wtorek, 22 maja 2018

Matury

Z jakieś ponad dwa tygodnie temu zaczął się uroczy maraton maturalny. Ten cel do którego zmierzało moje szkolne życie przez dwanaście lat. Ta prosta, współczesna matura. Ta matematyka z kalkulatorem i wzorami.
Przez większość czasu byłam obojętna na matury - na to czy zdam, czy nie. Bo po co się przejmować? Zawsze można poprawić, pójść do szkoły policealnej. Bliżej maja już całkowicie miałam to gdzieś. Bo i tak nie będę studiować tego, co chcę, więc, jakie ma znaczenie wynik z matury? Pierwszego dnia nadal, tak było. W końcu to piątek. Byle do tej piątej (pisałam rozszerzenie z j. polskiego i j. angielskiego), a potem już piątek. W sobotę można pojechać na miasto... W porządku! Mhm, ale weekend szybko minął i był poniedziałek. Dla niezorientowanych - matematyczny poniedziałek. Szczerze to nie wiem, jak mi poszło. Teoretycznie powinnam uzbierać (jak żebrak) 30% . Jedno pewne, że... Że tak w skrócie, ogólnie napiszę, że nie byłam zachwycona tym arkuszem w przeciwieństwie do większej części Polski (na szczęście później się dowiedziałam, że pewna osoba uważa podobnie jak ja; pozdrawiam Jess). Nie chciało mi się pisać, tak do popołudnia żadnej innej matury. Ale angielski... Według mnie podstawa nie była zła. Chyba najłatwiejsza w zastawieniu pl-mat-ang. A rozszerzenie... Na początku sprawdzałam nieoficjalne odpowiedzi i się załamałam, więc przestałam na nie spoglądać. Napiszę tyle, że takiego tematu na rozprawkę to jeszcze nie widziałam. Okropny.
A! No taaaak, rozprawka! Pewnie słyszeliście, że na podstawowym polskim była "Lalka"? Znowu. Po raz etny. Poniekąd się cieszę. Temat należał do łatwych. Przydało się przynajmniej przeczytanie tego tomiszcza.
Miałam to szczęście, że w mojej szkole egzaminy ustne odbywały się w środę i w czwartek, więc nie musiałam się długo stresować i czekać. Naprawdę się obawiałam tych egzaminów. Chyba najbardziej. Nawet o matematyce, tak nie myślałam. Wypowiedzi średnio mi wychodzą.
Pierwszy język polski. Temat łatwy i niełatwy. Zależy. Trzeba było trochę pomyśleć, zastanowić się. A przede wszystkim się uspokoić. Ku mojemu zdziwieniu udało mi się zdać, aż 82,5% z czego bardzo się cieszę. :D
Drobny wniosek - rozmowa z egzaminatorem, (o dziwo) naprawdę wygląda jak rozmowa, a nie odpytywanie.
Angielski... Jestem zadowolona, że wylosowałam dość łatwy temat na dialog z egzaminatorem. Obrazki mogłyby być trochę lepsze, ale też nie były złe. W gruncie rzeczy... Chyba, na lekcji trafiały się o wiele gorsze. 90%

Picture


A teraz... Podobno najdłuższe wakacje w życiu. Brzmi to jak śmierć. Prawdopodobnie spędzę je niezbyt ciekawie. Minął szybko i niepożytecznie.
Kilka dni temu byłam na Warszawskich Targach Książki. Relacja znajduje się na drugim blogu. :)

poniedziałek, 14 maja 2018

"Kształt wody"

W podsumowaniu Oscarów pisałam, że zamierzam pójść do kina na film, który zdobył nagrodę w głównej kategorii. Tzn. na "Kształt wody". O mało, co nie zobaczyłabym tego filmu, ale dobrze mieć małe kina koło siebie w których niektóre filmy lecą grubo po premierze. I gdzie bilety są tańsze.
Jak zwykle to nie będzie, taka typowa filmowa recenzja. Zwłaszcza, że od seansu minął ponad miesiąc, a film (tak, już piszę z wyprzedzeniem) nie zachwycił mnie.

Właściwie o czym jest ten film? Akcja dzieje się (chyba) podczas zimnej wojny, w Ameryce. Elisa pracuje, takiej jakby bazie, laboratorium, które (jak to laboratorium) robi różne dziwne eksperymenty. Zwłaszcza, jeśli chodzi o ten jeden, który odmieni życie głównej bohaterki.
Pewnego do laboratorium zostaje przywieziony tajemniczy obiekt. Sekretne stworzenie, które zwiąże swój los z życiem Elisy...

Brzmi to trochę jak bajka? Poniekąd to jest bajka. Mroczna bajka dla dorosłych. Która albo serio jest dziwna, albo po prostu ja jej nie zrozumiałam i to, że uważam, że niektóre sceny były niepotrzebne to głupie gadanie. Okej, nie twierdzę, że rozumiem każdy film... Chociaż chyba ten jest mniej dziwny niż np. "Dziecko w czasie". Tamtego filmu w ogóle nie da się dobrze opisać.

Historia sama w sobie nie jest szczególnie przejmująca. Były wampiry, wilkołaki, jest coś odmiennego: morskie stworzenie. To wszystko już gdzieś się widziało. Nawet można przewidzieć, jak niektóre wątki się zakończą. Dla mnie nie było zaskoczeń w fabule. Oczekiwałam nawet jakiegoś rozwinięcia, jeśli chodzi o wątek Elisy, która nie potrafiła mówić przez wypadek, który zdarzył się jej w dzieciństwie. Bo naprawdę ten wątek jest trochę zagadkowy... Nie mogę się za bardzo rozwinąć na ten temat. A... Albo o nim zapomniano, albo go umniejszony. Lub to ja go zgubiłam.

Co właściwie trzyma fabułę według mnie? Postacie. Właściwie to relacje, które są między nimi. Ilość bohaterów nie poraża, więc teoretycznie nie jest sztuką ukazać to, co się dzieje pomiędzy czterema postaciami, ale to błąd. Wymaga to zdolności. Nawet jeśli jakiś bohater pojawia się epizodycznie to od razu widzimy tę relację: kto z kim i jaki ma stosunek do niego. Uważam, że należy się temu wyróżnienie, duży plus. Zwłaszcza początkowa więź Elisy z morskim stworzeniem. Ale początkowa.

Pod całą fabułą występują inne różne wątki, które są ważne lub nie. Potrzebne lub dodane ot, tak. Nie mnie to oceniać właściwie. Jeśli ktoś chcę obejrzeć ten film to niech to zrobi i sam oceni. Sam spróbuje znaleźć drugie dno, coś więcej. Myślę, że, tak został skonstruowany "Kształt wody".

Film posiada coś jeszcze lepszego, niż relacje międzyludzkie. Czym właściwie "Kształt wody" stoi. Większą część zawdzięcza efektom, wystrojowi i atmosferze. A nawet muzyce. To znaczy całej tej otoczce, która ma dopełnić fabułę, a tu po prostu ją tworzy. Gdyby nie było tych poszczególnych elementów, które nadają pewnego rodzaju mroku to nie byłoby to samo. To byłby inny film.

Nie będę rozważać na temat tego, czy to dobrze, czy nie, że "Kształt wody" dostał Oscara za najlepszy film, ponieważ.... Było, minęło. Myślę, że da się wyciągnąć moją opinię na ten temat z tekstu.


poniedziałek, 5 marca 2018

Podsumowanie Oscarów 2018

Nic nie pojawiło się przez luty... It doesn't matter. :D

Oscary śledzę, tak już z trzeci rok. Wcześniej to nie miało dla mnie jakiegoś dużego znaczenia. Okej, fajnie było obejrzeć jakiś film, który zdobył Oscara, ale poza tym... Jednak w pierwszej klasie liceum coś się zmieniło, zaczęłam bardziej śledzić nominacje i rozdanie nagród. Ale... Najczęściej nie wiedziałam o jakich filmach jest mowa podczas, że tak napiszę gali. 
Bo z tymi filmami jest problem w Polsce. To znaczy... Chodzi mi o to... Na pewno to zauważyliście: rzadko, który film, który dostaje nominacje (te główne między innymi) jest w w polskich kinach. Lub ma premierę po rozdaniu. Lub dopiero, jeśli dostanie Oscara. I to najczęściej seans trwa przez jeden, góra - kilka dni. Ale najczęściej przeciętny widz nie zobaczy tych filmów w kinach szeroko znanych. No bo po co ściągnąć film. Przecież i tak ludzie wolą rozrywkę... Tak było np. z "Patersonem" - był może jeden dzień? Rozumiem, że na premierę nikt nie ma wpływu, tzn. góra decyduje. Ale no... Jednak mogłoby się coś poprawić... 
W każdym razie w tym roku po raz pierwszy udało mi się obejrzeć większość filmów nominowanych w głównej kategorii (najlepszy film). Konkretnie 4 na 9. xD Mam swoją definicję większości. xD Ale resztę chcę obejrzeć. "Czwartą władzę" prawie bym obejrzała... Ale kino pozmieniało godziny seansów na te, które mi nie pasowały... Ale ogólnie słyszałam o reszcie filmów. Może na jeden jeszcze uda mi się pójść w marcu. A resztę jakoś znaleźć w Internecie... Jakoś. Bo tak właśnie obejrzałam poprzednie cztery (oprócz jednego)... No cóż, nie zawsze ma się okazję pójść do kina. I z kim. A w ogóle to bilety są drogie. Niestety. 



Krótka wypowiedź na temat niektórych kategorii:

1. Najlepszy film - nie oglądałam jeszcze "Kształtu wody", ale trzymałam kciuki za "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri". Ten film... Był, taki inny, odmienny. I nawet nie przeszkadzały przekleństwa. Czasem dla mnie był trochę dziwny, ale... Ta dziwność miała w sobie to coś. Nie odpychała.

2. Najlepszy aktor pierwszoplanowy - Cóż... Mało filmów widziałam z Garym Oldmanem. Szczerze mówiąc, głównie go kojarzę z roli Syriusza Blacka. Ale myślałam, że może będzie nominowany za inny film w którym ma może i przeciętną rolę, ale dla mnie wyszedł tam fantastycznie ("Kosmos pomiędzy nami")... Wtedy jeszcze nie znałam "Czasu mroku", znaczy się tylko zwiastun. Po obejrzeniu filmu pomyślałam, że jednak ta rola jest lepsza. I rzeczywiście zasługuje na tę nominację. A nawet i na Oscara. W zastawieniu nie wiem, co robi Timothee Chalamet. Nic nie mam do chłopaka, jednak serio nominacja za rolę w "Call me by your name"? Mam specyficzne zdanie o tym filmie. Oraz o zachowaniu/grze tego aktora. Zatrzymam, jednak opinię dla siebie. Krótko mówiąc, to nie ten film. 

3.  Najlepsza aktorka pierwszoplanowa - jak najbardziej Oscar zasłużony dla Frances McDormand! Była świetna w "Trzech billboardach..."! Co do Saorise Ronan... Znów się nie udało, niestety. Ale dziewczyna ma jeszcze czas, aby nadal grała w bardzo dobrych produkcjach, a na pewno dostanie, kiedyś Oscara. (Chociaż "Byzantium" było słabe...)

4. Najlepszy aktor drugoplanowy - również uważam, że Oscar zasłużony dla Sama Rockwella. Chociaż (jak w przypadku Frances McDormand) nie oglądałam nic więcej z jego udziałem. W każdym razie jego rola w "Trzech billboardach..." była bardzo dobra. Innych panów w swoich rolach nie widziałam. Oprócz Woody'ego Harrelsona.

5. Najlepsza piosenka - okej, rozumiem, że piosenki z bajek są fajne. Wpadają w ucho, ale to takie oczywiste... Prawie zawsze, jak jest nominowana piosenka z bajki to wiadomo, że ona wygra. Nie słyszałam tej piosenki ("Remember Me" z "Coco") i może nie mam prawa się wypowiadać, ale... To nie jest np. ten szum, co np. przy "Let it Go", gdzie rzeczywiście ta piosenka była czymś, wszędzie ona była. Praktycznie każdy ją zna. Okej, przesłucham teraz "Remember Me"... Nie mój styl. Trzymałam za nastrojową i ładną w moim mniemaniu piosenkę z "Call me by your name" - "Mystery of Love" Sufjana Stevensa. 

6. Najlepszy długometrażowy film animowany - naprawdę się zawiodłam. "Twój Vincent" to coś innego! To nie zwykła kreskóweczka, jakich wiele. Czy wcześniej był, taki film jak "Twój Vincent"? A takich bajek jak "Coco" było wiele i tyle na ten temat. Okej, jeśli nie "Twój Vincent" to chociaż "The Breadwinner"... Nic.




I to byłby koniec. Myślałam, że bardziej nagrodzą "Dunkierkę"... Chociaż, szczerze pisząc nie podobała mi się. Może napiszę post na temat tego sławnego "Kształtu wody", jeśli pójdę do kina na ten film. 

piątek, 19 stycznia 2018

Podsumowanie seriali & "The End of the F***ing World"

Powinnam może zapisywać wszystko, co się dzieje podczas roku w zeszycie, bo... Gdy już dochodzi do podsumowań to zapominam o kilku rzeczach, sprawach. Niby nic takiego. 
Więc poprzedni post zedytowałam - dodałam kilka filmów godnych zobaczenia np. "Moonlight". 
W całym podsumowaniu zapomniałam o serialach, a rok 2017 był powiedzmy, że przełomowy, jeśli o nie chodzi. Wcześniej oglądałam tylko "Shadowhunters". Wynikało to głównie z tego, że wolałam się w nie nie wciągać. Było to dla mnie stratą czasu. Wolałam obejrzeć film, który trwał najdłużej trzy godziny, ale kończył się. Seriale, które najczęściej mnie ciekawiły miały albo po kilka sezonów lub około dziesięciu odcinków trwających po około godzinę. Więc mówiłam sobie, że może w wakacje. Może. 



Ale okazało się, że będzie następna adaptacja fantastycznej serii - "Serii Niefortunnych Zdarzeń". Adaptacja serialowa. No i co? Oczywiście chciałam ją obejrzeć. Po co czekać na lipiec... Zwłaszcza, że to serial Netfliksa, czyli wychodziły od razu wszystkie odcinki. Co prawda jeden odcinek trwał około godziny... Ale w pierwszym sezonie jest osiem odcinków. Czyli jeśli oglądać tylko w weekend (sobota-niedziela), jeden dzień - jeden odcinek; wychodził jakiś miesiąc oglądania. Nie tak źle. W praktyce wyszło mniej lub więcej. W tym roku drugi sezon pojawia się pod koniec marca, ale będzie posiadać o dwa więcej odcinki. Trzeba będzie zrobić podobnie. 
SNZ to było nic z następnym serialem w którym się zakochałam. Mowa oczywiście o "Sherlocku" z Benedictem Cumberbatchem. Rozmach ten serial miał, nie powiem. Co z tego, że cztery sezony po trzy odcinki, kiedy jeden odcinek trwał... 90 minut. No, to był problem. Dość długo trwało zanim udało mi się skończyć wszystkie sezony. Zwłaszcza, że był problem z ostatnim odcinkiem online. Po raz chyba drugi w swoim życiu oglądałam całkowicie coś po angielsku za pierwszym razem. Nawet nie było, tak źle, ale raczej nie polecam. Chyba, że z kimś, tak jak ja to zrobiłam. Ma się potem odniesienie, czy na pewno dobrze się coś zrozumiało. A serio, tam tyle się dzieje, że... Serio, to jest wyzwanie. #tepowtórzenia  Ale opłacało się. Serial jest świetny! Szkoda, że się skończył. Poniekąd... Lepiej, żeby nie było piątego sezonu. Czwarty skończył się, tak, że to wystarczy. 



Potem nastąpił czas wakacji. Jak zamierzałam, tak zrobiłam. I tak wyszło, aż z trzy seriale. W tym dwa Netfliksa. Na pierwszy ogień poszła adaptacja "Trzynastu powodów". Rozpisywałam się już na temat. Mówią, że ma być drugi sezon... Zobaczymy, co to będzie. Na razie nie ma zwiastuna. 
Na "Skam" natrafiłam przypadkowo. Coś tam słyszałam na temat tego norweskiego serialu, a po filmiku Cat z kanału CatVloguje jeszcze bardziej się do niego przekonałam. Co prawda... Pierwszy sezon jest wg. mnie najsłabszy, co powoduje, że niektórzy zniechęcają się po kilku odcinkach do reszty. Jednym z największych plusów "Skam" jest czas trwania odcinków - są one krótkie, dzięki czemu jeden sezon można nawet w jeden dzień skończyć, jeśli bardzo się chce. Niestety są tylko cztery sezony. Niestety, bo ostatnie dwa bardzo mi się spodobały, a postać Sany - super! :D 
Sierpień był poświęcony "Atypowemu". Który jest serialem bardzo nietypowym. Opowiada w końcu o kimś innym, nieprzeciętnym. Ponadprzeciętnym nie w złym stopniu. Jasne, serial ma kilka minusów, ale są one do wybaczenia. Jestem ciekawa, czy będzie następny sezon. 



I na "Atypowym" moja przygoda z serialami się skończyła. W między czasie jeszcze oglądałam "Shadowhunters", ale ten serial pomijam, ponieważ to kontynuacja. Dopiero w tym tygodniu obejrzałam pierwszy serial od ok. czterech miesięcy. To "The End of the F***ing World". Cóż... Chyba nie będę tworzyć nowego postu na jego temat. 
W wielkim skrócie: chłopak o zadatkach na "psychopatę" wyrusza w świat z dziewczyną, która sporo przeklina. On chce zabić tą dziewczynę. <--- to naprawdę wielki skrót. Ponieważ to dużo bardziej skomplikowane. 
Zwiastun nie ukazuje tego skomplikowania. Można napisać, że przedstawia rozrywkową historię, która będzie posiadać swoisty humor. 
Okej, pośmiałam się kilka razy. Nawet. Ale fabułę serialu do rozrywkowego bym nie zaliczyła. To poważny serial, który na siłę próbuje nie być poważny. Porusza ważne problemy, ale podejście do postaci Jamesa... Mnie się ona po prostu nie spodobała. Postać Alyssy... Nie wiem nadal, co o niej sądzić. To nie rozkapryszona dziewczynka, która robi, co chce i mówi, co chce. To jest również bardziej skomplikowane zwłaszcza, jeśli prześledzić jej życie i rodzinę. A na tym trochę bardziej skupia się serial. Nie za ciekawie miała dziewczyna. Cieszę się, że mogłam aktorkę, która ją grała, zobaczyć w innej roli, niż dotychczas widziałam. Znaczy widziałam ją tylko w "Hannie". I tam grała irytującą dziewczynkę. 
Głównym minusem tego serialu (pominę absurdalne sceny, bo bym musiała zaspoilerować coś), który może dla niektórych nie jest minusem i może to ja się nie znam - są przekleństwa. Nie wychowałam się w innych czasach, rozumiem, że przekleństwa to część języka młodzieżowego. Ale no kurde, bez przesady. Naprawdę. To czasem było, takie na siłę... A dajmy od czapy, jakieś przekleństwo, a co. Boże, to nawet w "Trzech na gigancie" główny bohater, aż tak nie przeklina, a ma chorobę, która polega na ciągłym przeklinaniu (w skrócie). Nie chce mi się wierzyć, że Alyssa ma to samo. Może miało być przez to fajnie... 
Podsumowując - przez cały serial miałam wrażenie, że gdzieś to widziałam. Dużo schematów się tu przewija. 

niedziela, 7 stycznia 2018

Pięć lat z blogiem




Nastała okrągła rocznica bloga. Jak to niektórzy mówią - urodziny. Akurat pokrywa się to z podsumowaniem roku 2017. Może to i lepiej, że jest to w tym samym czasie. Mniej więcej. Prawdopodobnie nie stworzyłabym osobnego postu, żeby oznajmić, że blog ma pięć lat. Bo po co. Post wyglądałby, tak samo jak podsumowanie roku. Może trochę dłuższe. Patrząc na cudowny licznik mało osób by o tym przeczytało. Chociaż jakoś chyba nigdy nie dbałam o promocję bloga... Patrząc na to, co było z poprzednim blogiem. Patrząc na niektóre okoliczności.
Tak, to nie jest mój pierwszy blog. Wcześniej... Chyba przez rok lub półtora posiadałam blog na interii. Niby było spoko, ale jednak czegoś w nim brakowało... Głównie tego, że nie mogłam śledzić komentarzy, gdzie jaki się pojawił. To było dużym utrapieniem zwłaszcza, kiedy młodsza ja postanowiła pisać od czapy na temat o których miała słabe pojęcie. A nawet, jeśli nie to pisałam to w, tak opłakany sposób... W każdym razie przeniosłam się na bloggera. W czasie, w którym posiadałam tego bloga, założyłam jeszcze kilka, które nie miały racji bytu. Jakiegoś ze zdjęciami i chyba opowiadaniem, ale nie jestem pewna, co do tego drugiego. Był nawet tumblr. Chyba, gdzieś nadal jest w Internecie z tego, co pamiętam. To było bardzo bezsensu. Jeśli chodzi już o zakładanie kont... Mniej więcej w czasie w którym założyłam bloga, założyłam konto na DeviantArcie. To taka strona do upubliczniania swojej twórczości, gdyby ktoś nie wiedział. Ostatnimi czasy zaniedbałam to konto. Założyłam też konto na LubimyCzytać, żeby zobaczyć, ile tak naprawdę czytam książek. Ponieważ sporo osób, kiedyś mówiło mi, że dużo czytam... Czasy się zmieniają. Ale przynajmniej mogę na koncie zapisywać książki, które mi się podobają i które w przyszłości chciałabym przeczytać. Inaczej chyba nie dałabym rady tego z pamiętać. Na ten moment jest tych książek ponad 120. Nie ukrywam, że czasem się załamuję, kiedy widzę licznik z przeczytanymi książkami.
Tematyka bloga w miarę upływu czasu powoli się zmieniała. Najpierw nie chciałam zbytnio pisać o swoim życiu, ale jakoś łatwo to mi minęło. Czas gimnazjum. Nie jestem z tego zadowolona. Może pewnego dnia usunę te posty. Dodawałam oprócz tego wiele recenzji książek, które później zdominowały bloga w taki sposób, że powiedziałam "stop" i na książki założyłam osobnego bloga. Ten... Miał być czymś innym, o czymś innym. Sama nie wiem o czym. W pewnym momencie zaczęłam dodawać swoje opowiadanie, które... Jest niedopracowane i ma tyle błędów, że nie wiem, jak mogłam to gdziekolwiek pokazywać i się tym chwalić.  Ale za to koniec jest bardzo dobry... Usunęłam opowiadanie stąd. W pewnym czasie pojawił się zalew tagów... Tagi były wszędzie, każdy do każdego nominował. Na początku to było fajne, ale potem mi się to znudziło. Więc póki co ich nie ma. Raz na kiedyś dodaję też recenzję filmów. Nie zawsze najwybitniejszych. Tych najlepszych filmów nie ma recenzji. Po prostu nie umiem się wypowiedzieć na ich temat. Język się plącze. Nie wyszłoby to, tak jakbym chciała.
Na uwagę też zasługuje cykl postów o "Gwiezdnych Wojnach", który zawiera na razie pięć postów. W tym te najważniejsze, czyli jak to się stało, że się nimi zainteresowałam.




Co wydarzyło się szczególnego w 2017?
Zaczęłam ostatnią klasę liceum i powoli zbliżam się do studniówki. Czyt. poloneza. Może też matury. Ale to na razie nie ważny temat.
Odbył się V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. I może będzie następny. Mam nadzieję. Wiem, jestem dziwna.
Przeczytałam prawie wszystkie lektury. Zostały mi dwie.
Zapisałam się do samorządu... Nieciekawe zajęcie.
Zdobyłam jedno z ważniejszych stypendiów w Polsce. Chyba. Nie znam się.
Byłam w Warszawie i jadłam indyjskie jedzenie.
Pisałam po angielsku z kilkoma osobami.
Zaczęłam się bardziej ogarnięcie uczyć tureckiego.
Piszę nowe opowiadanie.
Pojawiło się więcej postów niż w ostatnich dwóch latach.

---
Nie mam zbyt wielu sukcesów i zdarzeń. Ten rok nie był za ciekawy. Nie liczę na to, że ten będzie lepszy. Już się nie zapowiada, tak powiem. It doesn't matter.


Czy jest sens podsumowywać książki? Jest ich osiem. Na szczęście nie ma wśród nich najgorszej książki. Są tylko dobre. No i dwie najlepsze: "Zbrodnia i kara" oraz "Zapiski z Rakki". Wszystkie recenzje na drugim blogu.




Za to rok 2017 był rokiem filmów. Obejrzałam ich ok. 55. Długo by je wymieniać, więc wymienię te od oceny 8 wzwyż.
Piękny umysł
Ghost in the shell
Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie
Przyrzeczenie
Dziewczyna z pociągu
Jutro będziemy szczęśliwi
Slumdog. Milioner z ulicy
Niesamowity Spider-Man
Król Artur. Legenda Miecza
Mroczna wieża
Captain Fantastic
Ojcowie i córki
Człowiek, który poznał nieskończoność
Split
Django
Szkoła dla łobuzów
Thor. Ragnarok
X + Y
Lot nad kukułczym gniazdem
Między nami kosmos
Ukryte działania
Moonlight
Tajemnice Brokeback Mountain

To od razu filmy na które czekam w 2018:
Ocean's 8
Mamma Mia! Here we go again
Aquaman
Dziadek do orzechów i cztery królestwa
Hotel Transylwania 3
Piotruś Królik
Iniemamocni 2
Anihilacja 
Twój Simon
Pasażer
Venom
X men: Dark Phoenix
Nowi mutanci
Avengers: Wojna bez granic
Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda 
Czarna Pantera

Sporo tych filmów. Oczywiście, patrzyłam na daty premier światowych, ponieważ niektóre filmy miały premierę już w 2017, ale w Polsce dopiero teraz będą, więc ich nie pisałam.

Jeżeli chodzi o muzykę... Zaczęłam słuchać piosenek Troye'go Sivana i zespołu Welshly Arms. Kupiłam sobie najnowszą płytę zespołu The Script... I to chyba jest to wszystko... Bo nie pamiętam od kiedy słucham tureckiego piosenkarza/rapera Norm Endera. Czy od 2017, czy od 2016. Więc to by było wszystko.




I krótkie podsumowanie by Blogger:
Wyświetlenia: 13 391
Najbardziej czytany post był podsumowaniem sierpnia. Przez 5 lat podkreślam.
Oprócz Polski, głównie ludzie trafiali na bloga z USA i Rosji. Nie wiem na ile to prawda. Bo te statystki są bardzo dziwne.

Statystka statystyką, ale jednak jeśli porównać pierwszy rok bloga z tym, co jest teraz... Zdecydowanie bardziej jest on pusty. To znaczy, nikt go praktycznie nie czyta i nie zostawia komentarzy. Ale żyje się dalej!

sobota, 30 grudnia 2017

Nowa era Jedi #5

[to nie będzie typowa recenzja]

Kilka tygodni temu... (Aż dwa) była w kinie na następnym epizodzie "Gwiezdnych Wojen". Nie należę do grupy fanów GW, którym nowa trylogia nie podoba się. Wiem, widzę tę różnicę między
główną trylogią o Luke'u Skywalkerze, a tymi filmami o Rey. Jednak... No te filmy nie są, takie złe. Chociaż... dość przewidywalne. Aczkolwiek horrory też ludziom się podobają, a króluje tam przewidywalność. Przynajmniej w większości z nich.

Postać Kylo w poprzedniej części była dość znikomo przedstawiona. Jakiś tam pseudo czarny bohater, w masce, która mu wcale nie jest potrzebna. Postać wahająca się nad dobrą i złą stroną mocy. W "Ostatnim Jedi" cofnięto się trochę w przeszłość chłopaka, próbując pokazać, dlaczego postąpił, tak, a nie inaczej. Pokazać, że jeszcze jest szansa... I tak przez większość filmu można uważać, jednak... To nie jest typowa postać, która nie wie, jak ma postąpić. To nie tyle chodzi o wybór, który się już dokonał... A... pokazaniu, że jest się kimś. Że można czegoś dokonać... Ostatnia walka Kylo i Rey przypominała mi te wszystkie rewolucje, nie ważne, czy to historyczne, czy kulturowe. W końcu znajduje się osoba, która chce przewalić wszystko, to co istniało dotychczas i stworzyć coś nowego... Dodać do tego jakieś zagubienie... Uważam, że mogłoby się jeszcze bardziej rozwinąć tego bohatera. Jest lepiej niż wcześniej, ale nadal jest jakaś luka. Bardziej historia skupia się na tym, jak pewno wydarzenie z życia Kylo wpłynęło na innego bohatera. Cóż... Jakoś nigdy za tym bohaterem nie przepadałam i jakoś nie byłam szczególnie zaskoczona jego końcowymi losami. W końcu... Tu chodzi o nowe pokolenie, innych bohaterów. Nie potrzebnie skupiać się ciągle na tych starych. To znaczy na tych, którzy jakoś nie oddziałują szczególnie na fabułę. Poplątanie... Tak to jest, kiedy się nie chce spoilerować. Chodzi o to, że np. Leia ma więcej do odegrania w całej historii, niż inni starzy bohaterowie zważywszy na to, że jest duchem walki, bez niej wszystko by się rozsypało, no i jest ważną osobą dla Kylo. A może i też dla Rey...



A np. Luke... Luke może niektórych rozczarować w tej części. To już nie jest ta sama osoba, którą był kiedyś. W końcu tyle lat minęło... Poniekąd jego zachowanie irytuje, ale też jest zrozumiałe. Ale... Już po pierwszej scenie już widz może się domyślić, że Rey będzie mogła liczyć głównie na siebie.
Właśnie, Rey. Chyba bardziej ją polubiłam. To silna bohaterka, trochę zagubiona, ale nie ma, co się jej dziwić. Dużo osób chce nią pogrywać, ale nie daje się. Chociaż na początku wydaje się, jakby się poddała temu wszystkiemu. Ciekawa sytuacja jest z jej rodzicami, którzy są nie znani... Hm, są widzowie, którzy uważają, że owszem wiadomo. Bo tak, w pewnej rozmowie jest wzmianka o jej rodzicach... Ale... Wystarczy spojrzeć na to kim jest osoba, która z nią rozmawia. Na całą tą otoczkę rozmowy! Nie wierzę w to, że to prawda. Zobaczycie, w ostatniej części będzie wielkie wooow, bo wyjdzie prawda. Otwieram drzwi teoriom filmowym.

Najbardziej przewidywalny wątek prawdopodobnie ma generał Hux. (Ta "okropna" charakteryzacja...) Nie będę na ten temat się rozpisywać. Wystarczy przeanalizować jego postać podczas całego "Ostatniego Jedi".
Poe i Finn... Nadal za nimi szczególnie nie przepadam. Oczywiście, wnoszą dużo do filmu. Ale dla mnie nie wyróżniają się, czymś szczególnym.
Za to nowa bohaterka GW, czyli Rose miała to coś. Szkoda, że nie było jej od samego początku. Rose wniosła do fabuły inne spojrzenie na rebelię i Najwyższy Porządek. Był Finn, były szturmowiec, Poe, czyli pilot... Ponadprzeciętni bohaterowie. A tu Rose, która jest zwykłą rebeliantką, która na własnej skórze odczuła zło Porządku. Scena na planecie... Nigdy nie pamiętałam tych nazw... Na planecie, która była niczym ziemskie Las Vegas, była cudowna (ta scena tzn). Według mnie ta scena miała podobną moc, jak stara trylogia. Chodzi mi o nawiązania historyczne.



Może nie było wielu walk na miecze... Może rzeczywiście "czas Jedi przeminął", ale za to nowe stworzenia, chociaż trochę to wynagradzają. Te kryształowe liski... Albo coś, a la chomik latający. xD

sobota, 23 grudnia 2017

Merry CHRISTmas

Nie ma świąt
Jest Iluzja
Nie ma życzeń
Są kłamstwa
Są prezenty
Jest Oszustwo

--------------------

Czymże są święta?
Po co są święta?
Żeby inni zarabiali
Oszukiwali
Dzieci
Po co są święta?
Żeby zaznaczyć różnice między ludźmi


sobota, 16 grudnia 2017

Polscy wykonawcy

Przeważnie nie słucham polskich wykonawców, nie oglądam polskich filmów i rzadko czytam książki polskich autorów. Zabrzmiało to trochę niepatriotycznie... To nie chodzi w tym o to, że skreślam polską muzykę, filmy i literaturę. Po prostu... trudno mi w tych dziedzinach znaleźć coś, co by mnie zainteresowało. Z książek lubię serię "Felix, Net i Nika" Rafała Kosika, szkoda, że ekranizacja wyszła, tak słabo oraz książki Anny Onichimowskiej ("Hera, moja miłość", "Dziesięć stron świata", "Koniec gry"). Jeśli chodzi o filmy to najbardziej zapadł mi w pamięci film pt. "Tato". A z komedii - "Last Minute", choć podobno zdobył miano najgorszego polskiego filmu któregoś tam roku. Może ma swoje nie dociągnięcia, jednak ta komedia naprawdę mnie rozbawiła. I jak to określiłam razem z koleżanką - po prostu ten film pokazuje prawdę, nie ma co ukrywać.
Jeśli chodzi o muzykę... Tu chyba trochę sprawa się bardziej komplikuje im jestem starsza. Znaczy, kiedy byłam mała słuchałam więcej polskiej muzyki (Ich Troje, Feel), ale wiadomo - byłam mała. Rzadko, kiedy osoba, która jest w podstawówce (1-3) interesuje się tym o czym dany wokalista śpiewa. W miarę dorastania, jednak szuka się czegoś bardziej ambitnego. Czasem. Nie mówię, że polska muzyka nie jest ambitna, a ja słucham piosenek tylko z wysokiej półki, bo tak nie jest. Jednak nie ukrywajmy, że teraz na listach przebojów królują niezbyt dopracowane polskie piosenki. Ekhm, może nie wgłębiajmy się w to. W każdym razie, jak ktoś chce to znajdzie przecież to czego słucha...
Też nie od dzisiaj wiadomo, że anglojęzyczne piosenki również, a czasem i gorszy mają tekst, ale na pierwszy "rzut oka" tego nie widać. Bo są angielsku lub w innym obcym języku. Jeśli komuś podoba się dana piosenka to nie musi wgłębiać w tekst i się przejmować, że jakiś wykonawca śpiewa, tak naprawdę o niczym.
No dobra, ale jakich w końcu polskich wykonawców słucham? Bardzo mało ich jest... Liczę tych, których słucham więcej, niż 3 piosenki.

Link


1. Od szkoły podstawówki do teraz słucham nadal piosenek Ewy Farny (przepraszam, jeśli odmiana nazwiska jest zła). Co prawda teraz średnio podobają mi się jej nowsze piosenki, ale słucham jej starszych utworów. Nawet mam płytę z jej koncertu osiemnastkowego. Uważam, że Ewa Farna pokazuje właśnie, że można długo przebywać w show biznesie/być sławnym, nie robiąc wokół siebie szumu, śpiewać bardzo dobre piosenki i mieć głos. Nie rozumiem tego szumu wokół jej sylwetki. Nie każdy musi być chudy, ważne, jak czuje się Ewa w swoim ciele, a nie jak "powinna" wyglądać.
Dwie moje ulubione piosenki:



2. Sylwia Grzeszczak. Są osoby, którym nie podobają się jej piosenki i sposób śpiewania Sylwii, ale mi akurat to odpowiada. Dla mnie te piosenki są melodyczne i rytmiczne przez to. Lubię, kiedy na koncercie lub ogólnie w piosence Sylwia Grzeszczak gra na fortepianie. Uwielbiam grę na fortepianie. :D
Dwie ulubione piosenki:


3. To chyba mało znany zespół... Sama bym go nie poznała, gdyby moja koleżanka nie słuchała ich piosenek. Mowa o Luxtorpedzie. Można by było powiedzieć, że te piosenki do mniej nie pasują, bo większość dotyczy poniekąd religii. Ale jakie ma to znaczenie? Nikt nie powiedział, że jeśli nie chodzi się na religię to nie można słuchać takich piosenek. Te piosenki mają coś w sobie. Nic nie narzucają. Po prostu posiadają swoistą prawdę.
Dwie piosenki:



Kto by pomyślał... Naprawdę nie spodziewałam się tego, że będą tylko trzy podpunkty... Chyba powinno mi być wstyd? No nie wiem. Mogłabym jeszcze na siłę wcisnąć Piotra Rubika, bo bardzo lubię trzy jego piosenki, ale miało być powyżej trzech, więc no... Tak to wychodzi.

piątek, 8 grudnia 2017

Sportowcy rządzą światem

Ostatnio pojawił się następny argument do tego tematu... Niestety. Nie mam żalu o tę sytuację do nikogo... Może poniekąd do siebie, że nie należę do grupy sportowców.
Co tu ukrywać, skoro wszyscy, którzy mieli wiedzieć już wiedzą - dostałam stypendium. Mówią, że nie byle jakie. Nie wiem, nie zauważyłam, żeby była jakaś różnica między tym, a zwykłym. Może więcej się o nim mówiło. Przez chwilę. Nie, to nie chodzi o to, żeby o mnie trąbiono... A raczej o pieniądzach, jakich dostałam, bo co kogo to obchodzi, ale... Skoro się docenia tym, że uczeń ma najwyższą średnią w szkole to chyba powinno się podać tę informację dalej? Na fanpage szkoły na który więcej osób zagląda na przykład. Nie ważne. Mniejsza z tym. I tak brzydko wyszłam na zdjęciach. Weszłam w zakładkę, która mówi o sukcesach... Problem w tym, że te "sukcesy" to wyłącznie sukcesy sportowe. Cóż, sukces to sukces. Nie wątpię, że nie. Ale uczniowie nie osiągają wyłącznie sukcesów sportowych. Dziwna zresztą byłaby to szkoła. Zażartowałabym sobie głupio, ale chyba nie wypada. :p Hm, czy to nie umniejsza tym niewysportowanym uczniom. Tak jakby reszta osiągnięć była gorsza. Tak, może ja na to, tak patrzę, wyolbrzymiam. Ale nie chodzi tylko o szkołę. Spójrzcie na świat. O czym się mówi? Co przykuwa uwagę ludzi? Sport. Siła. I wszystko z tym związane. Spójrzmy na te stereotypowe seriale i filmy amerykańskie dla młodzieży - najlepsza grupa w szkole to sportowcy, jedna z najgorszych to ci kujoni. Hm, wcale to nie, takie głupie. W głowie od małego mamy coś takiego... Że jeśli ktoś lepiej się uczy, siedzi długo nad książkami to jest obiektem drwin. Może później się to poprawia na dalszych etapach nauki, ale jednak... Taaak, nie ukrywajmy, w tym świecie lepiej mieć osiągnięcia w sporcie i być głupim, niż na odwrót. Popadam w skrajności, żeby jak najbardziej pokazać ten problem. Nie, nie uważam, że sportowcy są głupi i w ogóle, przecież to nie jest ich wina, że ktoś kiedyś, tak wymyślił, że oni będą lepsi i teraz spora grupa ludzi się tym kieruje. Niby rodzice niektórzy mówią, żeby nie patrzeć na innych i tak dalej. I że przecież nauka jest ważna i w ogóle. Jednak... Jakby nie patrzeć to osiągnięcia sportowe bardziej by im się podobały. Bo jak to wygląda, żeby się chwalić przed rodzinom, czy kumplami, że dziecko dostało szóstkę z czegoś lub wzięło udział w olimpiadzie przedmiotowej, kiedy można powiedzieć o tym, że inne dziecko wzięło udział w zawodach lub nauczyło się czegoś nowego. Lepiej to brzmi. Nauka... Wydaje się, czymś absurdalnym i łatwym. Bo niby nie trzeba się natrudzić. Fizycznie to już w ogóle nie wymaga wysiłku. W końcu sport rozwija i psychikę i siłę fizyczną. Więc lepiej, nie? Aczkolwiek jeszcze nie każdy sport. Bo tu też mamy rozgraniczenie. Oczywiście. Szachy. Podobno trudne mają zasady. Znaczy się dla mnie łatwe. Ja rozumiem, że to wcale nie jest pasjonujące patrzeć się, jak dwoje ludzi gra. I ich jedyny ruch to zmienianie układu szachów. No może też naciskanie dzwonka/budzika (nie wiem, jak to się nazywa). Naprawdę rozumiem to. Sama bym nie chciała oglądać takich zawodów. Ale zdaje mi się, że to przez samo to, że bardziej wysila się głowę do tej gry to ten sport jest traktowany jako coś hm, gorszego. Z takim uśmieszkiem się mówi o nim. Który rodzic (głównie ojcowie) nie woleliby, żeby zamiast dziecko grać w szachy, żeby grało w piłkę nożną. Piłka nożna to sport kultowy. Wychodzi się na dwór. Poznaje się ludzi. Nie wiem, który sport jest trudniejszy. Nie gram w piłkę, w szachy gram raz na kiedyś. Ostatni raz był w czerwcu. Co prawda przegrałam, ale gra nie trwała pięć sekund.
Wylewam żale w tym poście... To chyba głupie. Zależy dla kogo. Mi - osobie, której daleko do sportu z pewnych względów, zależy na tym, żeby nauka oraz osiągnięcia poza sportowe były bardziej doceniane. Nie da się przekroczyć niektórych rzeczy, nie zmienię tego, że coś jest ciekawsze od jednego. Ale mogę wyrażać opinię na ten temat. Dla mnie ten temat jest ważny. Na pewno nie jestem osamotniona w tym. 

Link

niedziela, 3 grudnia 2017

Matematyczny humanista

Grudzień. Oficjalnie można słuchać świątecznych piosenek, zawieszać zimowe ozdoby i szukać śniegu. :p

Nie jestem jakimś specjalistą od matematyki. Moja wiedza nie jest też na nie wiadomo, jakim poziomie. Może niżej minimalnie niż przeciętna - nie wiem, zależy od punktu patrzenia. W każdym razie nie można też zaprzeczyć temu, że nie jestem też słaba z matmy. A jak to jeden ze stereotypów mówi - humaniści nie umieją matematyki. Ich matematyka jest, tak opłakana, że poszli na humana. Z tym stereotypem łączy się wiele wymówek osób, które poszły na profil humanistyczny lub z natury są humanistami: bo ja jestem humanistą, dlatego matma mi nie idzie. Heh, te wymówki... Gdyby każdy zaczął szukać, takich wymówek...

Link

Racja, na początku mojej edukacji jakoś nie przepadałam za matematyką i liczeniem. Zawsze jakoś lepiej mi szło pisanie, niż liczenie. W gimnazjum jakoś... trochę się to wyrównało. To znaczy nie było, tak, że lubiłam język polski, a matematyki nie. Cóż polubiłam ten przedmiot, co nie znaczyło od razu, że byłam o niebo lepsza w matematyce. Nie, wcale. No może trochę. W każdym razie te 62% udało mi się zdobyć. Po dwóch latach i prawie czterech miesiącach w liceum zaczęłam zauważać, że mój stosunek do matematyki diametralnie się zmienił. Szczerze pisząc to nie umiałabym wybrać teraz, który przedmiot wolę bardziej. Nie, nie popisuje się. Matematyka nadal pozostaje trudnym przedmiotem, gdzie niektóre działy zwyczajnie mnie dobijają, ponieważ według mnie nie są żadnemu licealiście potrzebne do szczęścia. Mowa tutaj o prawdopodobieństwu, które jest jakąś abstrakcją, która nie pasuje mi do logicznej matematyki. Nie twierdzę, że zaraz zdam matmę na maturze - to kwestia kilku czynników, nie przesadzajmy. Nawet przy polskim może mi się podwinąć noga, a co dopiero przy innych przedmiotach. Realizm.
Nie wiem, jak to nazwać. Może to jest śmieszne, że nagle mi się trochę odwidziało z matematyką, aczkolwiek... Jeśli zaczyna się coś bardziej rozumieć to to sprawia, że jednak masz tę myśl, że jednak to nie jest, takie odległe. Kiedyś miałam wymówki, jak wyżej napisane: bo ja jestem humanistą. I co z tego? To nie wyklucza bycia dobrym w matematyce, rozwijać swoje umiejętności w liczeniu i nie odwalaniu tego byle jak. Nie, nigdy nie podchodziłam, aż tak do matmy, ale były momenty, że mówiłam, że po co mam to umieć, skoro nie będę wiązać z tym życia. Może jeszcze parę lat temu nie brałabym udziału w konkursie matematycznym dla chętnych w szkole (co miesiąc nowe zadanie), bo po co? A jeśli bym robiła... To jeśli by mi coś nie wychodziło to zostawiłabym to, tak jak jest i tyle. Miałabym to gdzieś. Bo przecież się starałam. A teraz po prostu szukam rozwiązania, nie umiem często odpuścić zadaniu, jeśli go nie rozwiąże lub nie pojawi się, taki wynik, jaki ma wyjść. Nie zawsze się to udaje. Po prostu chcę rozwiązać te zadania. Może to dziwne, ale poniekąd lubię rozwiązywać zadania matematyczne. Ta logiczność jest czasami potrzebna. Nie można cały czas odlatywać, marzyć i na tym się zatrzymywać. Jeszcze raz podkreślam nie stałam się geniuszem matematycznym. Nadal wolę czytać książki i pisać opowiadania.
Humanistom nie skreśla nikt matematyki, tak jak matematykom język polskiego i humanistycznych rozrywek.

                                                                      <3

PS. Angielski podstawa 90%, rozszerzenie 50%/język polski podstawa 61%, rozszerzenie 67%

sobota, 25 listopada 2017

Wspomnienia z wakacji

Kto by pomyślał, że jednak szkoła, tak mnie pochłonie, że nie znajdę czasu i chęci na zwykłego jednego postu w tygodniu? Studniówka zbliża się coraz większymi krokami. Próbne matury odbyły się dwa dni temu... To były męczące dni. Powinni jakoś rozgraniczyć postawy i rozszerzenia. Około godziny przerwy między jednym egzaminem, a drugim to trochę przesada. xd Matmy rozszerzonej nie można pisać w ten sam dzień, ale już polski oraz angielski już tak... Przecież to takie łatwe egzaminy. xd Znam wynik próbnej z matematyki. Może to nie jest wysoki wynik... Wręcz niski, ale cóż... Przynajmniej zdałam. Czterdzieści procent. Matematyka nie przyda mi się nigdzie indziej, więc tyle wystarczy do szczęścia. Aczkolwiek... Nie jestem zachwycona tym wynikiem... Zobaczymy to będzie z czterech pozostałych egzaminów.

W wakacje wybrałam się z rodziną do Warszawy, żeby zwiedzić kilka punktów na jej mapie. Bo chociaż byłam już kilka razy w Warszawie to jednak nie byłam chociażby w Centrum Kopernika. Tak, nawet na wycieczce klasowej nas tam nie zabrali w podstawówce. XD Zamiast tego byliśmy na jakieś wystawie związanej z Darwinem i muzeum Chopina w którym szału nie było. :p W każdym razie po kilku latach (ile lat ma już Centrum?) w końcu byłam w tym sławnym Centrum Kopernika. Bardzo mi się tam podobało, jednak... Chociaż to miejsce jest dość długo w Polsce to jednak nadal zawiera tłumy ludzi. W tym dzieci, które niedługo rozniosą ten budynek. Szczerze. Rodzice powinni chociaż trochę pilnować swoje dzieci. Lub uczyć kultury. Do każdej atrakcji jest dołączona instrukcja obsługi i krótka historia... Instrukcja dla dzieci rzadko istnieje, ale w przypadku takiego miejsca powinny jej przestrzegać. Naprawdę, łatwo popsuć niektóre wystawy. Zresztą jak spokojnie coś pooglądać, kiedy przebiega ci dziesiątka dzieci, przepycha się, wpycha i trzaska? Ja w dodatku trafiłam na modę na fidget spinnery, co oznaczało, że wszelkie wiatraki i inne tego typu rzeczy były idealną rzeczą dla tej zabawki i dzieci... Pominę to, że nadal nie rozumiem zachwytu nad tą zabawką. Ale pomijając dzieci to było super. Jedną z najciekawszych atrakcji był "brokatowy" piasek z którego tworzyło się różne wzniesienia (zależy, jaka wysokość, taki górka miała kolor). Tworzyło się coś podobnego do mapy z liniami hipsometrycznymi. Chociaż pod względem fotograficznym to zatrzymałabym się na długo przy miejscu z różnymi kołami. XD 
Innego dnia poszłam do muzeum Powstania Warszawskiego. Cóż... Mam mieszane odczucia, co do tego miejsca. Z jednej strony piękne miejsce, a z drugiej... mało miejsca, co idzie za tłumami ludzi. Nie przepadam za zatłoczonymi miejscami. Nie weszłam do każdej z sal. Albo inaczej: weszłam tylko na parę sekund. Po prostu... Ech, jestem wrażliwym człowiekiem. :-/ Nie ukrywam, że się popłakałam kilka razy. 
Oprócz tego zwiedziłam trochę Stare Miasto. Zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki na którym byłam jakieś sześć lat temu. Hmmm, byłam jeszcze w jednym miejscu godnym uwagi. Była to restauracja indyjska, zapomniałam nazwy. Ale bardzo dobre jedzenie tam było, chociaż na pierwszy rzut oka zdawało się, że małe porcje, ale za to syte. Lepiej nie zamawiać nie wiadomo, ile, bo nie da się potem tego zjeść. :D Ja jadłam jakieś serki w sosie curry i jakiś chlebek hinduski. Przepraszam, naprawdę nie pamiętam nazw. 
Do Warszawy chcę powrócić w maju - na Targi Książki. Bardzo chciałabym tam pojechać, zwłaszcza, że prawdopodobnie to jedyny czas, kiedy będę mogła tam pojechać. Przy okazji chciałabym znów pójść do tej indyjskiej restauracji. Mam nadzieję, że się to uda. 
















środa, 4 października 2017

Matura to bzdura

Kiedyś... Nawet nie tak dawno, myślałam, że matura jest czymś mega ważnym. Czymś w rodzaju końca świata - chciałbyś przeżyć. Lub nie, bo kto by chciał przeżyć koniec świata. Wszyscy w końcu tyle mówią o maturze... Ledwo pójdziesz na wyższy etap edukacji szkoły podstawowej i  już dolatuje, gdzieś dalekie echo matury. Bo przecież... Bo przecież, co?



Taki nacisk kładzie się na zdanie matury, że często przy okazji zapomina się o człowieku. Bo matura jest, taaaka ważna. Trza do niej podejść. Trza ją zdać. Kto by tam się zastanawiał nad inną opcją?
A kiedy pójdziesz do liceum to już prosto się zaczyna. Z górki. Zewsząd mowa o maturze. Trzeba już myśleć o przyszłości! Ucz się, ucz, bo nie zdasz. Świat eksploduje i zgaśnie światło. Najlepiej, żebyś przychodząc do pierwszej klasy wiedział na, jaki kierunek chcesz zdawać i miał pełne ambicji plany na następne trzy lata.
Ambicja ambicją, ale bez przesady. Jak można straszyć od samego początku ludzi jakimś egzaminem? Chciałam napisać, który nie ma znaczenia, ale... Jednak jakieś ma. Zależy od planów. Jakichkolwiek. Rozumiem, że to ma być jakaś motywacja, ale chyba mało osób, takie coś motywuje. Wręcz odwrotnie. W końcu, Oh my God! To Ten Egzamin Maturalny! Na pewno będzie bardzo trudny, skoro, tak wszyscy mówią o nim. Co ja zrobię, jak go nie zdam? Hm, jest wiele opcji. Tak samo jak dla ludzi, którzy po prostu nie chcieli pisać matury i poszli np. do zawodówki. Czy, takie osoby są gorsze, bo nie mają matury? Nie. Nawet może wręcz przeciwnie. Przynajmniej mają konkretne zajęcie, fach. Mają większe szanse pracowania w zawodzie, niż nie jeden magister. Nie, nigdy nie myślałam nad zawodówką. Nie ma tam zawodów, które by mnie interesowały. Ale przynajmniej nie słuchałabym tyle o maturach.
Jestem po dwóch... Trzech próbnych maturach: polski, angielski, matematyka. Hm, spodziewam się, że najlepiej poszedł mi angielski. Z pierwszej części (czytanie ze zrozumieniem) z polskiego miałam 15/20 pkt. Chyba nie jest, aż tak źle.
Jasne, matura nie jest prosta. Przeraziły mnie te arkusze, zwłaszcza matematyczny (jestem na etapie: nie zdam matmy), ale... Czy ja wiem? Żeby robić z tego nie wiem, co? Niektórzy serio robią z tych kilku arkuszy coś boskiego. Po prostu trzeba podejść do tego jak do sprawdzianu. Troszkę trudniejszego, bo ze wszystkich lat nauki. Hehehe, zawsze można strzelać. Chociaż w polskim to raczej słabo ze strzelaniem.
Można powiedzieć, że jest dopiero październik. A ja nie pisałam matury, więc nie mam, co o tym pisać. Hm, ale czy po części nie mam racji? Nie piszę, że matura jest bezużyteczna i głupia, ale podkreślam, że to nie jest coś najważniejszego. Pewnie będę się stresować w maju - nie wątpię, ale pewnie zawsze u każdego jest jakiś stres. Zresztą... Jeśli chodzi o ustne to będę się bardziej stresować tym, że będę musiała z kimś obcym rozmawiać i to jeszcze jednego dnia po angielsku... Niż samą myślą, że to matury. Nie lubię gadać z obcymi.
Spróbuję przyjąć postawę - zdam to zdam, jeśli nie to nie.
Okej, chciałoby się dostać na ten wymarzony kierunek (chociaż osoba z tego kraju odradziła mi studiowanie akurat tego języka), jednak... Mam zarys planu, co chcę robić, jeśli nie zdam. Złożę papiery do szkoły policealnej na florystykę. Trochę dziwny pomysł... Nigdy bym nie pomyślała, że mając 17-18 lat będę chciała iść na taki kierunek i zajmować się kwiatami. Ale zawsze to jakiś plan.
Wracając do straszenia maturą... Można dostać jakieś paranoi. W niektórych liceach drugoklasiści mają szansę podejść do próbnych matur. Ja wiem, że to ma im pokazać, co będzie ich czekać w 3 klasie. Jakieś tam zapoznanie. U mnie też, tak było. Poniekąd fajnie, ale z grubsza... Większości materiału nie było + trudność... Wiec poszło słabo, co przełożyło się na to, że sporo osób z mojej klasy to zniechęciło. I po co? Mieliśmy prawo nie umieć czegoś. Ale przecież były zadania... No były i co? Tak można analizować wszystko. Zdarza się. Stres i tyle. Trzeba mieć szczęście - nie oszukujmy się.



Znam kilka osób, które nie zdały matury i nie są przez to gorsze i głupsze. Nikt by nawet nie pomyślał, że one nie zdały matury, więc no.... Chyba jednak trzeba zacząć odpuszczać temu naciskowi na matury i dać żyć licealistom. Nikt nie zamieszka pod mostem nagle, tylko dlatego, że nie zdał matury.

wtorek, 26 września 2017

Bo Góra, tak chce

We wrześniu chciałam dodać zdjęcia z Warszawy... Chyba trzeba to przenieść na październik... Z moim lenistwem jest wszystko możliwe. Właśnie je widać po postach - około dwa tygodnie przerwy. A przecież obiecałam sobie, że będę pisać minimum cztery razy w miesiącu... Żeby było lepiej, niż w ciągu ostatnich dwóch lat....

Warszawskie zdjęcia muszą poczekać. Mam ważniejsze sprawy do rozważań, niż dodawanie postu, który, tak naprawdę mało wnosi do tego bloga. Ta szczera prawda... Czuję się, niczym bohater mojego opowiadania. Tak, mam już jakieś 3/4 pierwszego rozdziału.
Zaczął się wrzesień, zaczęła się szkoła (wow) i... zaczęły się dziwne problemy, które normalnie człowiekowi nie przychodzą do głowy. Problemy głupie i absurdalne dla każdego. Ale nie dla mnie. Może to głupie, ale w dzisiejszym poście chcę się zająć... Przymuszaniem takobym do... jedzenia i wyjść (ten problem dopiero będzie w najbliższej przyszłości - czyt. za tydzień).



Nie obchodzi nas, ile masz lat - jesteś równy pięciolatkowi.
Bądźmy szczerzy - czy osiemnastolatka interesuje to samo, co ośmiolatka? W większości przypadków nie. Hm, no lubię czasem oglądać bajki i lubię Harry'ego Pottera. xD To chyba jedyne podobieństwo. W każdym razie, wiecie o co chodzi. Starsze osoby mają inne potrzeby, mentalność. Kiedy jesteśmy starsi już nie bawi nas to samo, co kiedyś. A nawet jeśli... Hm, wstydzimy się tego. W pewnym wieku wykształcamy u siebie jakieś... poczucie piękna i rozrywki. Okej, są młodzi dorośli, którzy lubią się bawić. Czy dyskoteka (impreza) dla takich ludzi jest, taka sama, co dla dzieci? Nie. Nie trzeba chodzić na imprezy, żeby to wiedzieć. Skoro to, takie proste to, dlaczego niektórzy nie potrafią tego zrozumieć? Dlaczego do zwykłego apelu są dodawane elementy dziecinne i płytkie, które stanowią 3/4 uroczystości? Bo tak jest łatwiej? Przecież to takie zabawne. Można wrócić do dzieciństwa... Dla mnie żenujące. Nie mówię, że jestem dorosła i jestem kimś ważnym; ja chcę tylko być traktowana odpowiednio do wieku.
Najbardziej chyba boli to, że dorosły człowiek uważa, takie dziecinne wydarzenia za równoznaczne z prawdziwą sztuką. Jak można powiedzieć, że jeśli znaczna część starszych ludzi się zbuntuje i nie będzie na to chodzić to ta grupa nie będzie mogła jeździć do teatru, czy kina? Nie oszukujmy się: teatr to jest jakiś poziom. Zresztą... takie wyjazdy są dla chętnych.
Tak wiele osób rozumie tę sytuacje... A i tak zwycięża ta... nieliczna, ważniejsza część.
Czy się nie cofniemy przez traktowanie dorosłego jak dziecka?



Bo kolacja to najważniejszy posiłek.
Trochę przesadziłam. Teraz jest trochę lepiej, ale... Czy dorosłym ludziom trzeba tłumaczyć, że się płaci za posiłki? Czy my nie mamy świadomości? Jasne, wiem, że jedzenie kosztuje. Ale ja po prostu mam prawo nie chcieć iść na posiłek, nie zjeść kolacji, kupić sobie, co innego do jedzenia. I świat się nie zawali. Bo np. po co iść na stołówkę, skoro wiesz, co jest do jedzenia i wiesz, że tego nie lubisz? Bo herbaty się napiję? To mogę zrobić u siebie.
A obiadek? Eeee, nie jestem małym dzieckiem. Wiem od której godziny są wydawane obiady. Kogo obchodzi to, czy zjadłam, tak naprawdę? A jeśli nie to co? Nie można mieć wyboru?

Zupka chińska i dostawy to Zło. (Diabeł od razu)
Eeee, mam wybór. Każdy ma świadomość, co zawierają, takie rzeczy. Czasem przeraża, ile taka zupka chińska ma kalorii. Zresztą czasem, ma się ochotę bez powodu zjeść, takie rzeczy. I najczęściej w domu jest to łagodnie traktowane. Jasne, te rzeczy odkładają się w postaci tłuszczu. To też każdy wie. Ale czasem nie da się inaczej, trza zjeść cokolwiek. I najlepiej, żebyś się pytał, czy możesz zjeść, taką zupkę lub zamówić kebaba. Bo nie wiem, co. No najwyżej będziesz gruby. Ale to tej osoby problem. Tak, to tej osoby problem. Czy w przyszłości ktokolwiek będzie dzwonił do rodziców, czy może zjeść zupkę? Nie, będzie jadł, co chce. Co chce i kiedy chce. Lub nie jadł.



Wegetarianizm? Co to za kaprys!
Znacie lekarza, który potwierdzi to, że musicie mieć dietę wege, bo taką macie ideologię? Bo ja nie. A taki niektórym potrzebny. Bo przecież można nie jeść większości posiłków i odkładać mięso... Albo nie! Najlepiej to się nagle nawróć i zacząć jeść, bo będzie się głodować. Bo nikogo nie interesują twoje poglądy. Przecież... Jest tylu prawdziwych i zaciętych wegetarianów... Są osoby, które nie jedzą mięsa od małego... Nagle mają się przestawić? Z jakich względów? Bo dla kogoś to ułatwienie w życiu? Eh, życie nie jest łatwe i nie będzie nigdy. Zależy, kto w co wierzy, był moment pięknego życia. Ja nie mówię, może nie trzeba tego szanować w kuchni. Ale no sorry. Kiedyś można było to robić. Okej, skoro się nie chce robić osobnych posiłków to... Chociaż do śniadania, czy kolacji, nie można podawać czegoś bezmięsnego obok szynki?

Może wyszło, że ja się żalę i jestem desperatem. Pewnie nie rozumiem świata i to te wszystkie osoby mają rację. Może hejtuję tutaj? Uważam, że podałam sensowną argumentację. Więc nie można powiedzieć o hejcie. I tak... Gdybym mogła tylko, napisałabym więcej. But I cannot.

sobota, 9 września 2017

Atypowy

Kto by się spodziewał, że w wakacje obejrzę, "aż" tyle seriali? Chociaż... mało książek przeczytałam, więc się wyrównało [ikonka śmiechu przez łzy {ten sarkazm}].

Tytułowy serial mogę uznać za jeden z najlepszych seriali obejrzanych w tym roku (bo nic nie przebije "Sherlocka" i Cumberbatcha). Zwiastun nie do końca obrazuje serial. To znaczy... Oczywiście, pokazuje ogólny wątek serialu, zachęca widza... Hm, szczerze pisząc mnie średnio zachęcił. Po zwiastunie myślałam, że to będzie typowo młodzieżowy amerykański serial, który będzie po prostu płytki. To znaczy nie będzie prawdziwie podchodził do problemu, że autyzm będzie w pewnym sensie tylko dodatkiem. Nie wiem, czy mnie rozumiecie...
Ale postanowiłam dać szansę. Za bardzo mnie zainteresował główny bohater, żeby odpuścić temu serialowi. Zwłaszcza, że posiada tylko osiem odcinków, więc nie tak źle.
 I czy się opłacało "zmarnować" dwa dni z życia?
Tak, opłacało się. Może to nie jest jakieś arcydzieło, ale przynajmniej pokazuje rzeczywistość, którą... Myślę, że oczekuje większość nastolatków. Chodzi mi o głównego bohatera - Sama. Rozmawiałam z koleżanką na temat "Atypowego" i właśnie to nam się podobało - Sam nie jest biednym chłopcem, ani też "superbohaterem". Sam jest zwykłym nastolatkiem z autyzmem. Chodzi do zwykłej szkoły (to już bardziej prywatne, dlaczego, tak to napisałam; nieliczni zrozumieją, dlaczego dla mnie było to, takie ważne), ma przyjaciela i chce znaleźć dziewczynę. Tylko... że to wszystko jest trochę inaczej u Sama niż u przeciętnego nastolatka. Dla Sama znalezienie dziewczyny jest trudniejsze. Nawet nie chodzi o to, że ona powinna go zaakceptować. Chodzi o to, że... Sam nie potrafi, tak funkcjonować społecznie jak większość ludzi. Z góry piszę, że nie chcę urazić osób z autyzmem i jeśli coś, źle zabrzmi to przepraszam. Nie będę tłumaczyć, jak to wygląda, ponieważ nie potrafię właściwie tego nie wytłumaczyć. Trzeba obejrzeć.
Jednak... Sam ma wcześniej wspomnianego przyjaciela, który chce mu pomóc. Taaak, zabawny jest trochę jego przyjaciel. Trochę. Troszkę.

Chociaż większą część serialu zajmuje wątek dziewczyny i poszukiwaniu jej, to jednak "Atypowy" skupia się też na bohaterach drugoplanowych. Poznajemy dogłębnie rodzinę Sama. Widzimy, jak wpływa na nią to, że Sam ma autyzm. Rodzic nie musi pogodzić się z innością dziecka, tylko dla tego, że jest ich dzieckiem i się z tym ono urodziło. Rodzeństwo i rówieśnicy nie muszą, a nawet i nie powinni traktować inaczej, takiej osoby. Każdy członek rodziny zmierza się ze swoimi problemami, które dotyczą w jakieś części autyzmu Sama.
Może postać matki pod pewnym kątem jest przerysowana i może się nie podobać, ale.... Można w jakieś mierze ją zrozumieć. Przecież trzeba pamiętać, że to serial. On nie pokazuje, że w każdej rodzinie, gdzie jest dziecko autystyczne, ludzie, tak się zachowują. Nie ukrywajmy zresztą: przez to jest "więcej emocji". Widzowie chcą oglądać dalej, jak to się wszystko potoczy... Zresztą wątek związany z matką Sama daje jakąś nadzieję na to, że będzie drugi sezon.
Tak, bo to jest ten minus z serialami amerykańskimi. I w dodatku Netfliksa. Obejrzysz w kilka dni cały sezon, a na następny musisz czekać z jakiś rok. Może też się okazać, że nie będzie drugiego sezonu, więc zostajesz z pustką. Bo... Ile można oglądać to samo? Jeśli o mnie chodzi to rzadko oglądam kilka razy ten sam film, a serial tym bardziej. Mam wielką nadzieję, że jednak będzie następny sezon i będzie on posiadał więcej odcinków, chociaż nic na siłę. Nie chciałabym, czegoś na siłę i przerysowanego.



PS. Zapomniałam napisać, że jeszcze jest przedstawiony wątek terapeutki (?) Sama,

środa, 30 sierpnia 2017

Koniec wakacji & Zlot

Może oficjalnie jeszcze trochę do końca wakacji... Około czterech dni. W pewnym sensie można podziękować MEN za przedłużenie wakacji, jednak... Mogłoby być to rozpoczęcie w piątek. Dwa dni na przysłowiowe ogarnięcie, przyzwyczajenie się do myśli, że zaczęła się szkoła, poukładanie w głowie planu... Większość plusów, jak dla mnie. :p W każdym razie w ciągu tych kilku dni niewiele się zmieni, więc mogę śmiało napisać post podsumowujący te dwa miesiące lenistwa. Tak, lenistwa, bo większość planów nie zostało wypełnionych. Zresztą... Czy ja w ogóle miałam, jakieś plany? A, kilka - słabo.



Na początek filmowo. Udało mi się być kilka razy w kinie. Patrząc na filmy, które obejrzałam w kinie, najbardziej polecam "Króla Artura", a najmniej "Voltę". Nie dziwne. Za polskimi filmami rzadko przepadam. A za komediami już zwłaszcza. Chyba po prostu mam dziwne poczucie humoru.
"Król Artur" podbił moje serce głównie ścieżką dźwiękową. Mam nadzieję, że dostanie nominację do Oscara za muzykę. Efekty komputerowe też świetne, ale mnie przede wszystkim podobała się muzyka.
"Siedem minut po północy" - ogólnie bardzo wzruszająca historia, jednak... Nie polubiłam głównego bohatera, a przede wszystkim nie polubiłam to drzewo. Niestety, nie pamiętam imienia tego bohatera. Rozumiem, że na swój sposób chciał pomóc chłopakowi, ale ten sposób i ta mowa... Nie, po prostu nie. Bardzo spodobało mi się przedstawienie opowiadań drzewa. Przypominało mi to trochę opowieść o trzech braciach z "Harry'ego Pottera". Piękna forma.
O "Mrocznej wieży" napisałam osobny post - LINK.
Ostatnim filmem była "Atomic Blonde". Mam mieszane odczucia, co do tego filmu. Z jednej strony bardzo dobry, a z drugiej raczej przeciętny. Nie chodzi mi o to, że był za brutalny, bo do tego nic nie mam. Jakoś... Nie wybił się, aż, tak bardzo. Oczywiście, pokazuje inny obraz kobiecej bohaterki - bohaterki - szpiega, która, jednak nie jest niezniszczalnym robotem.
Obejrzałam jeszcze kilka filmów online, ale o nich będzie wzmianka w styczniu - w wielkim podsumowaniu roku.

Z filmów do seriali. Na początku lipca do kończyłam "Trzynaście powodów" (LINK). Jeśli chodzi o seriale, które całkowicie obejrzałam w wakacje to są to "Skam" i "Atypowy". O "Skam" dodałam post tydzień temu (LINK), a o "Atypowym" zamierzam napisać pod koniec tygodnia. Jakoś, tak wyszło, że ostatnio sporo o serialach, ale przez cztery miesiące na pewno nie pojawi się już żaden post o serialu. Albo i przez osiem. Raczej będę wolała oglądać filmy, niż zagłębiać się w następne seriale. Chociaż... Na początku nowego roku powinien pojawić się drugi sezon "Serii Niefortunnych Zdarzeń". To może wtedy... A! Bym zapomniała! Skończył się kilka tygodni temu drugi sezon "Shadowhunters"! Mam kilka małych uwag, ale one nie są wielkie. Nie spodobały mi się odtwórczynie (tak, jest ich dwie) Królowej Jasnego Dworu. Do ideału daleko. Kat chociaż jest podobna do Clary, a tamte aktorki wcale do swojej bohaterki. Porównałam je do Katherine McNamara, ponieważ te aktorki słabo grają aktorsko. Cóż... Ale przynajmniej świetnie wybrali aktora, który wciela się w Sebastiana/Jonathana, czyli Willa Tudora. Może z wyglądu nie pasuje stuprocentowo, ale za to gra aktorska - super. Nie rozumiem tylko, dlaczego prawdziwego Jonathana, tak zniszczono. Jego wygląd... jest przerażający w złym sensie. Mam nadzieję, że nieczęsto Sebastian będzie przybierał prawdziwą postać. Minusem dla mnie też jest to, że wydarzenia, które powinny dziać się w Idrisie dzieją się w Nowym Jorku. Serio? To nie to samo. Idris miał swój urok, a Alicante już w ogóle! Mam duże oczekiwania wobec trzeciego sezonu. Przede wszystkim mam nadzieję, że Lilith będzie, tak dobrze dobrana jak Sebek. I nie zniszczą tych postaci. Dominic w końcu mógłby się wykazać, bo trzeci sezon to wydarzenia z "Miasta Upadłych Aniołów", a więc... Team Evil. ;)  Jeśli scenarzyści dodadzą pewien wątek związany ze związkiem Magnusa i Aleca... Musi to być dobrze zrobione, bo przez to, co się teraz działo w ich związku.... Te fochy bezsensowne Magnusa... Fochy o nic, a teraz byłby prawdziwy powód... Może lepiej ten wątek pominąć dla dobra Magnusa i fanów.



W lipcu byłam po raz... trzeci (chyba) w Warszawie. I zamierzam w maju jeszcze raz się tam pojawić - chodzi oczywiście o Targi Książki. Planuję post o Warszawie dodać we wrześniu. Razem ze zdjęciami. Teraz żałuję, że nie zrobiłam pewnej rzeczy zdjęcia.... xD

Jeżeli ktoś jest na bieżąco z moim blogiem recenzenckim.... A jeśli nie, to w wakacje przeczytałam dwie z czterech zaplanowanych książek. Tylko dwie, może dlatego, że trzecia (w której jestem w trakcie) jest bardzo gruba. Zamierzam w ciągu najbliższych dni "dobić" do połowy. Obiecałam sobie, że teraz tej książki nie rzucę - przeczytam do końca. Aha, mowa o "Lalce" Prusa. Te dwie przeczytane książki to "Przedwiośnie" i "Granica". Przeczytałam też część jeszcze innej książki, pozostałe strony zostawiłam sobie na "po Lalce". Naprawdę nie wiem, jak to teraz wyjdzie... Trzeba wierzyć, że się uda. xD

Już w czerwcu napisałam prolog pewnego opowiadania do którego zamierzałam się zabrać już dawno. Na początku wakacji dopisałam pierwszy rozdział, ale... Przyszedł mi do głowy całkowicie inny pomysł na prolog i usunęłam dotychczasową pracę. Ten prolog jest o wiele lepszy. Chyba muszę po prostu najpierw pisać na kartkach, a nie od razu w laptopie. ;) Piszę, że lepszy, ale nikt na razie go nie widział. Pierwszą wersję - owszem, jednak... No niestety, urwał się kontakt z tą osobą i teraz nie wiem, co dalej. Jasne, nie piszę dla tej osoby, jednak fajnie jest, kiedy ma się z kim wymieniać uwagi. Kto czyta tego bloga dłużej, może się domyślać o kim mowa. Czytelnicy, którzy zauważyli usunięcie TEGO bloga mogą się domyślić. Boże, co za tajemnice...



Pod koniec sierpnia odbył się też V Ogólnopolski Zlot Nocnych Łowców. Jak było? Oh, było super! Taaa, co może napisać osoba, która stoi na uboczu, jak jakiś nie wiem, kto. Nie ważne. Naprawdę, było fajnie. Niby niektóre konkursy się powtarzały, jednak były zrobione w takiej formie, że nie nudziły. Zresztą dwa z nich to przecież tradycja, więc jakże by tak bez nich? Cosplaye, jak co roku cudowne. Podziwiam tych ludzi i ich talent. Nawet, jeśli ktoś kupił elementy stroju to przecież musiał mieć pomysł na niego, więc też plus. Serio, wow. To jedna z najlepszych części Zlotu. Drugi tradycyjny konkurs to pytania dotyczące książek. Hahaha, w związku z tym, że ja nigdy nie mam czasu na czytanie swoich książek to i tym razem nie powtórzyłam sobie żadnej książki. Tja, no trudno. Chociaż przez to zrobiłam, taki głupi błąd jak się nazywał... A dobra, nie będę spoilerować. Ktoś może nie czytał "Mechanicznej Księżniczki". Najbardziej spodobał mi się konkurs na rymy, wierszyki, które miały obrazić daną postać z książki. Znaczy dawano grupą jakąś postać, potem łączono w pary i ta osoba obrażała tamtą osobę. Bardzo śmiesznie to wyszło. :)



I to chyba wszystko... Blog przechodził w pewnym sensie kryzys. Znaczy nie blog, tylko ja, jako blogerka. Zastanawiałam się, czy nie usunąć tego bloga. Dać sobie spokój. Zaprzepaścić te niecałe pięć lat. Albo cztery. Serio. Rzucić to i mieć to gdzieś. W końcu ma mało wejść, a komentarzach nie pisząc, jednak.... Wczoraj przeczytałam post Jess i... Nie, nie usunę. Boże, zrobiło mi się, tak wstyd, że nie komentowałam jej bloga.... Tyle miesięcy. Jednak wezmę się za to i uzupełnię zaległości. :D
Przepraszam, Jess.