Obiecałam, więc piszę. Ten temat ciąży mi od roku szkolnego. Może nie tyle oceny, co gratisowe opinie nauczycieli do nich. Nie piszę tylko o swoich ocenach, o swoich kolegów i koleżankach też. Zwłaszcza, że przez te dwa lata bardziej się ich zna, niż nauczyciele. Oni patrzą głównie na uczniów przez pryzmat oceny. No, przynajmniej niektórzy. Przykład? Czy jest ktoś kto nie spotkał się nigdy w życiu z takim czymś?: Jakaś osoba dostała jedynkę (zwykły uczeń, który nie należy do skrajności nauki) i już nauczyciel mówi: "nie uczyłeś się!" i tym podobnie. A nie zawsze tak jest, że złą ocenę dostajemy przez to, że się nie uczyliśmy! Owszem, są osoby, które nie lubią się uczyć i mają gdzieś, że dostaną jedynkę, ale myślę, że te też się zgrywają, że niby go to nie obchodzi. W każdym razie, czy to nie uprzedzenie? Od dawna się przyjęło, że ten co ma słabe oceny, nie uczy się. A może nie ma jak lub kiedy? Są różne sytuacje życiowe. Czasem człowiek jest nimi tak zdołowany, że nie ma siły sięgnąć po książkę i wkuwać. A kogo to obchodzi w szkole? Wątpię, aby na serio kogoś. Może interesują się wtedy, kiedy z szóstkowego ucznia robi się (niech będzie) dwójkowy. Wtedy naprawdę widać. A tak?
Przykład takich przedmiotów jak fizyka, chemia, matematyka, język polski... Głównie przedmioty ścisłe. Uczymy się wzorów, a później piszemy sprawdziany i kartkówki. Wiemy, że się uczyliśmy, pamiętamy wzory i...
1. W momencie, gdy dostajemy kartkę - pustka! Kurcze, przed chwilą pamiętałam, a teraz... No, zdarza się. Najgorzej jest tylko jak później się wytłumaczyć nauczycielowi. Nie da się. Ocenił twoją wiedzę i bum.
2. Jakieś niestworzone zadania daje w których niby tylko trzeba się kierować wzorami... A idź! Mam/miałam (sama nie wiem, czy będzie uczył w następnym roku) takiego nauczyciela, który dawał dodatkowo tylko do obliczenia... Jest wzór i trzeba podzielić liczby. A te liczby są tak długie i dziwne, że musi minąć jakieś dziesięć minut, aby wynik ci wyszedł z liczbami po przecinku. Przecież takie coś zajmuje więcej czasu, niż zadania! A później, że nie rozwiązałeś większości zadań...
Jest tyle przykładów na świecie, w Polsce... nie umiesz jednego na milion i już koniec. Bo przecież znałeś metodę. Ale czasem się nie da zrobić wszystkiego. To moim zdaniem jest złe. Co z tego, że umiem 90% innych podobnych zadań, skoro nie umiem 10%, które są na teście? Nikomu później tego nie wytłumaczysz!
W związku z tym jestem zdynstansowana do testów kończących trzy lata nauki. Nie ma takiej opcji, aby co roku były na tym samym poziomie! Jednego roku jest trudniejszy, a jednego łatwiejszy i tyle. Te testy układają ludzie. To tylko ludzie, nie wiem, co by musieli robić, żeby wszystko było jednakowe. Chcąc nie chcąc tak jest. I to boli. Ponownie przykład: parę z miliona.
Jedna z moich nauczycielek powiedziała kiedyś, że oceny muszą być, żeby uczniowie się uczyli. Gdyby ocen nie było nie byłoby nauki. Może i racja, ale również racja, że mogą one zniechęcić człowieka.

Trochę się z Tobą zgadzam. (nawet troszkę bardzo) Albo: Umiesz materiał, pamięciówkę, tylko kawałka nie i akurat ten kawałek na kartkówce. A wszystko inne umiesz! Też racja, że uczniowie by się nie uczyli, gdyby nie było testów. Więc całkowicie dogodzić i zrobić dobrze, chyba niestety się nie da. :)
OdpowiedzUsuńJesli chodzi o testy po 3 latach nauki: moim zdaniem sa one potrzebne, chociaz mocno stersuja niektorych, wiec nie sa do konca wiarygodne. Dlaczego? Np dlatego, ze w mojej podstawowce oceny byly mocno zawyzane, a w innych poziom jest tak wysoki, ze posiadanie 5 na swiadectwie graniczy z cudem. Mysle ze to tez dlatego sa te testy. Faktem jest, ze sprawdzaja maly kawalek materialu i mozna po prostu miec pecha, trafic na to, czego sie akurat nie lubi itd. Ale chyba mimo to sie przydaja
OdpowiedzUsuńJa sie zastanawiam nad tym egzaminem. Może być na nim wszystko, dosłownie wszystko. I ja muszę opanować cały materiał na jeden durny egzamin? Ale co z tego, że będę umieć jakąś super trudną rzecz, a potem okaże się, że na egzaminie jest to, co jest proste, a czego uczyłam się najmniej -.- Fajnie by było, gdyby podawali, czego mamy sie nauczyć na ten egzamin... Albo mogliby robić jakieś egzaminy semestralne - mniejsza ilość materiału - lepiej wkujesz...
OdpowiedzUsuńA w ogóle po co mi ten egzamin? Mówią: "Aby sprawdzić moje umiejętności..." Umiejętności... Pff... Ciekawe, po co mi wiedzieć o czymś z chemii, jak chcę iść na ekonomię?
Dla mnie egzaminy to jakiś chory wymysł państwa...