Ostatnio pojawił się następny argument do tego tematu... Niestety. Nie mam żalu o tę sytuację do nikogo... Może poniekąd do siebie, że nie należę do grupy sportowców.
Co tu ukrywać, skoro wszyscy, którzy mieli wiedzieć już wiedzą - dostałam stypendium. Mówią, że nie byle jakie. Nie wiem, nie zauważyłam, żeby była jakaś różnica między tym, a zwykłym. Może więcej się o nim mówiło. Przez chwilę. Nie, to nie chodzi o to, żeby o mnie trąbiono... A raczej o pieniądzach, jakich dostałam, bo co kogo to obchodzi, ale... Skoro się docenia tym, że uczeń ma najwyższą średnią w szkole to chyba powinno się podać tę informację dalej? Na fanpage szkoły na który więcej osób zagląda na przykład. Nie ważne. Mniejsza z tym. I tak brzydko wyszłam na zdjęciach. Weszłam w zakładkę, która mówi o sukcesach... Problem w tym, że te "sukcesy" to wyłącznie sukcesy sportowe. Cóż, sukces to sukces. Nie wątpię, że nie. Ale uczniowie nie osiągają wyłącznie sukcesów sportowych. Dziwna zresztą byłaby to szkoła. Zażartowałabym sobie głupio, ale chyba nie wypada. :p Hm, czy to nie umniejsza tym niewysportowanym uczniom. Tak jakby reszta osiągnięć była gorsza. Tak, może ja na to, tak patrzę, wyolbrzymiam. Ale nie chodzi tylko o szkołę. Spójrzcie na świat. O czym się mówi? Co przykuwa uwagę ludzi? Sport. Siła. I wszystko z tym związane. Spójrzmy na te stereotypowe seriale i filmy amerykańskie dla młodzieży - najlepsza grupa w szkole to sportowcy, jedna z najgorszych to ci kujoni. Hm, wcale to nie, takie głupie. W głowie od małego mamy coś takiego... Że jeśli ktoś lepiej się uczy, siedzi długo nad książkami to jest obiektem drwin. Może później się to poprawia na dalszych etapach nauki, ale jednak... Taaak, nie ukrywajmy, w tym świecie lepiej mieć osiągnięcia w sporcie i być głupim, niż na odwrót. Popadam w skrajności, żeby jak najbardziej pokazać ten problem. Nie, nie uważam, że sportowcy są głupi i w ogóle, przecież to nie jest ich wina, że ktoś kiedyś, tak wymyślił, że oni będą lepsi i teraz spora grupa ludzi się tym kieruje. Niby rodzice niektórzy mówią, żeby nie patrzeć na innych i tak dalej. I że przecież nauka jest ważna i w ogóle. Jednak... Jakby nie patrzeć to osiągnięcia sportowe bardziej by im się podobały. Bo jak to wygląda, żeby się chwalić przed rodzinom, czy kumplami, że dziecko dostało szóstkę z czegoś lub wzięło udział w olimpiadzie przedmiotowej, kiedy można powiedzieć o tym, że inne dziecko wzięło udział w zawodach lub nauczyło się czegoś nowego. Lepiej to brzmi. Nauka... Wydaje się, czymś absurdalnym i łatwym. Bo niby nie trzeba się natrudzić. Fizycznie to już w ogóle nie wymaga wysiłku. W końcu sport rozwija i psychikę i siłę fizyczną. Więc lepiej, nie? Aczkolwiek jeszcze nie każdy sport. Bo tu też mamy rozgraniczenie. Oczywiście. Szachy. Podobno trudne mają zasady. Znaczy się dla mnie łatwe. Ja rozumiem, że to wcale nie jest pasjonujące patrzeć się, jak dwoje ludzi gra. I ich jedyny ruch to zmienianie układu szachów. No może też naciskanie dzwonka/budzika (nie wiem, jak to się nazywa). Naprawdę rozumiem to. Sama bym nie chciała oglądać takich zawodów. Ale zdaje mi się, że to przez samo to, że bardziej wysila się głowę do tej gry to ten sport jest traktowany jako coś hm, gorszego. Z takim uśmieszkiem się mówi o nim. Który rodzic (głównie ojcowie) nie woleliby, żeby zamiast dziecko grać w szachy, żeby grało w piłkę nożną. Piłka nożna to sport kultowy. Wychodzi się na dwór. Poznaje się ludzi. Nie wiem, który sport jest trudniejszy. Nie gram w piłkę, w szachy gram raz na kiedyś. Ostatni raz był w czerwcu. Co prawda przegrałam, ale gra nie trwała pięć sekund.
Wylewam żale w tym poście... To chyba głupie. Zależy dla kogo. Mi - osobie, której daleko do sportu z pewnych względów, zależy na tym, żeby nauka oraz osiągnięcia poza sportowe były bardziej doceniane. Nie da się przekroczyć niektórych rzeczy, nie zmienię tego, że coś jest ciekawsze od jednego. Ale mogę wyrażać opinię na ten temat. Dla mnie ten temat jest ważny. Na pewno nie jestem osamotniona w tym.
Grudzień. Oficjalnie można słuchać świątecznych piosenek, zawieszać zimowe ozdoby i szukać śniegu. :p
Nie jestem jakimś specjalistą od matematyki. Moja wiedza nie jest też na nie wiadomo, jakim poziomie. Może niżej minimalnie niż przeciętna - nie wiem, zależy od punktu patrzenia. W każdym razie nie można też zaprzeczyć temu, że nie jestem też słaba z matmy. A jak to jeden ze stereotypów mówi - humaniści nie umieją matematyki. Ich matematyka jest, tak opłakana, że poszli na humana. Z tym stereotypem łączy się wiele wymówek osób, które poszły na profil humanistyczny lub z natury są humanistami: bo ja jestem humanistą, dlatego matma mi nie idzie. Heh, te wymówki... Gdyby każdy zaczął szukać, takich wymówek...
Racja, na początku mojej edukacji jakoś nie przepadałam za matematyką i liczeniem. Zawsze jakoś lepiej mi szło pisanie, niż liczenie. W gimnazjum jakoś... trochę się to wyrównało. To znaczy nie było, tak, że lubiłam język polski, a matematyki nie. Cóż polubiłam ten przedmiot, co nie znaczyło od razu, że byłam o niebo lepsza w matematyce. Nie, wcale. No może trochę. W każdym razie te 62% udało mi się zdobyć. Po dwóch latach i prawie czterech miesiącach w liceum zaczęłam zauważać, że mój stosunek do matematyki diametralnie się zmienił. Szczerze pisząc to nie umiałabym wybrać teraz, który przedmiot wolę bardziej. Nie, nie popisuje się. Matematyka nadal pozostaje trudnym przedmiotem, gdzie niektóre działy zwyczajnie mnie dobijają, ponieważ według mnie nie są żadnemu licealiście potrzebne do szczęścia. Mowa tutaj o prawdopodobieństwu, które jest jakąś abstrakcją, która nie pasuje mi do logicznej matematyki. Nie twierdzę, że zaraz zdam matmę na maturze - to kwestia kilku czynników, nie przesadzajmy. Nawet przy polskim może mi się podwinąć noga, a co dopiero przy innych przedmiotach. Realizm.
Nie wiem, jak to nazwać. Może to jest śmieszne, że nagle mi się trochę odwidziało z matematyką, aczkolwiek... Jeśli zaczyna się coś bardziej rozumieć to to sprawia, że jednak masz tę myśl, że jednak to nie jest, takie odległe. Kiedyś miałam wymówki, jak wyżej napisane: bo ja jestem humanistą. I co z tego? To nie wyklucza bycia dobrym w matematyce, rozwijać swoje umiejętności w liczeniu i nie odwalaniu tego byle jak. Nie, nigdy nie podchodziłam, aż tak do matmy, ale były momenty, że mówiłam, że po co mam to umieć, skoro nie będę wiązać z tym życia. Może jeszcze parę lat temu nie brałabym udziału w konkursie matematycznym dla chętnych w szkole (co miesiąc nowe zadanie), bo po co? A jeśli bym robiła... To jeśli by mi coś nie wychodziło to zostawiłabym to, tak jak jest i tyle. Miałabym to gdzieś. Bo przecież się starałam. A teraz po prostu szukam rozwiązania, nie umiem często odpuścić zadaniu, jeśli go nie rozwiąże lub nie pojawi się, taki wynik, jaki ma wyjść. Nie zawsze się to udaje. Po prostu chcę rozwiązać te zadania. Może to dziwne, ale poniekąd lubię rozwiązywać zadania matematyczne. Ta logiczność jest czasami potrzebna. Nie można cały czas odlatywać, marzyć i na tym się zatrzymywać. Jeszcze raz podkreślam nie stałam się geniuszem matematycznym. Nadal wolę czytać książki i pisać opowiadania.
Humanistom nie skreśla nikt matematyki, tak jak matematykom język polskiego i humanistycznych rozrywek.
<3
PS. Angielski podstawa 90%, rozszerzenie 50%/język polski podstawa 61%, rozszerzenie 67%