczesnego. Magia kina. A jednocześnie pokazuje, że tacy bohaterowie są uniwersalni.
Duży plus serialowi (oprócz obsady) daje muzyka i efekty komputerowe. Nie jakieś tam byle jakie efekty, które na siłę są wpychane... A może to inaczej się nazywa? W każdym razie sztuczki obrazem, kamerom (zwolnione tempo itd. itp.). Świetne.
Prawdopodobnie ten post nie zachęcił was, tak do obejrzenia tego serialu, jakbym chciała, ale naprawdę - szczerze polecam Sherlocka. :)

niedziela, 28 maja 2017

"The Circle"

I jest! Udało się! :D Już myślałam, że nie uda mi się zobaczyć tego filmu. Najpierw cudnym trafem jedna z sieci kin przeniosła "Krąg" na godziny wieczorne/nocne, a potem... Rozchorowałam się. Na szczęście w jeden dzień zdążyły przejść najgorsze objawy i... obejrzałam film.
Lecz, czy było warto? Tyle czekania...

Trzeba napisać, że z kilka tygodni przed premierą filmu zaczęły pojawiać się w internecie artykuły o jakże ciekawych tytułach, jak np. że rzekomo taka firma, jak The Circle rzeczywiście istnieje. Nawet jeden ze zwiastunów opatrzony był komentarzem: po tym filmie usuniecie konto z Facebooka. Wzbudza to zainteresowanie, co? Mnie to jakoś szczególnie nie zachęcało, no, ale dawało do przemyślenia o czym będzie fabuła.

Sama tematyka bardzo wpasowuje się we współczesne czasy, gdzie ludzie żyją Internetem i publikują w nim, co się da. Nawet zdjęcia nie wystarczają, powstają nagrania, vlogi...
W świecie w którym jest firma The Circle praktycznie nie ma prywatności. Chociaż nie, jest. Do czasu. Na początku argumentacja nie jest banalna, bo który obywatel nie chciałby wiedzieć, chociażby, co się dzieje z państwem lub podatkami, które musi płacić? Albo działania przeciw wojnom, czy terroryzmowi? Niby interesujące... Tylko, czy rzeczywiście trzeba zabierać prywatność politykom i podsłuchiwać każdą, każdą rozmowę telefoniczną, czytać każdy e-mail, a może i śledzić każdy krok?
Główna bohaterka - Mae jest przykładem świetnego, ambitnego pracownika, który z tygodnia na tydzień jest coraz lepszy. To ona ma pokazać, że udostępnianie całego życia w czasie rzeczywistym w Internecie może być czymś dobrym. Każdy może oglądać i... komentować. Na początku zawsze jest super. Tylko, czy tak się da żyć? I, czy przede wszystkim wszyscy z jej otoczenia chcą być upubliczniani w Internecie?
Każdy powinien pozbyć się prywatności... Na pewno? Nikt się nie zdziwi, jeśli napiszę (uważam, że to nie jest spoiler), że dyrektorzy firmy nie są już tacy skorzy do ujawniania tajemnic... Przecież można brać zyski z czyiś tajemnic...
Do czego może doprowadzić pogoń do pokazywania wszystkiego w Internecie? Czy prywatność jest w ogóle teraz nam potrzebna?
Film nie do końca odpowiada na te pytania. Bardziej pasuje do fabuły zdanie, że każdy wynalazek może być dobry, jak i zły. Zależy, kto go używa.
Poniekąd... A nawet całkowicie zawiodłam się na filmie. Spodziewałam się chyba, czegoś znacznie głębszego... W fabule zostały poruszone ważne kwestię, ale nie zostały one dokładnie wyjaśnione. Powiedziałabym, że jest kilka luk. Moim zdaniem czasami za szybko się coś działo. Najdziwniejsze było, jak Mae ma rozmowę kwalifikacyjną i nagle pojawia się scena, że idzie pierwszego dnia do pracy. Może coś przegapiłam... Lub zdawkowe "dobrze" było "przyjmujemy cię/masz tę pracę"... Niektóre rozmowy były... Cóż mi osobiście trudno było się odnaleźć w sensie rozmowy... Okej, Mae była inteligentna, tak samo Bailey, ale no... Nie wszyscy są, takimi geniuszami. Jasne, ważne, że oni wiedzą o co drugiemu chodzi. Spoko.
Jeżeli chodzi o Mae... Ja jej nie rozumiem. To postać skacząca z jednego krańca na drugi. Raz nie zgadza się z tym, co prezentuje The Circle, widzi, że coś nie gra. Chce ich powstrzymać. A zaraz z nimi współpracuje i tworzy nowe "wynalazki". Niby cierpi, a jednak... Cierpienie nie pomaga jej całkowicie przejrzeć na oczy. Miałam nadzieję, że przyjaciółka i chłopak będą powodem dla którego coś zrobi, ale nie... Znaczy niby coś tam zrobiła, ale poniekąd wyszło na to samo. Dla mnie przynajmniej.
Jeśli już mowa o przyjaciółce... To była postać na której mogło się zobaczyć prawdziwe działanie The Circle. Od sukcesu do wykorzystywania pracownika kosztem jego zdrowia. Na szczęście dziewczyna miała włączone myślenie... Nic dziwnego, że znienawidziła całą tę firmę i brak prywatności. Moim zdaniem to jedna z najlepszych postaci w tym filmie.
Na koniec chciałabym poruszyć sprawę, która była jednym z najbardziej poważnych powodów do upubliczniania wszystkiego, co się ludziom przydarza. Ludzie niepełnosprawni. Niektórzy, może większość nie będzie mogła przeżyć niektórych rzeczy, co może osiągnąć zwykły człowiek. Poprzez, takie nagrania można mieć wrażenie, że jest się ich uczestnikiem. Czy to nie jakaś pomoc dla tych ludzi? Okej, można to krytykować. Jacyś obrońcy (czyt. "optymiści") powiedzą, że niepełnosprawni nie są gorsi i nie pozostaje im tylko gapić się w ekran, że mogą spełnić swoje marzenie, bo to tylko w twojej głowie... Ta, jasne. Jakoś w to nie wierzę. Przepraszam, ale nie jestem, aż takim śmiesznym marzycielem. Jeśli kogoś obraziłam to przepraszam. Mam nadzieję, że spróbujecie mnie zrozumieć.

Reżyseria: James Ponsoldt
Scenariusz: James Ponsoldt, Dave Eggers
Premiera światowa: 26 kwietnia 2017 r.
Polska premiera: 19 maja 2017 r.
Dwójka wybranych aktorów:
Emma Watson - Mae
Tom Hanks - Bailey (akurat do tej postaci nie mam zarzutów)
Ocena: 6/10


niedziela, 14 maja 2017

"Przyrzeczenie"

Dawno nie pisałam tutaj o filmach... I nawet szybko nie zamierzałam o nich pisać. W gruncie rzeczy przysłowiowe recenzje filmów trudniej mi się pisze, niż książek. No i nie ukrywajmy, że częściej oglądam filmy, niż czytam książki. Tak jakoś wyszło... Póki co.
W każdym razie, byłam wczoraj w kinie na filmie pt. "Przyrzeczenie". Nie planowałam tego szczególnie, to w pewnym sensie na spontanie wyszło. Mam koleżankę, która również Turcją (zaraz, zaraz przejdę do opisu) się interesuje i tak jakoś postanowiłyśmy się wybrać na ten film.



Film dotyczy głównie konfliktu ormiańsko-tureckiego, który miał swój punkt kulminacyjny na początku I wojny światowej. Ten punkt to jedno z największych ludobójstw w historii nowożytnej.
Głównym bohaterem historii jest Ormianin Michael (lub Mikael, z różną pisownią się spotkałam), który chce zostać lekarzem i zacząć studiować medycynę na uniwersytecie w Konstantynopolu. Niestety, jego rodzina mieszka w małej wiosce i chłopak nie ma możliwości, żeby spełnić swoje marzenie. Jednak jest pewne rozwiązanie... Chłopak oświadcza się innej Ormiance, która w posagu ma tyle pieniędzy, że Michael może zacząć studiować w Konstantynopolu. Jak widać... Między nimi nie ma żadnej miłości. Przynajmniej ze strony głównego bohatera. Ten, udaje się do Konstantynopola, gdzie poznaje całkiem inne życie. I również poznaje tam Anę - guwernantkę swoich kuzynek, również Ormiankę oraz amerykańskiego dziennikarza, który jest jej mężem. Wszystko jest w najlepszym porządku. Można by było, tak przynajmniej myśleć, bo powoli w Imperium Osmańskim zaczyna się zmieniać. Wraz z przystąpieniem Imperium do wojny, dochodzi w nim do przymusowego poboru Ormian do wojska. Niby nic takiego, ale... Czy to na pewno tyle? Nie ma, co ukrywać - Michael cudem nie zostaje wysłany do wojska, ale to nie znaczy, że nie odczuje najgorszej strony konfliktu.
Ana ma o tyle dobrą sytuację, że ma męża Amerykanina, który zrobi wszystko by ochronić żonę. Ten mężczyzna nie raz zadziwi swoją rozwagą, czy schowaniem swojej dumy w sytuacji, kiedy każdy mężczyzna po prostu by nie wytrzymał. To nie jest spoiler: w filmie występuje swoisty trójkąt miłosny. Czasem jest on trochę irytujący, zważywszy, że się wie, że przecież Michael ma narzeczoną, ale... rozwiązanie tego wątku nie jest jakieś banalne. Zachowania męskich bohaterów również nie są banalne.
Jednak najważniejsze, co do fabuły: Anie będzie zależeć bardziej na życiu innych, głównie dzieci, niż jej własnym.
I to właśnie ta część historii jest chyba najbardziej przerażająca, jak próbują uratować garstkę dzieci. Uciekają przez lasy i góry, aby dotrzeć do upragnionego statku.

Film jest mocny. Raczej nie dla ludzi o słabych nerwach. Może nie, aż tak brutalny jak "Wołyń", jednak... Te konflikty mają jakieś elementy wspólne wg. mnie. Ciekawe jest przedstawienie najpierw czynników i zdarzeń poprzedzających to wydarzenie. Przecież nie stało się ot tak nagle. Nic nie dzieje się nagle.

Co jeszcze może przygnębić widza? Koniec filmu. Zdjęcia i informacje, które potwierdzają, że to nie jest wymyślona historia. Że takie ludobójstwo miało miejsce. Uśmiech pojawia się tylko, że niektórzy z tych ludzi dali radę przeżyć.

Obce wydarzenie w historii? Może nie, tak bardzo... W polskiej literaturze też pojawia się ten konflikt ze śmiertelnymi skutkami. Mowa o "Przedwiośniu", gdzie Ormianie zostają całkowicie wybici z wioski głównego bohatera.

Reżyseria: Terry George
Scenariusz: Terry George, Robin Swicord
Produkcja: Hiszpania, USA
Premiera światowa: 11 września 2016 r.
Premiera polska: 5 maja 2017 r. (oklaski poproszę [sarkazm])
Wybrani aktorzy:
Oscar Isaac (on grał w Ex Machinie :o nie rozpoznałam go :o) - Mikael Boghosian
Charlotte Le Bon - Ana Khesarian
Christian Bale (kojarzyłam nazwisko... Filmweb pomógł - grał Batmana) - Chris Myers

I jeszcze wspomnę, że podobała mi się wymowa tych ormiańskich nazwisk i imion. :) Miła odskocznia od tych anglojęzycznych imion, które są w każdym filmie.

Ocena: 9/10

Prawdopodobnie w następnym tygodniu pojawi się jeszcze jeden filmowy post. ;) To będzie też ważny film. Tym razem dotyczący teraźniejszości i przyszłości... Wspominałam o nim w poście z podsumowaniem roku 2016. Czekałam na niego kilka miesięcy, jestem ciekawa, czy Ten film również mnie zachwyci. Kto wie o jakim tytule mowa? ;)

sobota, 22 kwietnia 2017

Wracamy do Gwiezdnych Wojen #4

Jak tytuł postu brzmi: wracamy do świata Gwiezdnych Wojen! :D Następna podróż w głąb kosmosu w poszukiwaniu Jedi i sprawiedliwości. Niestety dopiero w grudniu... Ledwo była Wielkanoc... Tyle miesięcy!
Okej, okej - rok temu był Łotr. I co z tego? Nie byłam. To nie to samo... Jakoś nie przepadam za takimi dodatkami i pobocznymi historiami. Ledwo ogarniam główne części, a co dopiero jakieś połówki. Postanowiłam, że obejrzę do końca trzecią trylogię SW. Nie ważne, jaka będzie 8 część, a...

No właśnie, jakiś tydzień temu pojawił się zwiastun i pierwszy plakat promujący następną część przygód... Szczerze pisząc to po zwiastunie, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to. Po "Przebudzeniu mocy" myślałam, że najnowsza trylogia będzie dotyczyć Rey. Ale... Pod koniec części pojawił się Luke Skywalker... I to dużo zmienia. Na plakacie przeważa głowa Luke'a, a Rey... Jej postać jest, tak mała, że praktycznie nie widoczna. O co chodzi? Ze zwiastuna wnioskuję, że Skywalker będzie mistrzem Rey. I w tej części dziewczyna będzie mieć szkolenie.  Okej, mogą to być równoważne postacie - oboje sprzeciwią się złu. Ale Luke nie może znowu być na pierwszym miejscu, to byłoby nie fair. Ukrywał się tyle lat i nagle, co? Nagle mnie znaleźliście to wam pomogę, nie będę taki... To niech już sobie Rey będzie jego córką... W ogóle ten zwiastun przypomina bardzo inne części GW. Chodzi o szkolenie. Okej, każdy Jedi musi je mieć, ale... Wszystko wraca do tego
samego. Brakuje, żeby w ostatniej części zabili Kylo, a wtedy by się okazało, że jest kimś tam. Jeśli chodzi o Kylo... Mam nadzieję, że jego postać rozwinął bardziej. Chociaż kilka sekund w całym zwiastunie na to nie wskazuje. Nadal prawdopodobnie pozostanie zagubionym czarnym charakterem. Jak większość złych postaci. No cóż... GW nie kładą nacisku zbytniego na psychologię postaci. W końcu tu nie o to chodzi. Ludzie oczekują świetlnych mieczy, kosmicznych bitew i strzałów z kosmicznych pojazdów. Kylo taki niedoceniony. xd Ludzie znowu będą gadać, jeśli przez większość filmu nie będzie nosił maski. Przecież musi być, taki jak jego dziadek. Cóż, Vaderowi hełm/maska, jak i cały kostium służył do przeżycia, a Kylo... On ten hełm ma, żeby upodobnić się do dziadka. Żeby być groźniejszym. Tak naprawdę nie potrzebny mu ten hełm, więc po co mu on przez cały film? Ale nie usuną go w cień, będzie miał znaczenie dla trylogii. Znaczy się Kylo. Nie maska. Na razie te wszystkie przypuszczenia wynikają z plakatu i zwiastuna - przypominam.
Jeśli chodzi o pozostałe nowe postacie... Postać Finna, jako tako potrafię zrozumieć, po co on jest. Trochę to naciągane, ale ok - nawrócony szturmowiec. Ale ten drugi... Nie pamiętam jego imienia, mam na myśli takiego pilota... Jakieś dużej roli nie miał, ale jakiś tam wpływ na fabułę ma. Pokazywany jest jako jedna z ważniejszych postaci, a na obrazkach należy do "cudownej" trójki: on, Finn i Rey. Oni mają zastąpić Leie, Luke'a i Hana... Nie uda się. Nikt ich nie zastąpi.
Na koniec: mam nadzieję, że nie stworzą czwartej trylogii. To by była całkowita przesada. Ale... Taaak, kasa.



poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Głupie filmy i ogłupiające bajki

Taka piękna liczba postów była xD Trzy takie same cyfry podrząd. 

Jakkolwiek to brzmi inspiracją do tego postu był film "Power Rangers", a raczej opinie dorosłych na jego temat. Pamięta ktoś w ogóle Power Rangersów? To były czasy... Niby to był poniekąd kicz, gdy się tak teraz patrzy... Mało efektów komputerowych, ludzie w przebraniach, dialogi też nie należały do perfekcyjnych - trochę by wymieniać. A jednak nam się podobał ten serial. Jest grupa ludzi (do której ja należę), którzy mają sentyment do tych bohaterów. Mi, Power Rangers kojarzy się z dzieciństwem. Rozumiem, to już było, ale... Czy każdy nie chciałby wrócić, chociaż na chwilę do niego? Jasne, są ambitniejsze teraz filmy i seriale. Mamy te "naście" (i więcej), więc powinniśmy oglądać coś "na poziomie". Ta, prawda, jednak... Jak to ma się w rzeczywistości? Czy takie Power Rangers jest gorsze od Warsaw Shore? A no tak, jest, bo przecież PR to bajeczka dla dzieci [sarkazm]. Dla każdego, co innego będzie głupie. Zresztą... To nie tak, że ten film nie ma sensu. Fabułę dopasowali do aktualnego stanu nastolatków i świata. Power Rangersi to wyrzutki, a nie super wojownicy. Może niektórzy z nastolatków wydawali się cudowni i bez skaz, ale to było tylko złudzenie. Każdy z czymś się boryka, nawet szkolny futbolista. Były futbolista. Można udawać, że jest świetnie, ale... No właśnie. Oceniamy wszystkich ot tak. Jacy jesteśmy wśród znajomych, przyjaciół, rodziny? Za każdym razem inni. Czy to znaczy, że mamy roztrojenie jaźni? Nie. Rzadko tak naprawdę można być sobą, więc... Nie oceniamy, tak naprawdę człowieka, a... jakąś jego część, jedną z ról. Zbaczam z tematu, ale niegłupie te przemyślenia. Jeśli ktoś nie lubi PR to zwyczajnie nie przekona go ten argument. Myślę, że Power Rangers będzie chyba miało na zawsze łatkę głupiej bajeczki o wojownikach w kolorowych kostiumach. Niech ludzie gadają, tylko niech obejrzą najpierw wznowioną wersję. Może to ten film nie należy do ambitnych, ale... Uwierzcie, w ciągu poprzedniego roku, w kinie były o wiele gorsze filmy.
Do filmów o żółwiach ninja, jednak nie jestem przekonana. Wynika to z tego, że nie podoba mi się film, gdzie ludzie przebierają się w stroje żółwi, albo są one stworzone komputerowo. Akurat tutaj zostanę przy bajkach. Ale nie krytykuję tych filmów. ktoś chce to ogląda. Założę się, że nie wszystkie filmy o żółwiach ninja są głupie. No, ale znowu to samo - o Boże, żółwie ninja, hahahhaha. Ja nie wiem, co ludzie mają do takich postaci: Power Rangers, żółwia ninja... To serio nie jest fajne, kiedy cieszysz się, że pójdziesz do kina na jakiś film, ale wszyscy wokół ciebie się z tego nabijają. Bo jak można zrobić, taki film? Tak się cieszyliśmy, że faza na to przeminęła... Cieszmy się, że nastała era ogłupiających bajek.
Ta, kiedyś też były bajki na bardzo niskim poziomie, gdzie inteligentniejsze dziecko po prostu śmiało się z głupoty bohaterów, ale... Teraz... Mam wrażenie, że te bajki uwsteczniają dzieci. Bez przesady, że trzeba po sto razy mówić dzieciom, że to jest np. łyżka. Zapamiętanie i te sprawy, no ale... Na prawdę trzeba uznawać dzieci za nie wiem, co. Te dwa razy chyba wystarczą. Dobra, trzy. To nie chodzi o to, że patrzę na te bajki z innej perspektywy, niż kiedyś. Okej, niektóre dzieci potrzebują takich programów, ale nie mówmy, że wszystkie. Dobra, dziecko (a raczej rodzic) może wybrać. Ale co? Co to za wybór: albo program, który ogłupia dziecko, albo bajka z tekstami oraz sytuacjami dla nastolatków, a nawet dorosłych. I to bajka z gatunku dla dzieci. To chyba takie czasy. Albo robi się z dzieci dorosłych lub nie doceniamy dzieci. W końcu każdy człowiek dojrzewa. Nie zatrzymujemy się w wieku trzech lat.

PS. Założyłam podstronę, gdzie można pisać propozycję postów.

sobota, 11 marca 2017

Podsumowanie sezonów seriali

W poniedziałek był emitowany ostatni odcinek drugiego sezonu "Shadowhunters". Pierwszej połowy drugiego sezonu - dokładniej. Jednak druga część pojawi się już za kilka miesięcy (chyba czerwiec - lipiec).
W trakcie oglądania serialu zastanawiałam się, czy jest w ogóle sens pisać jeszcze jeden post poświęcony drugiemu sezonowi "Shadowhunters", ale po ostatnim odcinku... Jak widać, co postanowiłam. ;)
Przyzwyczaiłam się już, że serial odbiega od książek i że muszę go traktować po prostu, jako serial. W porządku. Niektóre zmiany wyszły nawet na lepsze, rozwinięcie wątków, czy wprowadzenie innych wątków, które wpływały na rozwinięcie postaci, czy fabułę. Ale nie widzę już sensu w zmianach rzeczy, które są kluczowe (albo i nie) na całą historię o Nocnych Łowcach. To tak, jakby... Nie zważali na fanów książek (a podobno dbają o szczegóły ze względu na nich). Bo... Po co zabijać jednego bohatera, skoro ten bohater ma mocny wpływ na jeden z najważniejszych wątków w trzech częściach? Już chyba pisałam, że na końcu pierwszego sezonu też nagmatwali z losami tego bohatera. Okej, zabili. To czytelnik zastanawia się to, jak rozwinie się ten wątek. A no według mnie beznadziejnie. W ostatnim odcinku zostaje on w połowie ujawniony. I co? Nie wierzę, że ta postać będzie siedzieć cicho przez 1,5 sezonów. W tak ważnej sprawie... A zapowiadało się, tak dobrze. I gra aktorska i efekty specjalne... I nawet statek był, który kilka odcinków przed finałem nagle zniknął. Bo po co... Przecież główne wydarzenia miały miejsce na łodzi. Okej, może w drugiej części będzie łódź i ta superruna. Jednym z dziwnych zdarzeń jest nagły brak krwawienia. Znaczy jedna postać bardzo krwawi i tak dalej, ale wystarczy jedna rzecz (która nie jest opatrzenie rany, ani runa) i nagle jest w porządku. Nie wykrwawia się. Nie pamiętam, żeby to "lekarstwo" miało, aż takie właściwości. Zresztą ta scena mogłaby być naprawdę poważnie rozegrana. W końcu ta postać umierała, w książce to naprawdę była mocna scena (jedna z najważniejszych dla całej serii), a w serialu? Rozpacz przez chwilę. Rach, pach i po sprawię. Wszystko na szybko. Za szybko. Można nie zrozumieć, co się przed chwilą wydarzyło. Ci, co czytali wiedzą, ale ci co oglądają tylko serial? Może być różnie. No przepraszam.
Miecz Anioła... Ten serial sprawia, że mam ochotę przeczytać pierwsze książki jeszcze raz i sobie porównać wszystko. Ale potem nie chciałabym pewnie już go oglądać. xd
Co mogliby zmienić w następnych sezonach? Oprócz tego, żeby trochę bardziej trzymali się książki, to runy. Czasem serialowi Nocni Łowcy rysują sobie runy, ale częściej mają one już na sobie i tylko (jakby) przejeżdżają stelą (taka, jakby różdżka xD) po ich. Dziwnie to wygląda. Zwłaszcza runa, która leczy. Po co mieliby cały czas mieć ją narysowaną?
Ale, co było dobrego? Przedstawienie Żelaznych Sióstr - super! Lepsza broń, taka prawdziwa. Wprowadzenie Mai (wilkołak) - spisali się na medal, jak na razie jedna z lepszych postaci i aktorek. Wpływ emocji i uczuć na przemianę wilkołaków, no i sama przemiana jest o wieeele lepsza. Nie ma magicznej przemiany, tylko taka prawdziwa w bólach. Sceny walk też są lepsze, takie z prawdziwego zdarzenia. To tyle, co mi przychodzi do głowy na tę chwilę.

Skończyłam również oglądać pierwszy sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Serial nie ma porównania z filmem. Może film był bardziej gotycki, a Jim Carrey nie gorszy od Patricka Neila Harrisa, jako hrabia Olaf, ale... No, przy filmie zrobili ten błąd, że w jednym filmie zamieścili trzy części razem. To pomieszanie nie wpłynęło dobrze. I Klaus nie miał okularów. W ogóle taki był nie klausowaty. ;) Serial składa się z ośmiu odcinków z czego dwa odcinki to jedna część książki.
Prawdopodobnie (z moich wyliczeń xD) będą jeszcze dwa sezony. Co najmniej. Aby. Bo serial jest bardzo dobry. Na początku nie byłam przekonana do aktorki, która gra Wioletkę (najstarszą z trójki rodzeństwa). Jakoś mi nie pasowała. Co prawda nadal mi nie pasuje, kiedy porównam ją sobie z rysunkami z książek, ale przynajmniej nie gra źle. Za to przynajmniej aktor grający Klausa jest do niego podobny. Jeśli chodzi o najmłodszą z rodzeństwa - Słoneczko. Rozwesela ten serial. Wiadomo, jak to dziecko - gaworzy sobie, ale są dodane do tego napisy, co tak naprawdę mówi. Bardzo mądre dziecko. W serialu występuje postać, której brakowało filmowi - Lemony Snicket. Czy ktoś, kto czytał książki, może sobie je wyobrazić bez wtrąceń i zniechęceń Snicketa? Bo ja nie! Ta postać może niektórych denerwować lub irytować, cóż... Większość osób to właśnie on zniechęcił do czytania dalej książek w fabule. I tak powinno być, bo pozostał ten nastrój. Twój wybór. Oprócz tego, że serial posiada ponury i pesymistyczny nastrój, posiada nutę absurdalności. W sensie... Nie umiem tego wytłumaczyć. To widać głównie po postaciach, dekoracjach. Ta absurdalność nie jest zła, pasuje do tej całej aury serialu. Właśnie, dekorację są ładne na swój sposób. Zwłaszcza dom hrabiego Olafa. Hrabia Olaf i te jego charakteryzacje! Ludzie musieli nieźle się napracować przy nich. Z jednej strony ucharakteryzować nie do poznania, ale z drugiej, żeby od razu było widać, że to jednak jest hrabia Olaf. Sam aktor też świetnie się sprawdził w tej roli. Były uwagi, że aktor, który gra pana Poe nie jest biały, ale do tego można się szybko przyzwyczaić, ponieważ bardzo pasuje do swojej roli. I na koniec piosenka, która wspaniale podkreśla nastrój historii (fragment piosenki zmienia się, co dwa odcinki). Look away, look away...
Minus? Nie jestem pewna, ale zdaję mi się, że jedno z okien domu ciotki Józefiny było w kształcie oka (mogę się mylić), a w serialu to było zwykłe, nowoczesne okno... Nie pasujące do całego wnętrza domu i w ogóle serialu.
Czekam na następny sezon. :D
Look away, look away...


poniedziałek, 6 marca 2017

Piękny umysł

Pisałam, że ten post będzie wcześniej... Jak zwykle nie jest. xD Tak wyszło. Może nawet nikt nie zauważył tego spóźnienia. :p Zanim przejdę do tematu - może/prawdopodobnie w tym tygodniu skończę nareszcie "Zbrodnię i karę". Ile razy już, tak pisałam? Ale teraz serio. Jeśli skończę tę lekturę to na razie będę miała z nimi (tymi lekturami) spokój. Nie wiem, ile będzie ta przerwa trwała, więc trzeba ją wykorzystać na "Przeklęte dziecko". W wersji angielskiej. A potem Żeromski i "Przedwiośnie"... Ja tylko czekam na "Mistrza i Małgorzatę" oraz "Rok 1984". Nie ukrywam, że chcę bardzo przeczytać te lektury dzięki opinią i recenzjom pewnej blogerki i jednego booktubera. ;)
Wczoraj trafiłam na serial pt. "Sherlock". I co? I mam już serial, który będę oglądać, gdy skończy się jutro "Shadowhunters" sezon 2A i obejrzę ostatnie dwa odcinki SNZ sezonu pierwszego. :D Przeraża mnie tylko długość jednego odcinka... 90 minut.... Tylko weekendy pozostają w takim razie. Zamiast filmu - serial.

Jak pisałam w poprzednim poście - moja klasa posiada pewną listę filmów, które "powinniśmy" obejrzeć. Nie jesteśmy tym zachwyceni. W każdym razie drugi film z tej listy wybraliśmy sobie sami. Jako, że obok filmów jest napisana choroba, jakiej się tyczy film to... Nie trudno raczej się domyślić, że film ze słowem "schizofrenia" nas zaintrygował. Nie, nie patrzcie na to, jakbyśmy się tym zachwycili. Po prostu... Choroby psychiczne są zagadką dla przeciętnego człowieka i mało się o nich mówi. Bo co... O takich, co mieli wypadek i są sparaliżowani, czy na wózku to pełno filmów. Nie, nie krytykuję osób w takim stanie.

"Piękny umysł" jest historią matematyka Johna Nasha, który musiał zmierzyć się ze swoją chorobą -
schizofrenią. A raczej to jego żona musiała, bo to przede wszystkim o niej film. Oczywiście jest p. Nash, jego osiągnięcia, praca, problemy, rozwój schizofrenii, ale w tym wszystkim jest też jego żona, która musiała zmierzyć się nie tylko z chorobą męża, ale też wychowaniem syna.
Reżyser "wciąga" widzów do swojego filmu. Jest tu wiele zawrotów akcji, zaskoczeń... Przedstawienie schizofrenii, tak, że później sami możemy się pogubić. Widz, ma nadzieję, że to jednak realizm lub myśli, że to coś wymyślonego, a tu nagle nie, myślał błędnie. Przez takie zabiegi, można bardziej zrozumieć głównego bohatera, bardziej mu współczujemy. bo, jakże ktoś mógłby powiedzieć, że był "wariatem"? Jak można uznać kogoś za wariata, kto nie jest w stanie odróżnić rzeczywistości od wymysłów mózgu? Z nie swojej winy. W filmie są zdarzeń, wybory bohaterów, które mogą nie spodobać się odbiorcy. Bo są... To kwestie, które wymagają dłuższego namysłu. A przede wszystkim wczucie się w bohaterów. Krytykować można, ale, co z tego, jeśli nie jesteś nimi i nie przeżyłeś tego, co oni. Tak zawsze jest w stosunku do ludzi.
Jeżeli chodzi o obsadę - uważam, że jest bardzo dobra. Skoro nawet aktorzy mieli nominację do Oscara... I Jennifer Connelly go otrzymała. Uważam, że Russel Crowe i Jennifer Connelly wspaniale razem zagrali. Zresztą po kilku latach potem znów zagrali małżeństwo w "Noem: Wybranym przez Boga".  Najbardziej mnie jednak zdziwił jeden aktor, którego znałam tylko z roli Silasa w "Kodzie Leonarda da Vinci" (wczoraj okazało się, że również z roli Smolipalucha w "Atramentowym sercu"). Ciekawie i dziwnie się ogląda niektórych aktorów w całkiem odmiennych rolach. Przynajmniej nie wyglądał, tak upiornie jak, jako Silas.
Reżyserem filmu jest Ron Howard... To ten sam pan, co wyreżyserował filmy o Robercie Langdonie. I teraz moje pytanie. Jak można wyreżyserować, tak dobry film i jednocześnie lata później "Inferno", które... Okej, bez komentarza.


piątek, 24 lutego 2017

Ben X

Można się spodziewać w najbliższym czasie jeszcze jednej recenzji filmu. Piszę je tylko ze względu na to, że bardzo urzekły mnie te filmy. Nie, nie będę pisać za każdym razem, kiedy obejrzę jakiś film jego recenzji. Zresztą to nie będą typowe recenzje, bardziej rozmowa... Tak. Bo czemu, nie?

"Ben X" opowiada historię chłopaka z autyzmem (lekkiego stopnia). Historia jest opowiedziana jego
słowami, możemy się przyjrzeć szykanowaniu w szkole i nie zrozumieniu, tak naprawdę przez rodziców. Ale głównie jego relacji z innymi uczniami. 
Na ten film trafiłam poprzez listę filmów z biblioteki o niepełnosprawnościach (witajcie w mojej szkole), z której korzysta moja wychowawczyni na wychowawczych. Cóż... szału w tej liście nie ma. Nie znajdziecie tam np. "Zanim się pojawiłeś", bo tam jest wątek eutanazji, to gdzie tam, taki wątek w liceum. Jeszcze ktoś by wpadł na taki pomysł... xd Taki tam sarkazm. Ale trafiły się, jak na razie dwa ogarnięte i bardzo dobre filmy, czyli "Ben X" i "Piękny umysł" (właśnie ten film pojawi się za kilka dni). Podchodzę ogólnie z rezerwą do filmów o niepełnosprawnych, bo... Nie mam zamiaru oglądać, jak wciskają kit i nagle jest super i w ogóle. A nawet, jeśli na początku nie jest super to na końcu jest, bo gdzie tam, po co dołować ludzi. Duże mam wymagania. xd No sorry. W ogóle dziwnie to trochę brzmi: filmy o niepełnosprawnościach... I np. schizofrenia. Schizofrenia jest niepełnosprawnością? Bardziej chorobą... No bo nie powiesz np. jestem niepełnosprawny, bo... (podajcie tu sobie jakąś chorobę fizyczną). Dobra, ale nie będę się roztrząsać na tym i zbaczać z tematu. Nic do schizofrenii nie mam. 

Wracając do "Bena X" (oczywiście główny bohater ma na imię Ben) dużo gra w pewną grę RPG, gdzie można stworzyć swoją postać, zabijać potwory i poznawać innych ludzi wirtualnie. Coś, jakby Metin (tylko w to grałam z gier tego typu, nie mam porównania do innych gier). Tam poznaje dziewczynę, która poniekąd staje się jego towarzyszką, przyjaciółką. Brzmi trochę jak "Sala samobójców"... Nie, to nie to. Pewnego dnia dziewczyna chce się spotkać z Benem. Aha, w międzyczasie dochodzi do upokarzającej sytuacji z udziałem klasy i Bena (ludzie to nagrywają i non stop wysyłają mu to nagranie). I właśnie to spotkanie jest... W pewnym sensie ciekawe. Na pozór to nic takiego, ale trzeba obejrzeć do samego końca. To spotkanie nasunie tyle pytań i rozmyśleń... Bardziej chyba niż zachowanie kolegów Bena w stosunku do niego. Właśnie, koniec. Koniec jest... zaskakujący (malutki spoiler). Naprawdę... Niby się domyślamy, ale jednak... Mnie tam się podobał. 

Na uwagę zasługują jeszcze ujęcia z kamer. Nie mamy do czynienia tylko z monotonnym obrazem z czasem szybkim ruchem kamery. Ujęcia oddziaływają na widza. Pokazane jest przez nie postrzeganie świata przez Bena. 
I historia. Mamy do czynienia z główną historią, ale w jej trakcie mamy wstawki z takiego, jakby wywiadu z poszczególnymi dorosłymi. Nie wiemy na początku o co chodzi. Mamy do czynienia z informacją, że coś okropnego się stało. Wstawki wpływają na to, jak oglądamy resztę. Wiemy, że coś się wydarzy, ale nie wiemy, co i kiedy. 

Film nie jest polskojęzyczny, nawet nie jest anglojęzyczny. Aktorzy mówią po flamandzku (np. w Belgii jest region, gdzie się mówi po flamandzku). Nie przeszkadza to w niczym, w końcu jest lektor, ale jeśli ktoś jest przyzwyczajony do angielskiego... Mi tam bardziej dziwniej się oglądało wczoraj duński film, niż ten. 

Tytuł: Ben X
Reżyseria: Nic Balthazar
Scenariusz: Nic Balthazar
Ben - Greg Timmermans

Zwiastun po niemiecku, ale da się przeżyć. 

Ciekawostka na koniec od Filmweb - "Ben X" był belgijskim kandydatem do Oscara w 2008 r.

sobota, 22 października 2016

Dlaczego polubiłam GW #4 + kilka słów o "Gladiatorze"

Mija następny miesiąc z "Lalką", a ja nawet nie jestem w połowie... Powinnam zająć się czytaniem "Zbrodni i kary" Dostojowskiego... Ale pozytywizm jest, tak ciekawy, że wolę się zająć "przyszłością". 

Ostatnio zaczęłam oglądać filmy, które opierają się poniekąd na historii starożytnej lub mitach greckich. Wszystkie te filmy poleciła mi jedna osoba. Wśród tych filmów znalazł się właśnie "Gladiator" z Russellem Crowe w roli głównej. Ale o akurat nie dzięki niemu chciałam napisać o tym filmie na blogu. W ogóle szczerze pisząc nie wiem za co on dostał tego Oscara. Nie chodzi mi o to, że zagrał beznadziejnie, bo nie, tylko wg. mnie przeciętnie. Rola nie na miarę Oscara. Oglądałam chyba dwa - trzy filmy z udziałem p. Crowe i... w niektórych zagrał lepiej, a Oscara nie dostał. Nie ważne, dostał to już przeszłość. Na pewno nie wątpię, że mu się należy. "Gladiator" opowiada historię generała Maximusa, który (w wielkim skrócie) został zmuszony zostać gladiatorem. Po prostu nie należał do osób, które lubił cesarz Kommodus ( Joaquin Phoenix). Ogólnie historia bardzo dobra. Ale... Mnie rzadko interesują główni bohaterowie, bo często to te postaci drugoplanowe są dużo ciekawe i tak było też w tym przypadku. Rola cesarza Kommodusa była o wiele lepsza. I naprawdę jestem zdziwiona, że Joaquin Phoenix nie dostał za nią Oscara. Była tylko nominacja. Kommodus był trochę "dziwną" postacią, nie powiedziałabym przynajmniej, że był w pełni zdrowy psychicznie (piszę ciągle o tym filmowym Kommodusie, ponieważ wikipedia nie mówi za dużo o tym prawdziwym) przez co był złożonym bohaterem i od razu ciekawszym. Ale nie tylko przez to ta rola była lepsza, po prostu bardzo dobrze zagrana i tyle. Musicie sami obejrzeć, żeby zrozumieć o co mi chodzi, to za bardzo skomplikowane, żeby to ująć w słowa. :p
Google Grafika


Przechodząc do głównego postu. DLACZEGO POLUBIŁAM "GWIEZDNE WOJNY"? Jeśli ktoś czytał post o moich początkach z GW to wie, że od razu SW nie spodobały mi się, a przynajmniej się nimi nie zachwyciłam. To wbrew wszystkiemu trudne filmy, nie wiem, co dzieci rozumieją z tych filmów, ponieważ ja musiałabym chyba obejrzeć po trzy razy każdą część, żeby w pełni wszystko zrozumieć. A nawet wtedy bym chyba nie zdołała wszystkiego "ogarnąć". Polubiłam GW dzięki jednemu bohaterowi. Już widać po "Gladiatorze" i książkach, że lubię bohaterów nie banalnych i nie jednokolorowych. (Jakkolwiek to brzmi) W "Star Wars" tym bohaterem jest Kylo Ren (tak, wiem, jest mordercą, ale coś za tym zabójstwem się kryje), znaczy wcześniej był Anakin Skywalker, ale "nowej trylogii" jeszcze nie oglądałam. Zresztą zaczęłam oglądać od 8. części, więc najpierw "zauważyłam" Kylo. Kylo jest tak, jakby następcą Lorda Vadera, aczkolwiek daleko mu do niego. Praktycznie nic o nim nie wiemy, tak jak o reszcie nowych bohaterach (zwłaszcza Rey). Fani nazwali go Benem... Nie jest to jakieś cudowne imię, ale patrząc na to, jak nazywają się jego rodzice to lepiej być nie mogło. (Piszę ogólnikowo, bo zdaję sobie sprawę, że niektórzy jeszcze nie oglądali
Google Grafika
"Przebudzenia mocy"; wystarczy, że zaspoilerowałam jednej osobie, kogo Kylo zabija). W grudniu-styczniu wymyślałam różniste teorie na temat Kylo i Rey z jedną blogerką. Według mnie Kylo i Rey to rodzeństwo (nie wierzę w to, żeby byli kuzynostwem, to by było zbyt oczywiste jak na film). W następnych częściach będzie chodziło o to, że on jest po tej złej stronie, a ona z resztą po dobrej. I pewnie pod koniec "nawróci" się, ale wtedy będzie za późno. Jednak znając GW nie będzie dużo bardziej skomplikowanie. Jestem bardzo ciekawa, czy rozwiną wątek, dlaczego facet przeszedł na ciemną stronę mocy. Okej, chciał "dokończyć to, co zaczął dziadek", ale musiał być lepszy powód. To by było za płytko. Rozumiem, że poprzednie filmy nie skupiały się tak bardzo na psychice bohaterów, w ogóle konkretnych bohaterach, ale myślę, że tak zabieg może być dobry. Każdy lubi, co innego w filmach i właśnie tego brakowało mi w starej trylogii - ukazania głębiej bohaterów. Może to nie te filmy... Mam tylko nadzieję, że w dziewiątej części Kylo nie zostanie nagle zrzucony na dalszy plan, jako ten zły, niczym Vader. Szczerze? Według mnie potrzebna była nowa trylogia o Anakinie, bo to się, aż prosiło. Taaak, wiem, że 8, 9 i 10 część ma dotyczyć Rey..., no, ale... Jeśli byliby rodzeństwem... :D  Chaos kończąc, tak, ten post jest poświęcony Kylo. Na nim zakończył się cykl o GW. Mam nadzieję, że koniec nie był, aż taki zły.
 Nie będzie postu poświęconego "Przebudzeniu mocy".