1. Jeszcze "to" czytasz?
Tak, owszem. I co ci w tym przeszkadza? Najbardziej nie lubię tego pytania. Kogo to obchodzi, ile czasu komuś zajmuje czytanie jakieś książki. To sprawa osoby, która czyta. Wiadome jest, że są jeszcze inne rzeczy na świecie niż tylko książki np. nauka. Od samego czytania człowiek nie staje się geniuszem. Owszem, czytam dość wolno i czasem mi to przeszkadza, ale nic na to nie poradzę. Nie umiem czytać wszędzie i na wyrywki, wolę czytać w ciszy. Zresztą to też zależy, jak bardzo fabuła mnie wciągnie. Zazdrościłam do niedawna ludziom, którzy potrafią przeczytać np. sześć książek w miesiącu, ale potem sobie to odpuściłam. Nie ważne, jak długo czytasz, ważne, że masz z tego przyjemność i może jedna książka zajmie ci pół roku, ale będziesz się cieszyć, że ją skończyłeś. Każdy powinien zająć się sam czytaniem książek, ja przynajmniej nie narzekam na brak książek do czytania.
2. Po co kupujesz książki, skoro leżą na półce i ich nie czytasz? Jeszcze nie przeczytałeś tej książki?
Może i leżą teraz nieprzeczytane na półce, ale w końcu je przeczytam. Musi przyjść na nie pora. Lubię układać sobie w kolejności książki, które będę po kolei czytała i... Nawet jeśli skończę jakąś książkę i w tym czasie dostanę jakąś nową to i tak sięgnę po tą, którą wcześniej ustaliłam. Nazbierało mi się sporo zaległości, dlatego jestem trochę do tyłu i coś, co miało premierę np. kilka dni temu przeczytam dopiero za miesiąc lub dwa. Trudno. A z kupowaniem książek... Po prostu lubię kupować książki, tak jak inne dziewczyny lubią kupować ciuchy. Fakt książki są droższe, ale ja jestem za zdaniem: z ciuchów możesz wyrosnąć (po prostu mogą przestać ci pasować ze względu na figurę), a książki... masz na zawsze. Ale podjęłam decyzję, że dopóki nie skończę moich zaległości to nie kupię żadnej książki. Zobaczymy, jak bardzo to się sprawdzi...
3. Zostaw tę książkę, skoro cię nudzi/wkurza.
Czasami, tak jest, że główna bohaterka lub fabuła mnie bardzo irytuję i jeśli ktoś się mnie pyta, o czym jest ta książka lub czy mi się podoba to mówię szczerze, jak jest. Wtedy pojawia się pytanie: to po co to czytasz? Jasne, mogłabym rzucić w kąt książkę, nigdy po nią nie sięgnąć i o niej zapomnieć, ale tego nie robię. Przynajmniej od czasu, kiedy na poważnie czytam. W podstawówce pewnie zdarzało mi się nie dokończyć książki, ale teraz czytam wszystkie książki do końca. Skąd mam wiedzieć, czy książka się nie zmieni nagle w połowie lub pod koniec fabuły, skoro ją rzucę po 50 stronach? A może jednak ta reszta stron kryje coś lepszego? Nawet jeśli nie... To po prostu chcę mieć prawdziwą opinię na temat książki, żebym mogła się o niej wypowiadać. Jest jedna... Nie, są bodajże trzy książki, które rzuciłam po paru stronach. Dwie z nich czytałam bardzo dawno i nie pamiętam z czego to wynikało, ale chcę wrócić do nich. Trzecia... To jest "Obca", którą czytałam parę miesięcy i nawet nie byłam w połowie, przerażał mnie ogrom stron, zresztą... Jak długo blog może być zawieszony przez jedną "głupią" książkę, której recenzję chyba nigdy nie napiszę? Ale sięgnę w końcu po nią. Trudno, będę czytać ją pewnie rok.
4. Zaginanie rogów kartek
Szczerze to jest to mi obojętne. Nie uważam to za haniebny czyn, jeśli ktoś naprawdę lubi czytać. Zdarza się, że nie ma się zakładki przy sobie, albo jest fajny cytat, ale nie masz jak go zaznaczyć, wtedy róg jest pierwszą metodą pod ręką. Nigdy zaginanie rogów nie służyło mi za zakładkę, ale zaznaczałam w kilku książkach tak strony z interesującymi cytatami. Nie były to oczywiście książki pożyczone/wypożyczone, ale moje własne. Nie zaginęłam rogów szczególnie mocno, więc nawet nie zbyt widać, że były zaginane. Nie używałam wtedy po prostu karteczek samoprzylepnych. Możecie uznać to za karygodne, no cóż...
5. Wyginanie książek
Boże, jak ktoś może tak czytać. Przecież to nawet nie jest wygodne, a przy okazji tak niszczy się grzbiet książki, że masakra. Najgorzej jest jednak, jak ktoś po prostu tak czyta. I niszczy tak cudze książki. Okej, rozumiem, że podczas czytania i tak w końcu grzbiet zagnie się w niektórych książkach, ale to się dzieje samoistnie, a nie dla wygody czytającego. Zagięty róg można wyprostować, wygięty grzbiet zostaje na zawsze i nie wygląda on najlepiej na półce. Najbardziej wygięty grzbiet w książkach mam w któreś części "Felix, Net i Nika", bo pożyczałam tę książkę paru osobą i w "Mitologii", ale to inna bajka, to książka, która jest najczęściej używana na mojej półce, więc ma oznaki zużycia.
Niestety nie mogę znaleźć odpowiedniego zdjęcia, aby to przedstawić.
6. Zakreślanie cytatów i pisanie w książkach.
Nie popieram pisania długopisem i zakreślania zakreślaczem w książkach. Sama robię to ołówkiem. Wiem, że są ludzie, którzy nawet nie tolerują zaznaczania ołówkiem, ale mi to nie przeszkadza. Widzę sama zresztą, że ołówek po paru miesiąca zanika/ściera się. Ale to też tylko w niewielu książkach tak robię. Chyba większość części "Nocnej Szkoły" posiada po zaznaczane cytaty. Dlaczego uważam, że długopis to zły pomysł? Nawet, jeśli ktoś podkreśli coś za pomocą linijki to nie wygląda to ciekawie. Oczywiście od razu cytat rzuca się w oczy, ale jakby długopis nie wtapia się w książkę jak ołówek, nie wygląda jak jej część. A pisanie na marginesach? Przyznam się ze wstydem, że pisałam bez potrzeby na marginesach chyba dwóch książek. To były jakieś uwagi, komentarze dotyczące okładki np. paradoksy. Jednak chcę je wymazać. Ale są zapiski w książkach, które są dobre. Mowa o książkach obcojęzycznych. Ktoś może być bardzo dobry z jakiegoś języka, ale zawsze znajdzie się słowo, którego nie zna. Uważam, że właśnie przy czytaniu książek obcojęzycznych zapiski tłumaczeń są na miejscu. Ołówkiem.
7. Nie oceniaj książki po okładce
W sensie dosłownym. Staram się nie oceniać treści książki przez okładkę, bo wiem, że okładki często mają mało powiązań z fabułą, ale chyba każdy przyzna, że jej wygląd ma jakieś znaczenia. Jeśli znam książkę, czytałam jej recenzje, że jest dobra i opis mi się podoba to to jak wygląda okładka nie ma znaczenia. Ale jeśli opis jest, taki średni, nie przekonuje mnie to jednak biorę pod uwagę okładkę. Pewnie to źle, ale cóż... Na podstawie niektórych opisów nic się praktycznie nie można dowiedzieć o książce. Np. opisy "Serii Niefortunnych Zdarzeń" one zniechęcają czytelnika do sięgnięcia po te książki. Jeśli ktoś czytał je, choć raz to wie o co chodzi. Tam czytelnik ma napisane wprost, że to straszna, okropna... Te opisy są takie przygnębiające. Za to okładki... Może nie są piękne, ale mają upiorny urok. Ja akurat kierowałam się głównie opisem książek, bo ten opis jest inny od reszty opisów i to mnie zaintrygowało. Ogólnie, jeśli ktoś oglądał film... Książki są o wiele lepsze.
8. Nie mam, co czytać
Naprawdę? To zazdroszczę. Jednak uważam, że jeśli ktoś uwielbia/lubi czytać to zawsze coś znajdzie do czytania. Pójdzie do biblioteki i coś znajdzie. Ale przede wszystkim pytanie: czy te osoby nie mają listy książek, które chciałoby przeczytać? Zdawało mi się, że każdy czytelnik posiada coś takiego. Moja liczy ok 80 tytułów i choć zdaję sobie sprawę, że może nigdy nie przeczytam niektórych tytułów to mam taką listę. Dzięki niej właśnie, kiedy następuje ten czas, kiedy na półce mam tylko przeczytane książki lub chcę sobie zrobić od nich odskocznię, to sięgam po tę listę. Nie muszę marudzić "i co ja mam teraz czytać?".
9. Najpierw książka, potem adaptacja
Nie uważam to za służne stwierdzenia. Nie bronię nikomu czytać książek przed filmem, sama kierowałam się przy niektórych filmach (np. teraz czytam "Inferno", które pojawi się w kinach w październiku) . Jednak w większości wypadków wolę obejrzeć film. Chodzi mi o ekranizacje pojedynczej powieści lub nowej serii. Jedną z roli adaptacji jest to, żeby po filmie widz chciał sięgnąć po książkę. Jasne, nie wszystkie adaptacje są świetne, ale przynajmniej dzięki nim podtrzymuje swoją decyzję. Ale np. "Dawca pamięci" zachęcił mnie do książki. Prawda też jest taka, że niektóre adaptacje są lepsze od książek, choćby GNW.
10. Co to? Książka dla dzieci?
A jakże! Czasem książki dla dzieci, wcale tak bardzo nie są dla nich przeznaczone, bo właśnie te książki zawierają głębie. Coś więcej, niż związek miłosny w co drugiej książce dla młodzieży. Tak naprawdę prawdziwy sens tych lektur odnajdujemy, jak jesteśmy już starsi. Czasami dopiero po przeczytaniu jakieś książki dowiaduje się, że jest ona przeznaczona dla młodszych i się dziwię. Po prostu są one tak dobre. Te baśniowe stwory, wymyślone krainy i nie tylko. Tutaj powinnam dodać też książki dla młodszej młodzieży, czyli np. "Felix, Net i Nika" lub inne tego typu serie. W czym one są gorsze? Po jakieś trudnej lekturze fajnie przeczytać coś całkiem innego. Dotychczas przeczytałam dwie książki, które nie zasługują na nalepki z napisem "książka dla dzieci". Są to "Mały Książę" i "Dawca". Pierwsza książka wygląda na bajeczkę, ale omawianie jej w podstawówce jest bezsensu. Może i ma obrazki, a jej bohaterem jest dziecko, ale co z tego? Skoro tam jest tyle symboli i przede wszystkim metafor, które sami musimy odkryć. To nie tylko opowieść o przyjaźni. A "Dawca"... Jego problematyki nie zrozumieją dzieci bez odpowiedniego wytłumaczenia, któremu mogą nie podołać.
Grupa ludzi za którą nie przepadam. To czytelnicy, którzy owszem dużo czytają. I myślą, że jak dużo czytają to mimo młodego wieku (a nawet i nie) znają się bardzo dobrze na książkach. Problem w tym, że może i czytają dużo, ale jest to literatura współczesna dla młodzieży XXI wieku. O starszych książkach ci ludzie mają małe pojęcie. Klasyków nie czytają sami z siebie. Rozumiem, że nie wszyscy czytelnicy muszą czytać klasyki, ale warto się zaznajomić z nimi. A jeśli się nie chce to po prostu być zwykłym czytelnikiem i nie robić z siebie większego czytelnika. W każdym razie dla mnie jest to dziwne, jeśli ktoś uważa, że uwielbia fantastykę, ale książek np. pana Tolkiena lub Lewisa nie czytał i nie ma za bardzo ochoty tego robić. Coś wie na temat ich twórczości, ale słaby to poziom wiedzy. Ale mówi, że jest fanem książek fantastycznych. Nie piszę, że trzeba przeczytać "Władcę Pierścieni" i "Opowieści z Narnii", ale... No, to zmniejsz tę opinię na temat swojego czytelnictwa. Super wielkim czytelnikiem nie będziesz, jak nie masz choćby pojęcia o jakiś klasykach. Współczesne książki... Zwłaszcza te dla młodzieży... jest po prostu płytka i warto sięgnąć kiedyś po coś lepszego. Samemu z siebie, a nie bo taka lektura w szkole jest. Polecam "Katedrę Marii Panny w Paryżu" Victora Hugo. Bardzo lubię tę książkę, jest jedną z moich ulubionych. Chociaż sporo jest opisów dziewiętnastowiecznej architektury to to wynagradza budowa postaci, która jest złożona i opisana z dokładnością, której teraz mało w książkach. Najbardziej lubię to, że bohaterzy nie są jednolici. Bajka Disney'a... Jest fajna, ale to bajka. Nie jest dokładnie taka jak książka, praktycznie mało tam rzeczy podobnych. Kiedyś z przyjemnością jeszcze raz przeczytam ten klasyk.
Wracając do wątku.. Jeśli nie mamy sporego pojęcia w jakieś dziedzinie to nie powinniśmy się wychylać, bo łatwo będzie ta osoba mogła nas zagiąć. Jest wielu ludzi, którzy czytają różną literaturę, mają o niej większe pojęcie i siedzą cicho, a przynajmniej nie chwalą się tym. I nie piszę, że tamte osoby chodzą i krzyczą o tym, jak to one nie interesują się książkami, ale... po prostu dają znać niewerbalnie innym, że jednak uważają się za znawców.




No tak, milion razy słyszałam, jaka to jestem zła, bo piszę ołówkiem po książkach. Moich książkach. Ja po prostu uważam, że książka nie jest dziełem skończonym. Kupując ją, zaczynam dialog z autorem. Piszę swoje spostrzeżenia, uwagi, komentarze, zaznaczam najlepsze cytaty. Nauczyła mnie tego klasa humanistyczna- nie da się omawiać książki bez doskonałej znajomości, co gdzie jest, a chwilowe, Bardzo mądre uwagi co do treści mogą szybko ulecieć i zniknąć. Im bardziej książka popisana, tym bardziej przeze mnie kochana- wystarczy spojrzeć na Dziady, w których jest więcej notatek, niż treści, bo robiłyśmy je i ja, i moja siostra. Tych starych, podniszczonych Dziadów bym nikomu nie oddała. To już działo wspólne- moje i Mickiewicza- zapis mojej świadomości z pewnego okresu życia. Ołówkiem oswajam książki... Nie lubię nowych książek. We wszystkich lekturach mam też wklejony ex libris.
OdpowiedzUsuńCzasami lepiej najpierw obejrzeć film- zacięłam się tak na "Łowcy androidów". Nie mogę obejrzeć filmu, bo jest nieco inny niż książka i mnie to okropnie razi. A przecież to fajny film.
Ale ja akurat często porzucam książki w połowie. Po prostu widzę, ile wspaniałych lektur jeszcze na mnie czeka. A mam tak mało czasu- szkoła, studia, praca, codziennie mam najwyżej godzinę na czytanie. Nie będę marnować życia na książki, które mi się nie podobają, bo potem okaże się, że nie zdążyłam przeczytać kilku perełek.
Też rzadko porzucam książki na początku/w połowie, ale tylko wtedy kiedy są naprawdę kiepskie, nudne, a na dodatek długie.
OdpowiedzUsuńZdarza mi się, że jedną książkę czytam miesiąc (przykładowo "Quo vadis"), a inną o podobnej grubości kończę po dwóch dniach. Jak dla mnie to nie jest żaden problem. Niech sobie ludzie czytają, w jakim tempie chcą.
Akurat do zaznaczania cytatów czy wypisywania słówek w anglojęzycznych książkach używam długopisu - o tym już Ci pisałam. Zamiast podkreślania preferuję jednak kwadratowe nawiasy (nie mam pojęcia, jak się fachowo nazywają).
Moja mama stwierdziła kiedyś, że po co mi książki, jak je tylko raz przeczytam. Okej, ubrania też trzeba jakieś kupić od czasu do czasu, ale ubranie raczej nie da mi takiej frajdy, czyż nie? Zresztą są książki, które mogłabym czytać cały czas, wiec bardziej opłaca mi się mieć je na półce niż wypożyczać z biblioteki.
Mi w "Życiu Pi" zdarzyło się wygiąć grzbiet, choć byłam tak ostrożna i nie rozchylałam zbyt książki. Zresztą ten wygięty grzbiet jakoś nie wpływa na treść książki, więc jak dla mnie nie jest to żaden problem.
Pozdrawiam
Tutti
MÓJ BLOG
Ja osobiście nie lubię typu ,,zagorzałych fanów", którzy uważają, że jak im się książka podobała, to wszyscy muszą ją przeczytać. Jak komuś się ,,arcydzieło" nie podoba, to jest jakiś dziwny, no bo jak nie zachwyca, jak zachwyca. Strasznie mnie to irytuje- każdy ma swój gust i to, że ta książka podoba się tobie, nie znaczy, że musi podobać się innym.
OdpowiedzUsuńKażdy ma swoje tempo, to przecież normalne. Kiedyś zazdrościłam mojej przyjaciółce, w jakim tempie pochłania książki, ale teraz wiem, że to nieważne- ważne, kto ma jaką prędkość czytania i czy czerpie z tego przyjemność.
Też mam postanowienie niekupowania książek, dopóki nie uporam się chociaż z częścią nieprzeczytanych pozycji na moich półkach (bo uwielbiam kupować i wypożyczać książki). A sporo ich, oj sporo.
Ja też mam coś takiego, że lubię dokończyć książkę. Zdarza mi się bardzo rzadko, że porzucam daną pozycję w trakcie czytania.
Również staram się nie oceniać książki po okładce, ale z drugiej strony- taka rola okładki. Zachęcić do przeczytania, pozwolić ocenić, czy dana pozycja jest w moich klimatach. Szkoda więc, że wydawnictwa tak często się nie przykładają do strony graficznej...
Moją przygodę z Percym Jacksonem i ,,Igrzyskami śmierci" zaczęłam od filmów, gdyby nie adaptacje, w życiu nie dowiedziałabym się o istnieniu książek.
Książki dla dzieci są super! Ostatnio odkryłam na nowo i zachwyciłam się ,,Zwłokopolskimi" Marcina Pałasza. Świetnie się bawiłam, naprawdę dobry styl i genialne poczucie humoru, ogromna dawka absurdu. I kto by pomyślał, że odnaleziona w głębi regału książka z dzieciństwa może przynieść tyle radości:D
A ja bezczelnie twierdzę, że bardzo lubię książki fantastyczne, chociaż Tolkiena nie czytałam. I nie uważam, że to w czymkolwiek przeszkadza. Co innego, gdybym utrzymywała, że jestem wielkim znawcą tego gatunku, wtedy pewnie- byłoby to dziwne. No i nie jestem, więc nie twierdzę. Po prostu lubię klimaty fantasy i tyle:)
Pozdrawiam ciepło,
P.